niedziela, 7 września 2014

Skulls


Tytuł: Skulls
Pairing: Sebaek
Rating: nc-17
Bohaterowie: Byun Baekhyun, Oh Sehun, Kim Jongin, Huang ZiTao, Park Jena, Lee Taemin i inni, wspomniani.
Ostrzeżenia: sceny erotyczne, wulgaryzmy, przemoc, narkotyki i inne używki.
Opis: Byłem grungem i byłem śmieciem, ale tak samo jak on, byłem dumny z tego, kim się stałem.

A/N: Mam wrażenie, że jest za mało scen ;-; ale ważne, że opowiadanie bardzo w moim stylu. Kocham ten styl, kocham taką muzykę, kocham ten klimat. Właściwie to opowiadanie to cała ja i chyba w takim gatunku czuję się najswobodniej.
Całe opowiadanie zainspirowane życiem Kurta Cobaina. Niektóre cytaty też są jego.
I to ff dedykuję Miss.Aliss, bo pewnie gdyby nie to, że pisała o Sebaeku na tt, znów napisałabym hunhana... XD W każdym razie Hunhana piszę - "Beauty" i może zdążę napisać do końca tego roku hahaha.

ff póki co niesprawdzane, więc przepraszam za błędy i zachęcam do czytania przy podanych przeze mnie utworach muzycznych. 

1995 rok
Każdy ma swoją własną, niepowtarzalna historię, której nie da się odtworzyć dokładnie tak samo. Zawsze będzie coś ją odróżniało, nawet drobny szczegół sprawi, że nie stanie się taka jak oryginał. Mimo wszystko moją ciężko byłoby podrobić, nawet jeżeli była banalnie prosta i dosyć ponura. Szczęście nigdy mi nie dopisywało, a jeżeli uśmiechałem się, to przykrywałem jedynie wewnętrzny ból. Ale nie narzekałem, bo wiedziałem, że życie to mała suka, która potrafi jedynie niszczyć człowieka. Mnie zniszczyła doszczętnie.
Mając osiemnaście lat doświadczyłem zupełnie nowego świata, ale to nie znaczyło, że do tej pory byłem grzecznym chłopcem. We mnie zawsze czaił się diabeł, który tylko czekał na odpowiedni moment, by się ukazać. Zrobił to, gdy poznałem osobę, która była chyba gorsza od samego szatana.
Myślę, że to przez niego skończyłem w tym miejscu. Nie dość, że w psychiatryku, to i na odwyku. Byłem uzależniony od prochów i mocnej muzyki, to był mój styl życia, a samobójstwo mnie po prostu kręciło. Było czymś fajnym, odrywało od monotonni. Próbowałem się zabić trzy razy. Bezskutecznie. Coś mnie trzymało na Ziemi i zamknęło w więzieniu dla czubków. Obiecywali, że wyjdę szybko. Pieprzyli głupoty. To zupełnie to samo, jakby wmawiali mi, że Kurt Cobain został zamordowany. Sam strzelił sobie w łeb i to było prawdą, tak jak to, że prędzej czy później i tak znajdę metodę na skończenie z sobą. Siedzenie tutaj mnie znudziło, a oni już nigdy mieli mnie nie wypuścić.
Powiedzieli mi, że jestem chory psychicznie i stanowię zagrożenie nie tylko dla siebie, ale i dla innych ludzi. Zacząłem się śmiać, ale później zrozumiałem, że oni nie żartują.
Nagle zrozumiałem, że to, co najlepsze się skończyło, a pamiątką były jedynie wspomnienia i tatuaż na szyi w kształcie krzyża. Nie, wcale nie mówił o mojej wielkiej wierze, której w prawdzie nigdy nie miałem. Zrobiłem go tylko dlatego, że do mnie pasował i kojarzył się z nim. On często nosił duże, czarne koszulki z krzyżem na przodzie. Na to zarzucał skórzaną kurtkę i wyglądał trochę jak bandyta. Miał też motor, wąskie spodnie i ciężkie buty, rzadko się uśmiechał, a twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nie wiem czemu się w nim zakochałem, ale to właśnie on był tym dobrym wspomnieniem.
Moja mama nazywała go śmieciem. Chyba przez jego ubiór i styl życia. A on zawsze śmiał się, mówiąc, że jest słodka i że jest dumny z tego kim jest. Nie podążał za modą, odróżniał się od reszty świata, był nienawidzony za prawdziwego siebie, ale nigdy się nie zmienił. W dodatku wyzwolił mnie.
Rodzice powtarzali mi, że ma na mnie zły wpływ. Mylili się. To ja sam siebie niszczyłem. Nie on, nie narkotyki, nie alkohol, który kradliśmy ze sklepów całodobowych, nie papierosy, które mogły doprowadzić mnie do raka płuc, a właśnie ja sam i nie potrafiłem tego zatrzymać, czy też ogarnąć. Po prostu zaakceptowałem ten stan rzeczy, upijając się do nieprzytomności i nocując pod mostami. Byłem grungem i byłem śmieciem, ale tak samo jak on, byłem dumny z tego, kim się stałem.
I teraz żałuję, że wczorajsza teraźniejszość stała się dzisiejszą przeszłością. Chętnie podrobiłbym moją historię, by móc przeżyć ją jeszcze raz, ale nie mogłem, ponieważ nie było ani jego, ani gitary basowej, którą ktoś roztrzaskał podczas jednej z większych libacji, ani roku 1990, który kojarzył mi się z okropnym odcieniem zielonej pomarańczy. Nie było niczego prócz żałosnego mnie w białej piżamce z podkrążonymi oczami i pozbawionym duszy. Stałem się pusty jak trup. Byłem ciałem, niczym więcej. Samego dziwiło mnie to, że mój mózg jest jeszcze w stanie pracować, kiedy cała reszta się poddała.
Grunge było wyznacznikiem mojego życia, a on mnie przez nie prowadził. Choć i tak oboje skończyliśmy dosyć gównianie i nie tak jak chciałem. On miał po prostu szczęście, ja okropnego pecha.
...


"cool kids can't die"



1990 rok
Lato. Nienawidziłem tej pory roku. Zawsze kojarzyła mi się z prażącym słońcem i z duchotą, której nie dało się wytrzymać. To przez nią zamykaliśmy się w domach i usadawialiśmy się przy wiatrakach, które jako jedyne mogły nas ochłodzić. Ale tamte lato było inne, dosyć chłodne i deszczowe. Były też pogodne dni, ale temperatura nigdy nie była wyższa niż dwadzieścia siedem stopni. I mógłbym powiedzieć, że było idealnie, choć zdecydowanie wolałem, gdy ciemne kłęby chmur zwijały się na niebie, zasłaniając słońce.
Trzydziestego czerwca zebraliśmy się u Luhana. Był nerdem, ale robił najlepsze domówki w całym Pohang. Nigdy nie brakowało alkoholu i dragów, które załatwiał jego starszy brat. Miał wiele znajomości i sam ćpał ile wlezie, czym dosłownie zarażał innych. Zaczynało się niewinnie, od tabletek szczęścia, a kończyło na amfetaminie, heroinie czy kokainie. W każdym razie, chcieliśmy opić zakończenie szkoły. Nie wszyscy mieli co świętować, bo sporo osób nie pozdawało, ale każdy miał ochotę na imprezę, która była tylko namiastką tego, co czekało nas w wakacje. Zawsze znajdował się jakiś głupi powód do organizowania kolejnych domówek, nikt też nie dostawał pieprzonych zaproszeń na karteczkach. Każdy i tak czuł się zaproszony.
I to nie prawda, że właśnie tego dnia poznałem jego, jak twierdził Jongin. Nie. Poznałem go wcześniej, po prostu wtedy nawiązałem z nim jakąkolwiek rozmowę. Dziwiło mnie to, że w ogóle chciał ze mną rozmawiać, zawsze myślałem, że mnie nie lubi, ale skoro ze mną rozmawiał, musiał żywić do mnie jakiekolwiek pozytywne uczucie.
– Sehun – przedstawił się, choć wyglądało na to, jakby robił to tylko z przymusu.
– Wiem – stwierdziłem, trzymając pomiędzy palcami szluga, którego przed momentem od niego dostałem. – Już kiedyś rozmawialiśmy. To znaczy, wymieniliśmy pomiędzy sobą kilka zdań, ale już raz słyszałem twoje imię – dodałem po chwili i spojrzałem na papierosa, przygryzając wargę. – Masz ognia?
Sehun prychnął, podając mi zapalniczkę.
– Nie kojarzę cię – stwierdził prosto, wzruszając ramionami. Przez ten ruch jego skórzana kurtka nieco napięła się i zazgrzytała charakterystycznie.
– Baekhyun – podpowiedziałem mu, choć niewiele to dało.
– Nadal nie wiem kim jesteś – podsumował, wyciągając rękę w moją stronę – i oddaj zapalniczkę. Palę papierosy jeden po drugim, jest mi potrzebna – wycedził przez zęby. Mógł się wydawać niemiłym dupkiem, z którym lepiej się nie zadawać, bo wystawi cię przy najbliższej okazji i zmiesza z błotem. A ja twierdziłem, że jego charakter jest po prostu ciekawszy od innych. 

– Jasne – mruknąłem i oddałem mu jego własność. – Myślałem, że nie lubisz imprezować. Nigdy wcześniej nie widziałem cię na popijawie u Luhana – stwierdziłem po chwili, wkładając papierosa pomiędzy usta i zaciągnąłem się nim, równocześnie patrząc, jak robił to Sehun. To wyglądało zupełnie tak, jakby stał się jednością z papierosem, wielbił i jednocześnie uważał, że bez niego nie przetrwa. Nie byłem nim i nie miałem pojęcia, co siedziało w jego głowie, ale to zdecydowanie było widać, tę pasję do zwykłego palenia. Dopiero później zrozumiałem, że chodziło o coś zupełnie innego.
Wypuszczając obłok dymu, Sehun zaśmiał się perliście, opierając o ścianę domu Luhana. Staliśmy na zewnątrz w ogrodzie, który w porównaniu do reszty domu był dosyć mały, ale wielkim plusem był widok na morze. By się tam dostać, wystarczyło przejść przez ulicę.
– Każda okazja do naćpania się jest dobra – stwierdził – a lepiej z kimś niż samemu. Poza tym trzeba oblać pierwszy dzień wakacji, nie sądzisz? – mruknął po chwili i zaciągnął się swoim szlugiem po raz kolejny. To niebywałe, jak szybko potrafił wypalić jednego papierosa, zupełnie jakby jadł paluszki, czy pił sok. Brał duże wdechy i mogło się wydawać, że jego płuca nie mają dna, ale on po prostu taki już był, a plenie weszło w jego nawyk już kiedy miał piętnaście lat. Był przyzwyczajony, dlatego tak szybko palił.
– Poza mną i tak jesteś tu sam.
– Zaraz przyjdą – powiedział, odchylając głowę w bok. – Chociaż pewnie i tak nie robią nic kreatywnego. Założę się, że Jena wyrywa w tej chwili jakąś laskę albo porządnie najebanego faceta, a Tao... on może być gdziekolwiek – odburknął, wzruszając ramionami. – Szczerze, nie bardzo mnie to obchodzi.
– Dlaczego? – zapytałem, przenosząc wzrok z moich dłoni na Sehuna. Jego roztrzepane, tlenione blond włosy poruszyły się na wietrze, a ciemne odrosty było widać nawet o tak później porze jak ta.
– Nienawidzę swoich przyjaciół z wzajemnością – odpowiedział. – Są idiotami.
Nie wiem dlaczego, ale nie zdziwiła mnie jego odpowiedź. Być może dlatego, że sam czasem odnosiłem takie wrażenie. Dla innych to mogło wydawać się absurdalne, z kolei dla mnie życiowe i prawdziwe. 
– W takim razie czemu się z nimi zadajesz?
Sehun wzruszył ramionami, prychając cicho pod nosem.
– Nie lubię samotności.
To chyba nas łączyło najbardziej. Na siłę próbowaliśmy mieć kogoś przy sobie, nawet jeśli ta osoba była kimś, kto nas denerwował. Ja znosiłem Jongina chyba tylko dlatego, że nasze mamy były przyjaciółkami, a my sami sąsiadami od małego. Ale Kim był nudny. Piątkowe popołudnia spędzał nad książkami, a w niedziele oglądał maratony z Dragon Ball, na które swoją drogą wielokrotnie mnie zapraszał. Zawsze uśmiechałem się głupio i odmawiałem, wymyślając coraz to bardziej bezsensowne wymówki. Nienawidziłem kreskówek.
Sehun zdążył jedynie na mnie spojrzeć, zanim z tylnego wyjścia wyszedł Tao. Znałem go ze szkoły, choć rzadko w niej w ogóle bywał. Szedł w naszą stronę pewnym krokiem z basem zawieszonym przez ramię. Opuszkami palców wybijał rytm piosenki zespołu Circle Jerks, który akurat puścili w salonie. Muzyka się zmieniała i byłem pewien, że zaraz usłyszę coś The Knack albo Bay City Rollers.

– Towar się skończył – powiedział, gdy zjawił się przy nas. Był chińczykiem i słabo mówił po koreańsku, dlatego ledwo go zrozumiałem. Ale Sehun wyglądał, jakby doskonale wiedział, co ten mówi, bo zacisnął mocno usta w wąską linię, wydając się niesamowicie rozzłoszczonym.
– Jak?
– Jena wszystko zabrała i się zmyła.
Sehun wziął głębszy oddech, oblizując swoje zeschnięte wargi językiem.
– Suka – skwitował złośliwie, rzucając peta na trawę. Zaraz po tym sięgnął po pudełko i wyciągnął z niego kolejnego szluga, kiedy ja byłem dopiero w połowie mojego pierwszego. Nie patrzył na mnie, jedynie na ogień z zapalniczki, który mógł dać mu choć na chwilę upragnioną woń i dym, którym charakterystycznie pachniał.
– Ja coś mam – odezwałem się, po czym sięgnąłem do kieszeni kurtki, z której wyciągnąłem kilka skrętów. – Miałem zostawić na później, ale sam nie chcę tego wypalić.
– Marihuana?
Kiwnąłem głową.
– To strasznie słabe – stwierdził i wzdychnął. Tao tylko stał i przyglądał nam się dokładnie, zapewne w głowie analizując każde wypowiedziane słowo. Zawsze odpowiadał nieco później, czasem jego przekręcone wyrazy naprawdę bawiły, ale mieszkał w Korei dopiero od dwóch lat.
– Jak chcesz, ale chyba lepsze to od siedzenia na głodzie.
Wzrok Sehuna dał mi do zrozumienia, że chce tego bardziej niż czegokolwiek innego.


..

Wtedy jeszcze nie byłem ćpunem. Popalałem marihuanę, ale jej nie można było nawet porównać z innymi narkotykami. Mimo wszystko i tak ona potrafiła sprawić, że każdy wieczór stawał się ciekawszy i może bardziej kolorowy, różniący się od tej okropnej zieleni. Wtedy trochę mnie przyćmiła, sprawiła, że nie myślałem racjonalnie i za bardzo dałem się ponieść emocjom.
Pamiętałem jedynie pierwszego wypalonego skręta. Śmialiśmy się z Sehunem i mógłbym długo podziwiać ten uśmiech. Szkoda tylko, że był wywołany przez używkę, sam nie miał powodów do bycia szczęśliwym i okazywania tego. Później wszystko potoczyło się niezmiernie szybko. Kolejne wypalone skręty, wsłuchiwanie się w piosenki Black Sabbath, przedzieranie się przez tłumy zebrane w środku, by znaleźć jakiś wolny pokój, a na końcu wskoczenie do łóżka i pozbycie się wszystkich swoich ciuchów.
Właśnie tak znalazłem się zupełnie nagi na biodrach Sehuna, unosząc się i opadając, czym sprawiałem przyjemność nam obu. Ne kontrolowałem moich ruchów. Czasem były potwornie chaotyczne, a zaraz później łagodniejsze, bym mógł choć trochę odsapnąć. Ale wtedy Sehun wbijał mocno paznokcie w moje biodra, zmuszając do kolejnych ruchów, tym razem mocniejszych i bardziej precyzyjnych.
– Jeżeli się nie pospieszysz, sam przejmę kontrolę.
Ja w odpowiedzi mogłem się jedynie zaśmiać i przygryźć dolną wargę, hamując tym moje własne jęki, które coraz to częściej i głośniej wydawałem. Byłem wdzięczny Luhanowi, że pogłośnił muzykę, która również je nieco tłumiła.
Pieprzyliśmy się w rytm piosenek Guns’N Roses.
I to było przyjemniejsze od marihuany, papierosów czy tabletek szczęścia. Ciężko było mi w ogóle powiedzieć, co wtedy czułem prócz niesamowitej przyjemności, którą zadawał mi twardy i duży penis Sehuna. Nabijałem się na niego mocno, mając wrażenia, że mogę sięgnąć nieba, doznać tego raju, którego nie była w stanie zapewnić mi moja ręka.
Tak, tamtego dnia Sehun odebrał mi dziewictwo, ale wcale tego nie żałowałem. Pieprzenie się z nim było zbyt przyjemne, by później móc rozmyślać nad konsekwencjami. Nie chciałem dłużej czekać, bo po co. Do seksu nie potrzebna była miłość, dłuższe emocjonalne przygotowanie czy zapoznanie się z osobą, z którą się chce to zrobić. Wystarczyło łóżko, dwa ciała i coś, co mogłoby zachęcić do tego działania.
Żałowałem tylko, że niewiele z tego pamiętałem.
..
Niedzielne popołudnia przeważnie zawsze były takie same. Choć zazwyczaj budziłem się koło dziewiątej, siódmego lipca wstałem o dwunastej, ledwo ogarniając co się w ogóle dzieje. Drzwi do mojego pokoju były uchylone, dlatego słyszałem nową piosenkę Queen lecącą w radiu, która mieszała się z dźwiękami psującego się telewizora. To była pora, gdy Soojung oglądała Filnstonów, a mama gotowała obiad. Mogłem się założyć, że ojca znów nie było. Pewnie przegrywał ostatnie pieniądze, grając w karty ze swoimi znajomymi, których nazywał przyjaciółmi. Rodzice często się o to kłócili. Mama miała dość zachowania taty, a on... on po prostu miał ją w dupie. Nieraz znikał z domu na kilka dni, a kiedy już przychodził, to tylko po pieniądze. Przez to sam nie widziałem go od dobrego miesiąca, ale wcale nie żałowałem. Nienawidziłem go i siebie równocześnie, bo stawałem się niesamowicie do niego podobny.
Tamtej niedzieli było jednak inaczej. Ojciec postanowił się zjawić przed obiadem, właśnie kiedy siedziałem z Soojung w salonie, o ile mogłem tak nazwać pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy. Było małe i zagracone wszystkimi możliwymi przedmiotami. Ale nie brudne. Mama nigdy nie miała czasu na sprzątanie, bo pracowała jako pielęgniarka w dwóch szpitalach, by mieć na opłacenie rachunków, ale jej obowiązki przejęła Soojung. Była moja młodszą siostrą, z którą wręcz uwielbiałem się kłócić o każdą, nawet najdrobniejszą rzecz. Raz pożarliśmy się o to, jaki dokładnie kolor miała moja koszula. Ja mówiłem, że jest czarna, a ona, że granatowa. Nie odzywaliśmy się do siebie przez to dwa dni, ale mimo wszystko, gdybym jej nie miał, już dawno bym zwariował.
Soojung miała długie blond włosy, strasznie zniszczone od rozjaśniacza, ale wręcz idealne do zabawy. Gdy siedziałem z nią na kanapie, splatałem końcówki jej włosów, sprawiając, że później nie mogła ich rozczesać i często na mnie krzyczała, ale wtedy nie zrobiła nic. Siedziała po prostu, opierając się o tył kanapy, pozwalając mi na plątanie kołtunów na jej głowie. Wyglądała na smutną i wiedziałem, że to ma związek z ojcem.

– Kiedy to się skończy? – zapytała, mrużąc oczy. Zacisnęła palce na czerwonym rozpinanym swetrze z dziurami, który zarzuciła na białą sukienkę w czarną kratę.
Nie zauważyłem nawet, kiedy Flinstonowie się skończyli, a na programie, który oglądaliśmy, zaczęto puszczać reklamy pasty do zębów. Przez moment tępo wpatrywałem się w ekran momentami siejącego telewizora, nie mając pojęcia, jak w ogóle odpowiedzieć. Nagle cisza wydała mi się najbardziej odpowiednia, więc postanowiłem jej nie przerywać. Dopiero podniesione głosy dochodzące z kuchni wszystko zniszczyły.
– Pewnie nigdy – stwierdziłem, słysząc, jak kolejna szklanka zostaje zbita. Skrzywiłem się na ten dźwięk, puszczając kudły Soojung. – Będą się kłócić zawsze, bo codziennie znajdzie się jakiś powód do sprzeczek – dodałem bez jakiegokolwiek zainteresowania, znudzony tematem. Przerabiałem go w swojej głowie wielokrotnie i za każdym razem dochodziłem do jednego wniosku. To nigdy się nie zmieni, zawsze będę żył z poczuciem, że moi rodzice są ze sobą jedynie dlatego, że muszą, a ja skończę najprawdopodobniej jeszcze gorzej niż oni.

Soojung spojrzała na mnie niepocieszona, wstając z miejsca. Podeszła do drzwi i zamknęła je, choć to niewiele dało. Wrzaski rodziców nadal były słyszalne. Drzwi nieco je stłumiły, ale nie całkowicie wyciszyły, jak tego chciałem. W odwecie pogłośniłem telewizor, starając się skupić wszystkie swoje myśli na grającym pudle, a nie na krzykach, które raniły nawet jeżeli nie były skierowane do mnie.
– Nie chcę tutaj siedzieć.
Ja również nie miałem na to ochoty. Wiedziałem, że zaraz zacznie się druga faza kłótni, która była jeszcze gorsza niż ta pierwsza. Zostanie w salonie, ewentualnie przeniesienie się do pokoju obok i zamknięcie nie uchroniłoby nas od odczucia niepożądanych skutków. Dlatego nietrudno było wybrać i wstać, łapiąc za rękę Soojung.
– Chodź – mruknąłem, ciągnąc ją w stronę drzwi. Nawet nie przejmowałem się, że telewizor zostawiłem włączony. Zabrałem po drodze jedynie jeansową katanę i buty. Stwierdziłem, że ubiorę się, gdy wyjdę z tego piekła. Soojung również wzięła swoje rzeczy i jakieś pieniądze, których właściwie było niedużo, ale woleliśmy być przygotowani na wszystko. 

By wyjść z mieszkania, musieliśmy przejść przez kuchnię, która była centrum całej tej paplaniny, wyzwisk i kierowanych w swoją stronę przykrości.
– Gdzie wy idziecie? – krzyknęła za nami matka. W odpowiedzi wzruszyłem ramionami i pociągnąłem Soojung w stronę drzwi wejściowych. Jeżeli mieli się kłócić, to sami, bez nas. Ja nie miałem siły na wysłuchiwanie tego wszystkiego, zwłaszcza w niedzielne południe, kiedy wszyscy powinni być dla siebie mili i uśmiechać się do porzygu. Niestety u mnie w rodzinie zawsze było inaczej i w końcu musiałem to zaakceptować. Byłem już dorosły i powinienem jakoś pomóc. Ale nie umiałem, czułem się bezsilny, być może trochę zagubiony i znudzony ciągłym cierpieniem, które Bóg zsyłał na mnie wyjątkowo często. Chyba nigdy nie mogłem się zmienić.
– Soo, wszystko ok? – zapytałem, gdy staliśmy na klatce schodowej.
Kiedy potrząsnęła głową w odpowiedzi, mogłem ruszyć dalej, będąc pewny, że może być już tylko lepiej.


..
„U Meryl” było niewielkim barem, który funkcjonował od początku lat siedemdziesiątych, jak mówiła mi kiedyś mama. Nie znajdował się daleko kamienicy, w której mieszkałem, może zaledwie czterysta metrów. Wystarczyło przejść wzdłuż dosyć ruchliwej ulicy, a dużego szyldu nie sposób było nie zauważyć. Sama właścicielka była niesamowita. Nie znałem jej może bardzo dobrze, bo rozmawiałem z nią jedynie kilka razy, ale zdążyła zyskać moją sympatię. Była Amerykanką i przeniosła się do Korei, gdzie poznała swojego męża. Nie zamierzała już nigdzie ruszać się z Pohang. Twierdziła, że to miejsce całkowicie ją urzekło i za nic w świecie już go nie opuści. Taki sam był jej bar. Właściwie sam nie miałem pojęcia, co w sobie takiego ma, że tak bardzo mnie przyciągał. Na pewno nie wystrój, nie był w moim klimacie. Wszędzie panował brąz przez drewniane stoliki i ściany, na których wisiały obrazy legend Hollywood począwszy od Elvisa Presleya, poprzez Marilyn Monroe, a kończąc na Audrey Hepburn. Między dużymi ramami z fotografiami wiło się jakieś zielsko, które przypominało mi bluszcz, a duże okna nie wpuszczały dużo światła. Pod jedną z głównych ścian stała maszyna grająca z lat osiemdziesiątych. W ogóle nie pasowała do reszty przez swoje kolorowe wykończenia, ale nikt nie narzekał. To miejsce po prostu przyciągało ludzi.
Mimo wszystko razem z Soojung nie mieliśmy jakiegoś swojego stałego miejsca pod oknem czy w kąciku. Nie. Przeważnie siadaliśmy tam, gdzie było wolne, bo sam bar był dosyć mocno oblegany, zwłaszcza w godzinach południowych w weekendy.
– Coś zamawiasz? – zapytałem, gotowy, by pójść do baru.
Soojung spojrzała na mnie i podała mi swój portfel, który zdążyła zabrać z domu.
– Kup mi sok pomarańczowy, to mi wystarczy – stwierdziła i uśmiechnęła się lekko, odwracając głowę w stronę okna. To dziś był ten dzień, w którym siedziała i wpatrywała się w przestrzeń. Nie miała ochoty, by mi dogryźć, zwyzywać, była po prostu spokojna i to do niej cholernie nie pasowało. Nie chciałem takiej Soojung, ale równie nie chciałem takiego życia. To wszystko było przeciwko mnie.
Nie spieszyłem się ze złożeniem zamówienia. Bar był prawie pusty prócz jakieś młodej dziewczyny, która stała za nim. Stanąłem obok wysokich krzeseł, które nie miały nawet oparcia, czekając na realizację zamówienia. Nie miałem zamiaru ruszać się z baru przynajmniej przez następnych kilka godzin, wolałem nie wracać do domu, gdzie znów zastałyby mnie krzyki i wielkie zażalenia, które były bolesne. Samo słuchanie ich sprawiało, że wolałem stać się głuchy. Może i powierzchownie wydawałem się osobą, która ma zupełnie w dupie wszystko, której uczucia są obce... Tak naprawdę było zupełnie inaczej. Ja czułem i cierpiałem zupełnie jak inni ludzie, po prostu może tego tak nie okazywałem. Nie chciałem wyjść na słabeusza.
– Myślałem, że wolisz coś mocniejszego od soku pomarańczowego. – Usłyszałem.
Momentalnie odwróciłem głowę w stronę głosu i uśmiechnąłem się lekko, starając się przy okazji nie wyglądać na zbyt zadowolonego z nieoczekiwanego spotkania, bo przede mną stał Sehun. Miał jeansowe spodnie, jakiś ciemny podkoszulek i wielką, kraciastą koszulę, której nawet nie zapiął. Jego włosy były roztrzepane, a ciemne odrosty jeszcze bardziej widoczne, niż poprzedniego razu i gdybym nie wiedział kim jest, powiedziałbym, że bezdomnym. Nie, Sehun wcale nie zachwycał ani nie pociągał wyglądem. Można nawet powiedzieć, że był odrażający, wydawał się brudny i zaniedbany, a to po prostu był jego styl. Różnił się od innych wyglądem, zachowaniem, całym swoim życiem i właśnie to cholernie mi się w nim podobało.
– To nie dla  mnie – odpowiedziałem prosto i uśmiechnąłem się ponownie. – Nie wiedziałem, że chodzisz w takie miejsca jak to.
Sehun zaśmiał się i zlustrował wzrokiem pomieszczenie.
– Jest całkiem przytulne – stwierdził – w każdym razie lepsze od mojego mieszkania – dodał po momencie, a ja zacisnąłem palce na szklance z sokiem, który wcześniej odebrałem. – Nie jesteś w najlepszym nastroju – podsumował, jakby mógł przejrzeć mnie na wylot. On zawsze wiedział więcej, niż myślałem.
– Najchętniej bym gdzieś zniknął i sprawił, że wszyscy o mnie zapomną – mruknąłem. – Równie dobrym rozwiązaniem mogłoby się okazać zakopanie pod ziemią. Głęboko, skąd nie będę mógł się wydostać, gdzie nikt nie usłyszy ani mnie, ani moich myśli. – To niebywałe z jaką łatwością opowiadałem o własnej śmierci, która nawet nie nadeszła. – Ja... ja po prostu nie chcę być tutaj.
– Jeśli chcesz, pomogę ci w tym zapomnieniu. 

Na początku nie rozumiałem jego słów. Nie wiedziałem nawet, że mogą mieć jakieś głębsze przesłanie. Powierzchownie wydawały się zwykłe, ale nie mogłem tego rozumieć, nie znając Sehuna. Dopiero później dowiedziałem się, że każde wypowiedziane przez niego słowo ma ukryty sens, który był tak okrutny, że lepiej było pozostać na niego ślepym.
Spojrzałem  na niego bez zrozumienia.
– Po prostu przyjdź dziś na plażę wieczorem – mruknął, zbliżając się do baru – i przyprowadź kogoś jeszcze. Im będzie nas więcej, tym lepiej.
Kiwnąłem jedynie głową, nim odszedłem od niego, kierując się w stronę czekającej na mnie Soojung.


...
Rzeczą oczywistą było to, że nie zabrałem Soojung ze sobą. Wieczorem odesłałem ją do domu z prośbą, by zobaczyła, czy z mamą wszystko w porządku. Wiedziałem, że będzie bezpieczna, ojciec na pewno wyszedł niedługo po nas. Byłem tego pewny. A ja... ja po prostu nie chciałem wracać. Dom traktowałem jak coś, w  czym jedynie śpię i właściwie tyle. Nigdy nie spędzałem tam większej ilości czasu, moi rodzice też nie bardzo przejmowali się, gdzie jestem. Już będąc naprawdę młody, byłem wolny, bez wszelkich zakazów czy miłości, o którą dzieci się prosiły. Ja jej nie potrzebowałem. Chyba już wtedy coś ze mną było nie tak.  Być może to wszystko właśnie się wtedy zaczęło, a nie w momencie, gdy poznałem Sehuna.
Nie miałem pojęcia, co planował. Właściwie szedłem na plażę w ciemno. Tak, jak prosił zabrałem ze sobą Jongina i Taemina, jego kuzyna, który wpadł na wakacje do Pohang. Taemin był dosyć barwną postacią, o ile tak mogłem go nazwać. Był dzieckiem kwiatów, wyznawcą pokoju i lubował w kolorowych ciuchach, które raziły połączone ze sobą. Miał długie, rude włosy i grzywkę, która nachodziła mu na oczy. Często dmuchał ją i śmiał się, że kiedyś przez nią się zabije. Ale nie miał zamiaru jej ścinać. Strasznie przypominał mi go jego zwierzak. Gruba, wiecznie napuszona, ruda kura o imieniu Polly, która wręcz uwielbiała serowe krakersy. Taemin wszędzie ją ze sobą zabierał.
Jongin nie chciał wyjść z domu, ja też nie specjalnie chciałem go ze sobą zabierać, ale prócz niego właściwie nie miałem nikogo. Dzieciaki nie chciały ze mną trzymać, nie pasowałem do nich. Szkołą zawsze rządziła moda, a ja... mnie to chyba nie kręciło. Byłem inny od reszty i swoją bratnią duszę znalazłem dopiero w Sehunie.
– Nie jestem co do tego przekonany. Nie ufałbym na twoim miejscu Sehunowi. On sprowadzi cię na złą drogę, Baekhyun – powiedział Jongin, gdy schodziliśmy z górki po wałach suchego piachu, który rozjeżdżał się pod naszymi stopami. – Nie powinieneś z nim rozmawiać, w ogóle się do niego zbliżać.
– Jongin – warknąłem. – On jest taki sam jak ja.
– On jest śmieciem.
– W takim razie i ja nim jestem – odpowiedziałem, wzruszywszy ramionami. – Nie obchodzi mnie to co o mnie myślisz, Jongin. Nie każdy jest idealny. Może niektórzy są tego bliscy, ale ja nigdy nie będę. Taki się urodziłem i nie zmienię tego – stwierdziłem i odetchnąłem, gdy zobaczyłem tlące się w oddali ognisko. Słyszałem głośne śmiechy i widziałem pojedyncze, ciemne sylwetki zebrane wokół niego. – Poza tym... – zamilknąłem, stając na moment i spojrzałem na Jongina. – Życie jest tyko jedno i nie chce spędzić go jako ktoś, kim nie jestem. Szkoda je na to zmarnować.
– Baekhyun ma racje  – stwierdził Taemin, a jego kura wydała dziwny dźwięk, chyba zbyt mocno zgnieciona ręką. – Polly się zgadza. Po prostu wyluzuj, potrzebujesz czegoś do pomocy. Chcesz skręta? – zapytał, wyjmując wspomniany przedmiot z kieszeni kamizelki.

– Nie, to wyniszczy mnie od środka – skomentował prosto.
– Jak chcesz. – Taemin wzruszył ramionami i sam odpalił skręta dla siebie. – Żałuj.
Uśmiechnąłem się pod nosem i zbiegłem po górce usypanej piachem, by dostać się na dół. Stamtąd było już blisko do grupy ludzi, która imprezowała od samego zachodu słońca. Kochałem takie klimaty. Ciemna noc, orzeźwiający wiatr i ciepłe ognisko, nad którym piekliśmy pianki, popijając je piwem. Piwo miało okropny smak. Było gorzkie i zawsze chciało mi się po nim wymiotować, znacznie bardziej niż po wódce.
– Przyszedłeś – powiedział Sehun, kiedy mnie zauważył – i przyprowadziłeś...
– To Taemin – wskazałem na rudzielca, który uśmiechnął się optymistycznie, poprawiając swoje okrągłe okulary z różowymi szkiełkami. Miał jeszcze takie fioletowe i niebieskie, i prawie nigdy ich nie ściągał, chyba, że do snu. – A to jego kura, Polly. I Jongin – przedstawiłem mojego przyjaciela, który zmierzył nieprzychylnym wzrokiem Sehuna. Mogłem się założyć, że jutro będę słuchał jego wywodów o tym, że nie powinienem się z nim w ogóle zadawać.
– Ta, nie sądziłem, że wyciągniesz go z domu – zaśmiał się Sehun i spojrzał na ognisko. –Idziecie? Już są wszyscy – dodał, a kiedy kiwnąłem głową, pociągnął mnie za rękę w stronę zebranych ludzi. Nie było ich wiele, góra dwadzieścia i raczej wszystkich znałem, chociażby z widzenia. Zresztą, niektórych osób nie dało się nie znać. Chociażby takiego Luhana. Ze szkoły pamiętam go jako jednego z największych kujonów. Brał udział we wszystkich olimpiadach, a jego najgorsza ocena to piątka. Ale mimo to po szkole był kimś zupełnie innym. Kochał imprezować i miał mnóstwo przyjaciół. Albo taka Jena. Uważała, że zostanie modelką. Z tego, co wiedziałem często brała amfetaminę po to, żeby jeszcze bardziej schudnąć, chociaż i tak już wyglądała jak żywy patyk. Oni byli charakterystyczni i szybko się ich zapamiętywało.
Usiadłem na kłodzie pomiędzy Sehunem a Taeminem, który odgrodził mnie od swojego kuzyna, za co byłem mu niezwykle wdzięczny. Zamierzałem przeżyć ten wieczór dosyć aktywnie, a nie wpatrując się w ognisko, jak najprawdopodobniej myślał Jongin.

Atmosfera była luźna i przez pierwszą godzinę naprawdę się wyluzowałem. Jena mnie polubiła, dużo ze mną rozmawiała, głównie o muzyce, bo słuchaliśmy tego samego gatunku. Wymienialiśmy poglądy na temat wszystkich piosenek, jakie tylko przychodziły nam do głowy, a gdy temat zszedł na Nirvanę, wzruszyłem tylko ramionami, mówiąc, że nie wiem co to takiego. Wtedy Jena obiecała, że przyniesie mi ich kastę. Byli nowi, ale ponoć świetni.
– Zmywamy się stąd? – Zapytał Sehun po kolejnej godzinie pieczenia pianek i picia piwa, którego nawet nie tknąłem. Wtedy już nie rozmawiałem z Jeną. Ona zajęła się Tao, wskazując palcem na niektóre elementy gitary basowej, którą trzymał. Właściwie nie wiedziałem, gdzie chce mnie zabrać, ani po co, ale wtedy chyba naprawdę potrzebowałem jego bliskości. Sehun był jedyną taką osobą, do której niesamowicie mnie ciągnęło. Z nim mogłem robić wszystko, począwszy od rozmawiania, poprzez pieprzenie się, a kończąc na ćpaniu czy piciu. Wtedy jeszcze go nie kochałem, było zbyt wcześnie, by coś takiego stwierdzić, ale pociągał mnie i byłem nim co najmniej zafascynowany i zauroczony. Nie robił zupełnie nic, by tak się stało. Sehun był po prostu sobą. Być może właśnie to spodobało mi się w nim najbardziej.
W odpowiedzi kiwnąłem głową i wstałem. Jakoś nie kryliśmy się z tym, że sobie idziemy, choć i tak niewiele osób w ogóle to zauważyło. Jedynie Jongin posłał nam niezadowolone spojrzenie, które zignorowałem. Zaczynałem żałować, że go w ogóle zabrałem, ale poszedł też Taemin, który z kolei był tym normalnym, mimo że miał całkiem inny styl i poglądy niż ja. Jego po prostu dało się lubić, jego kuzyna już mniej. To znaczy... był inny, kiedy miał 10 lat. Wtedy potrafiliśmy się razem bawić i śmiać, ale zesztywniał w przeciągu tych ośmiu lat.
– Gdzie idziemy? – zadałem pytanie, ale nie otrzymałem odpowiedzi.
Postanowiłem zaufać Sehunowi, nawet, kiedy przeszliśmy za skały, kierując się w bardziej spokojne miejsce, gdzie już nie było słychać żadnych dźwięków prócz szumu fal i naszych oddechów. Było spokojnie, trochę ciemno i mało widziałem, jedynie sylwetkę Sehuna kroczącego przede mną. Ale takiej chwili właśnie oczekiwałem.
– Masz jakiś cel, ciągnąć mnie tutaj?
– Zadajesz za dużo pytań – stwierdził Sehun, siadając na suchym piasku daleko od brzegu morza. Tam nie mogła dosięgnąć nas woda, dlatego usiadłem przy nim i uśmiechnąłem się nieco, pocierając o siebie dłonie. Było dosyć zimno, chłodniej i mniej przyjemnie niż przy samym ognisku, ale mimo wszystko lepiej. – Ale tak – mruknął po chwili, sięgając po coś do kieszeni. Nie widziałem co to takiego, ale byłem w stanie się domyślić. – Próbowałeś kiedyś czegoś mocniejszego od marihuany albo tabletek szczęścia?
Pokręciłem głową.
– Nie miałem jak.
– Teraz masz szansę – powiedział i wyciągnął dłoń w moim kierunku. – Kokaina – wyjaśnił zaraz potem, wskazując na biały proszek w zamkniętym woreczku.
– Jeśli wezmę, stanę się ćpunem.
– Już nim jesteś – odburknął bez żadnych emocji, wzruszając jedynie ramionami. – Nie musisz brać, jeśli nie chcesz. Po prostu wiem, że jeśli jednak to zrobisz, nie będziesz żałował. Ja nigdy nie żałowałem – dodał całkiem pewien i spojrzał na narkotyk. – W tym opakowaniu zamknięte jest małe szczęście, które potrafi człowieka całkowicie zniszczyć, tak kiedyś powiedział mój tata – mruknął – ale ja uważam nieco inaczej. To właśnie narkotyki prowadzą mnie przez drogę, która kończy się w najlepszym miejscu, jakiekolwiek w ogóle istnieje.
– Byłeś tam?
– Nie – odpowiedział szybko – ale już niedługo tam dotrę.
– W takim razie chcę spróbować tego samego – powiedziałem po chwili i spojrzałem na usta Sehuna, które po momencie przywarły do moich, mocno całując. Pamiętam ten dotyk. Nie był delikatny ani subtelny. Był głęboki i pełen pasji, lepszy od czegokolwiek innego. – Przeprowadź mnie przez tę drogę, przez którą sam dążysz.

...
Z poprzedniego wieczoru nie pamiętałem wiele, ale wiedziałem, że musiałem dobrze się bawić, skoro obudziłem się pod mostem, gdzie kiedyś płynęła rzeka. Jednak koryto wyschło, pozostawiając po sobie jedynie kamienie i trochę płaskiego terenu, który zarósł trawą. To właśnie tam leżałem wtulony w Sehuna, którego musiałem obudzić. Nie miałem pojęcia, jak dostaliśmy się w to miejsce. Przecież wszystko zaczęło się na plaży, z dala od znajomych, którzy postanowili nam nie przeszkadzać. I wszystko było naprawdę cudownie, powolne pocałunki, które wreszcie przerodziły się w szaleńczą walkę o dominację i uznanie, każdy dotyk stawał się bardziej odczuwalny, mocniejszy. Nie pamiętałem nic więcej, ale wiem, że było mi dobrze, czułem się lepiej, wolniej. Szczęśliwiej.
Właśnie tak zaczęło się moje uzależnienie od narkotyków.
To stało się szybko. Jednego dnia wciągałem trochę kokainy, a kolejnego dnia myślałem, jak ja bez niej wytrzymam. Chciałem, by towarzyszyła mi w każdej chwili i prowadziła przez życie, wyznaczała drogę, tak, jak zrobiła to w przypadku Sehuna. Najlepsze było to, że nie potrzebowałem wiele czasu, by się uzależnić. Wystarczyła jedna dawka, która odmieniła moje całkowite nastawienie. Zrozumiałem, że marihuana czy tabletki szczęścia przy tym były zupełnie niczym. Zbyt słabe, by mnie w jakikolwiek sposób mogły zadowolić. Chciałem brnąć w to coraz dalej i doświadczyć tego, co nie przytrafiłoby mi się, gdybym nie poznał Sehuna.
Zacisnąłem mocno palce na skórzanej kurtce Sehuna, przymykając nieco oczy. Obejmowałem go od tyłu, przy okazji trzymając się go zawzięcie, próbując nie spaść z motoru, który prowadził. Czułem wiatr, który rozwiewał moje włosy i uderzał w oczy zbyt mocno. Ale było idealnie, bo mogłem dotykać Sehuna, być blisko niego i przytulać się do niego bez żadnych późniejszych wyjaśnień czy konsekwencji.
Zatrzymał się i zgasił silnik dopiero przed kamienicą, w której mieszkałem. Zszedłem z urządzenia, oddając Sehunowi kask, który położył na siedzeniu.
– Dzięki – powiedziałem cicho i uśmiechnąłem się lekko, spoglądając w stronę drzwi wejściowych, które były zamknięte. – Chyba tego było mi trzeba. Z tego co widzę dotąd miałem cholernie nudne i przewidywalne życie, potrzebowałem małej odmiany. – Sam nie wiem dlaczego początek uzależnienia nazwałem małą odmianą, skoro później stał się czymś naprawdę wielkim. Chyba nie potrafiłem dokładnie przeanalizować swoich własnych słów.
– W porządku – odpowiedział po chwili, a ja uśmiechnąłem się nikle.
– Muszę już iść.
– A pocałujesz mnie?
To pytanie mógłby zadawać bez końca, a ja zawsze odpowiadałbym na nie twierdząco. Myślę, że to przez to, że uwielbiałem usta Sehuna, w które chwilę później się wpiłem. Dookoła nas było brzydko, szaro i chyba zaczynał padać deszcz, ale nie przerwaliśmy pocałunku. Pogłębiliśmy go, robiliśmy wszystko, by poczuć siebie jeszcze mocniej.
– Chcę to jeszcze kiedyś powtórzyć – wydyszałem cicho wprost w jego usta.
– W takim razie wpadnę jutro po ciebie – powiedział i na odchodne ostatni raz cmoknął mnie w usta. To był szybki pocałunek, który pozostawił po sobie wiele niedosytu i chęci kontynuowania czułości, ale wiedziałem, że na tym muszę zaprzestać. Dlatego też obróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę schodów prowadzących do wejścia kamienicy. Za sobą słyszałem charakterystyczny dźwięk uruchamianego silnika, który po jakimś czasie zniknął wraz z Sehunem. Zostawił po sobie tylko głośne gwizdy wiatru i krople deszczu uderzającego o blachę.
Wchodząc do ciemnego korytarza, zastanawiałem się, czy na pewno chcę choć na chwilę wrócić do tej rzeczywistości i cholernej monotonii. Nie podobało mi się to, ale stwierdziłem, że jeżeli naprawdę będę czuł się źle, po prostu wyjdę.
– Gdzie byłeś? – Moja matka zaatakowała na wstępie. Rzuciłem jej tylko znudzone spojrzenie, ściągając z siebie mokrą od deszczu kurtkę. – Nie było cię w nocy.
– Mówisz, jakby cię to obchodziło – prychnąłem. – To nie pierwszy raz. Często znikałem na dnie i nie rozumiem, dlaczego obudziłaś się dopiero teraz – podsumowałem, uśmiechając się z pogardą. – Poza tym jestem pełnoletni, nie masz prawa mnie kontrolować.

Moja mama kiedyś buła cudowną kobietą. Ale życie zamieniło ją w kogoś, kogo wolałbym nie znać. Zapomnieć i odizolować się. Byłem okropny, ale nie chciałem kłamać zwłaszcza wobec siebie. Byłem typem człowieka, który woli spędzać czas sam albo z całkiem obcymi mi ludźmi, niż z rodziną. Moja mama mnie denerwowała ciągłymi krzykami i narzekaniem, a ojciec samym swoim istnieniem. Poza tym to on najbardziej się zmienił i mam wrażenie, że teraz nie znam tego człowieka. Wydawał mi się on zupełnie obcy, nie taki, jakiego zapamiętałem go w dzieciństwie. Wszystko się zmieniło, ale to przez pieprzone życie, które nam wszystkim dało w kość.
– Ale nadal jesteś moim synem – odpowiedziała stanowczo, a ja przystanąłem i spojrzałem na nią z politowaniem, zastanawiając się, czy ona mówi poważnie. Genetycznie tak, owszem, ale dawno przestałem się nim czuć, tak psychicznie.
– Wiesz, powiedziałbym co o tym myślę, ale nie mam siły – mruknąłem i ściągnąłem jeansową kurtkę, którą położyłem gdzieś na boku, ponownie kierując się w stronę mojego pokoju. – Całe życie czułem się jak w pieprzonym zamknięciu. Miałem dość, a teraz mam okazję, by wreszcie żyć i choćby nie wiem co, nie odbierzesz mi tego.
Widziałem, jak moja matka zaciska ręce na kraciastej ścierce, którą trzymała w rękach. Jej palce aż pobielały, a twarz stała się nieco czerwona.
– To przez tego śmiecia?
– Sehun nie jest nim – powiedziałem – a nawet jeśli... Nikt nie dał ci prawa, byś wtrącała się w moje sprawy i szpiegowała mnie z okna kuchni. Mogłem się spodziewać wszystkiego, ale nie tego, że zniżysz się do tego poziomu – prychnąłem i rzuciłem jej niezadowolone spojrzenie.
– Nie tak cię wychowałam – stwierdziła nieco łagodniejszym głosem, ale nadal pełnym jadu i kpiny.
– Masz rację, widać się zmieniłem. Tak jak ty i tata. I wy się stoczyliście, i ja – warknąłem. – I jeśli nadal chcesz wypominać mi błędy, najpierw zmień coś w sobie, a potem próbuj we mnie.
Później jedynie spojrzałem na nią przelotnie i wróciłem do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.


...
Sehuna można było kojarzyć jako dzieciaka z jednym marzeniem. Jeżeli się go nie znało, wydawać by się mogło, że wcale nie dąży do jego spełnienia. Poza tym samo to marzenie było specyficzne, inne niż pozostałych. Większość moich znajomych chciała pieniędzy, podróży dookoła świata czy spotkania z idolem. A Sehun... On zdecydowanie nie należał do tych zwykłych ludzi.
– Ponoć, kiedy byłem mały, kochałem walić w perkusję i udawać,  że jestem gwiazdą rocka – powiedział pewnego dnia, kiedy siedzieliśmy na szarym murze koło budynku starego teatru, czekając na Jane i Tao. – Tę perkusję dostałem od dziadka na siódme urodziny. Poza tym cholernie bałem się śmierci. Miałem swoje wyobrażenie piekła, o którym nie chciałem myśleć –  dodał, wpatrując się w szluga tlącego się pomiędzy jego palcami. – Ale dorosłem i moje marzenia stały się obawami, a obawy marzeniami.
–  Twoje marzenie jest dosyć specyficzne.
– Ale piękne. Każde marzenie jest piękne i warte spełnienia –  stwierdził gładko, zaciągając się papierosem, który z sekundy na sekundę malał. – A właśnie to dążenie do realizacji jest w pewnym rodzaju sztuką.
– Nazywasz siebie artystą?
Sehun zaśmiał się i skinął głową.
– Może półetatowym, ale tak.
Zaśmiałem się, kręcąc z rozbawieniem głową. Właściwie, tego mogłem się spodziewać po Sehunie. Był dosyć przewidywalny, jeżeli choć trochę spędziło się z nim czasu. Gdy rozmawiałem z nim o czymś więcej, niż tylko narkotykach, poznawałem go coraz bardziej. Dzięki temu zrozumiałem, że żyje tylko jedną ideologią i marzeniem, które dla innych mogłyby się wydać całkowitym głupstwem. A ja... ja trzymałem stronę Sehuna i szczerze wierzyłem, że ma rację. Nie miałem zamiaru wybijać mu tego pomysłu z głowy, ani namawiać do zmiany decyzji. Postanowiłem całkowicie zaakceptować jego wybór i trzymać się go. Bo rozwiązanie jego problemów okazało się całkiem lepsze od tego mojego.
– Dlatego ćpasz?
– I palę papierosy – dodał, podnosząc palce, w których trzymał jednego – to w pewien sposób przygotowuje mnie do momentu, kiedy osiągnę swój cel. I dostarczają przyjemności, której od dawna nie doświadczyłem.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem i wstałem. Przedostałem się po murku, by usiąść bliżej Sehuna i móc wdychać ten charakterystyczny zapach bez żadnych przeszkód.
– Nic więcej nie sprawia ci przyjemności?
– Nie – stwierdził, wzruszając bezradnie ramionami, jakby się tego wstydził.
– Nawet seks?
– Jest miły – sprostował Sehun z niemym uśmiechem plątającym się na jego ustach – ale coraz mniej mnie cieszy. Może dlatego, że nie widzę nikogo, kto byłby na tyle dobry, by sprawił, żebym czuł się po prostu zajebiście – dodał, wkładając papierosa pomiędzy wargi.
– A ja? – dopytywałem dalej, mimo wrażenia, że Sehun jest już zmęczony moimi ciągłymi pytaniami, które wydawały się nie mieć końca.
– Ty byłeś wyjątkiem – odburknął po chwili – przed tobą długo nie miałem nikogo, nawet na chwilę. Nie mogłem określić, czy podoba mi się w ogóle ktoś. I wtedy mogłem powiedzieć, że jestem aseksualny, ale teraz... możemy oboje uznać, że jestem gejem, nie tylko ze względu na ciebie, ale żeby zrobić na złość wszystkim homofobom na tej Ziemi. I babciom które uważają, że tylko związki hetero są darem niebios i mogą być pobłogosławione przez Boga – skomentował na samym końcu, a ja zaśmiałem się i przysunąłem swoją twarz do jego.
– Więc może teraz uprzykrzymy im życie?
W odpowiedzi Sehun pocałował mnie mocno i długo. Czułem jego usta na swoich i było to najcudowniejsze uczucie, bardziej uzależniające od narkotyków, alkoholu czy wszelkich używek istniejących na całym świecie. Nie umiałem tego opisać, to trzeba było przeżyć samemu, bo słowa w żadnym stopniu nie potrafiły tego oddać.
– Możecie przestać się lizać? Ludzie patrzą. – Oboje usłyszeliśmy głos Jane, ale minęła dopiero chwila, nim zdołaliśmy się od siebie odkleić.
– Nie musisz patrzeć – odpowiedział.
– Jesteś obrzydliwy.
– Może – stwierdził – ale spoko, ty jesteś nie lepsza – podsumował, a ja zaśmiałem się cicho, zeskakując z murka.
– Idziemy? – zapytałem i spojrzałem na wszystkich. Tao pierwszy kiwnął głową, a potem reszta, dlatego nie czekaliśmy długo i udaliśmy się na plażę.

...


soundtrack


Jako mały chłopiec, wcale nie byłem niesamowicie grzeczny. Z tego, co pamiętam i opowiadała mi babcia, biłem inne dzieci, nie chciałem chodzić do przedszkola, grymasiłem przy obiadach i po prostu byłem małym diabłem, który nie potrafi wysiedzieć w miejscu nawet pięć minut. Z czasem może to po części się zmieniło, wraz z wieloma rzeczami, które powinny zostać takie same.
 
Pamiętam moją rodzinę. Różniła się od tej teraźniejszej. Może członkowie pozostali, ale reszta stała się zupełnie inna. Czasy, w których mój ojciec nie dotykał hazardu były najszczęśliwszymi w moim życiu. Pozbawionymi tego strachu, który towarzyszył mi przez ostatnie lata. Nie chciałem robić z siebie ofiary, bo wiedziałem, że najbardziej i tak cierpi moja siostra, ale czasem miałem tak bardzo dość tego wszystkiego, że byłem gotowy spakować swoje rzeczy i po prostu zniknąć. Gdziekolwiek, tylko po to, by nie być dokładnie pośrodku wojny, która zaczęła się kilka lat temu, właśnie tu, w mieszkaniu, które czasem było gorsze od samego więzienia.

Północ nie była najlepszą porą na to, by wracać do domu. Powinienem zjawić się na kolacji, ale wiedziałem, że nie mam po prostu po co. Pewnie i tak jej nie było. Soojung co najwyżej jadła sama, mama pewnie siedziała w pracy, a osoba, która śmiała nazywa się moim ojcem, przegrywała ostatnie pieniądze na żałosnej partii pokera, który rozgrywany był w zapuszczonym barze gdzieś na obrzeżach miasta. Dlatego właściwie nie żałowałem, że dom traktowałem jak hotel i przychodziłem do niego tylko kiedy potrzebowałem się przebrać i wyspać.

To, co zdziwiło mnie najbardziej, kiedy wszedłem do mieszkania, byłe zapalone światło. O tej godzinie powinni wszyscy spać. Tego wieczoru jednak wszystko stało się jeszcze bardziej nie takie, jak powinno. Niezaprzeczalnie inne, dosyć obce z niepokojącym uczuciem, które powoli rozlewało się w środku.

Mój pokój wyglądał zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy widziałem go po raz ostatni. Nie należałem do osób pedantycznych, ale zazwyczaj wszystko leżało na swoim miejscu. Tamtego wieczora moje ubrania porozrzucane, przykrywały podłogę przez swoją ilość, przez co prawie w ogóle jasne, drewniane panele nie były widoczne. Nie miałem pojęcia, co mogło wydarzyć się pod moją nieobecność, ale naprawdę szybko zaczęły dopadać mnie okropnie źle przeczucia, przez które serce w mojej piersi biło coraz bardziej, natomiast oddech prawie całkowicie zanikał.

– Baekhyun. – Usłyszałem za sobą, przez co odwróciłem się. Koło drzwi stała Soojung z zaczerwienionymi od płaczu oczami, spoglądając na mnie niepewnie, jakby bała się cokolwiek więcej powiedzieć.

Patrzyłem na nią przez chwilę, zastanawiając się, co zrobić i co w ogóle o tym wszystkim myśleć. Póki co, w mojej głowie plątały się wszystkie myśli i nie potrafiłem ich uporządkować.

Moment później zrozumiałem, że ona coś wie, zwłaszcza, kiedy zerkała na korytarz, który prowadził do pokoju rodziców. Nie miałem pojęcia, co mną kierowało, ale ruszyłem w tamtą stronę, mimo głośnych protestów mojej siostry, która chciała mnie zatrzymać.

– Nie idź tam – powiedziała, ale nie krzyczała. Zachowywała się dosyć cicho, co właściwie również było dosyć dziwne. Zawsze histeryzowała. – Proszę, Baek. Wyjdź, najlepiej z domu i nie wracaj przez kilka dni, nie możesz teraz tutaj zostać – mówiła szeptem, ciągnąc mnie za rękę w stronę wyjścia. Była o wiele słabsza, dlatego to nic nie dało. – Baek...

– Dlaczego? – ryknąłem, zatrzymując się gwałtownie.

Soojung wpadła na moje plecy i zmrużyła oczy, z których znów pociekły łzy.

– Ojciec jest.

– Wreszcie raczył zjawić się w domu – prychnąłem i z pogardą spojrzałem na drzwi, które otworzyły się, a w nich stanęła osoba, którą miałem ochotę osobiście rozszarpać.

Nie wiem, co rozjuszyło mnie bardziej. Świadomość, że muszę stać twarzą w twarz z tym człowiekiem, czy sam fakt, że nic nie mogę zrobić. Stojąc naprzeciw niego, czułem się niesamowicie bezradnie, jakby nagle uleciały ze mnie wszystkie siły i chęci do walki. Nawet wściekłość, która wcześniej rozlała się we mnie w zaskakująco szybkim tempie, teraz nie wiele dawała. Sparaliżowało mnie, całkowicie oniemiałem, czując, jak chłodne, pełne jadu i pogardy spojrzenie mojego ojca padło na mnie. Nigdy wcześniej się go nie bałem. Pamiętam, jak byłem mały, zabierał mnie na lekcje karate. Nienawidziłem tego, dlatego na ważnych występach, które oglądali wszyscy rodzice, ja dałem się pobić dziewczynie, tym sposobem robiąc mu okropny wstyd. Wtedy był na mnie wściekły, ale nie patrzył na mnie tak samo jak teraz.

– Pieprzony ćpun – niemal wycharczał. Jego głos był nieprzyjemny, dosyć niski i głęboki, przez co sprawiał, że miałem ochotę choć na chwilę stać się głuchym. Moment potem chwycił mnie za poły mojego ubrania i przycisnął do ściany. Mocno uderzyłem o nią plecami, co wywołało cichy jęk, którego nie potrafiłem zatrzymać. Ból, który na moment mną zawładnął, był okropny, jakby dosłownie cały mój kręgosłup miał się nagle rozsypać.

Przez moment nie wiedziałem, o czym on mówi, ale potem oprzytomniałem, widząc moją mamę stojącą kilka metrów dalej. Wyglądała na zmęczoną, a w ręce trzymała dwie foliowe torebki z białym proszkiem, który należał do mnie. Zrozumiałem.

– Puść – powiedziałem, starając się go odepchnąć, co okazało się niezwykle trudne. Był ode mnie znacznie silniejszy, a jego ręce większe. Nie miałem szans, zwłaszcza, że nikt nie stał po mojej stronie, nawet Soojung, która przyłożyła dłoń do ust, by nie rozpłakać się jeszcze bardziej. Mama nie reagowała wcale. Wpatrywała się we mnie pustym wzrokiem, jakby chciała mi przekazać, jak bardzo się na mnie zawiodła, bo przecież nie tak mnie wychowywała. Nie chciała ze mnie zrobić ćpuna. Ale to nie była jej wina, ani Soojung, ani nawet mojego ojca. Ja nie wybrałem narkotyków, nie chciałem stać się uzależnionym od nich człowiekiem. To narkotyki wybrały mnie i postanowiły zawładnąć moim życiem, które z dnia na dzień stawało się coraz bardziej głupie i bezcelowe. Przez Sehuna nawet zastanawiałem się, po co jeszcze żyję, skoro funkcjonuję jak najniższa klasa społeczna. Nie miałem ambicji, większych planów, powodów do szczęścia i cudownych kontaktów z rodziną. Miałem tylko to pieprzone pudełeczko z kokainą i nieodwzajemnioną miłość, która również w jakiś sposób mnie staczała. Choć i tak wydawało mi się, że jestem na samym dnie. – Przestań – wychrypiałem, gdy dotarło do mnie, że jego ręka niebezpiecznie zbliża się do mojej szyi. Jednak zatrzymała się, a ja i tak miałem poczucie, że będzie tylko gorzej.

Soojung uciekła. W pewnym momencie nie wytrzymała i po prostu wybiegła, trzaskając za sobą drzwiami. Najwidoczniej nie mogła patrzyć na to, jak nasz własny ojciec chce dać mi nauczkę. Nie byłem pewien co do tego, czy używał dobrej metody. Przemoc to wszystko tylko nakręcała.

Pierwsze uderzenie było najgorsze, przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Było mocne, szybkie, precyzyjne i sprawiło, że zgiąłem się w pół. Ból był jeszcze gorszy, mieszał się z okropną myślą, że nie chce znać tego człowieka, że jest dla mnie potworem, który zniszczył rodzinę. Kiedyś byliśmy szczęśliwi, ale to nagle stało się tylko przeszłością, o której nie chciałem już wspominać, bo żałowałem, że nigdy nie stanie się czymś, co jeszcze raz będę mógł przeżyć. Utknąłem w momencie, z którego za wszelką cenę chciałem się wydostać. I zniknąć. To śmieszne, bo marzenie Sehuna nagle stało się również i moim.

– Zawsze wiedziałem, że będę żałował twoich narodzin – stwierdził. W tym mogłem przyznać mu rację. Ja również żałowałem. – Kiedy byłeś mały, widziałem w tobie cholernego darmozjada, który nic nie osiągnie w życiu, który da się tak prosto zniszczyć – prychnął z pogardą, po czym otrzymałem kolejny cios, który powalił mnie na kolana. Podparłem się rękami o podłogę, spuszczając głowę w dół. Czułem się niesamowicie ciężko i słabo. Chyba byłem bliski całkowitego załamania się. Mimo że nienawidziłem swojego ojca, jego słowa bolały i sprawiały, że nawet nie chciałem już walczyć o swoje. – Byłeś cieniasem. Ciotą. Nadal nią jesteś.

Kolejne uderzenie.

Na moment przestałem oddychać. Nie potrafiłem zaczerpnąć powietrza. Moja klatka piersiowa, płuca... nic nie chciało ze mną współpracować.

– Wystarczy. – Usłyszałem nad sobą głos mojej mamy. Właściwie żałowałem, że w ogóle się odezwała. Mogła pozwolić ojcu na kontynuowanie nauczki. W najlepszym wypadku zakatowałby mnie na śmierć. Byłbym mu wdzięczny, a teraz, niemal leżałem pod jedną ze ścian na korytarzu, nie mogąc ogarnąć myśli ze względu na ból, który jak na złość nie chciał ustać. – Idź się uspokój – zwróciła się do mojego ojca, który nadal mimo to stał w miejscu. Czułem na sobie jego wzrok. Nie zamierzał tak łatwo odpuścić.

Zabrał torebeczki z narkotykiem z rąk mojej mamy i rzucił je pod swoje nogi, a wprost przede mnie.

– Zabieraj to i wynoś się.

Nie sprzeciwiałem się i po prostu to zrobiłem. Nie chciałem więcej na niego patrzyć i żyć z nim pod jednym dachem z okropną świadomością, że jestem niechciany. Mój świat i tak legł w gruzach, chociaż... Być może właśnie to było o wiele lepsze niż moje dotychczasowe życie?



To okropne, jak bardzo żałosny się stałem w ciągu jednych wakacji. Ale mimo wszystko, jakby spojrzeć na nie pod innym kątem, były najlepszymi w moim życiu. Poprzednie były nudne, spędzane głównie z Jonginem, który potrafił samym swoim gadaniem uśpić nawet najbardziej wytrwałego i wyspanego człowieka. Pamiętałem je. Głównie siedzieliśmy na pobliskim placu zabaw albo po prostu krążyliśmy gdzieś w pobliżu naszej kamienicy. Z każdym rokiem stawialiśmy się coraz starsi, a ja miałem wrażenie, że stoimy w pieprzonym miejscu i nadal mamy po dziesięć lat. Właściwie... zawsze byliśmy gówniarzami i nimi pozostaniemy.
– Wyglądasz jak gówno – Jane podsumowała, siadając obok mnie.
Wszyscy zebraliśmy się w starym garażu domu Tao. Jego rodziców nie było, a sam fakt, że mieszkał raczej na odludziu, dawał nam większe pole do działania. Nikt nie mógł skarzyć się, że jesteśmy zbyt głośno czy po prostu wzywać policji, widząc w naszych rękach dragi.
Garaż nie był wcale wielki i właściwie, nigdy bym go tak nie nazwał. Nie było tam samochodu ani narzędzi, zamiast nich pod jedną ze ścian stała rozlatująca się sofa  ze sprężynami i gąbką na wierzchu, którą przykryliśmy bordowym kocem, a po drugiej stronie znajdowała się szafka. Na niej stało radio i wazon, w którym nie było już kwiatów. Nikomu o nie nie chciało się o nie dbać.
–  I tak się czuję – odpowiedziałem i spojrzałem na dziewczynę, która jedynie prychnęła, sięgając do swojej torebki. – Może to poprawi ci humor – dodała, wyciągając kasetę, którą już kiedyś obiecała mi przynieść. To nic, że minął ponad miesiąc, ważne, że w ogóle zebrała się, by mi ją pokazać. Rzuciła ją Tao i rozkazała włączyć , przez co moment później usłyszałem pierwsze dźwięki dątąd nieznanego mi zespołu.
W moim życiu muzyka wcale nie grała wielkiej roli, bez której byłbym nikim. Po prostu... uwielbiałem te klimaty i chyba odprężałem się przy niej. Nie myślałem o mojej sytuacji, o niczym, co doprowadziłoby mnie do załamania.
– Całkiem chwytliwa...
Jane uśmiechnęła się i pokiwała głową, zbliżając się do mnie. Położyła mi jedną ręke na ramieniu, zerkając na drzwi,  które cały czas były zamknięte.
– Wiem – mruknęła – a później chwyta za serce. Można żyć tą muzyką.
– Myślę, że mimo wszystko mamy inne poglądy na jej temat. Ja żyję z dodatkiem muzyki, a ty żyjesz muzyką – podsumowałem. Jane przez moment milczała, jakby analizowała moje słowa, ale wreszcie zaśmiała się, wyciągając z kieszeni skórzanej kurtki paczkę papierosów.
– Coś w tym jest – rzuciła krótko odpalając szluga – ale lepiej żyć nią niż prochami i Sehunem. Posłuchaj, znam go  długo. Właściwie odkąd skończył sześć lat i byłam z nim w każdym momencie jego życia. Poza tym, to trudny dzieciak i nic ani nikt nie potrafił go zmienić. A wiesz co jest najśmieszniejsze? Nigdy wcześniej nie widziałam go bardziej nakręconego niż teraz. Nie chcę radzić ci źle, ale jeżeli nadal będziesz żył nim, on całkowicie ściągnie cię na dno.
Przez chwilę patrzyłem na nią, zastanawiając się nad jej słowami, po czym uśmiechnąłem się nikle i pokręciłem głową, dając jej do zrozumienia, że się z nią nie zgadzam.
– On wcale nie jest dla mnie zagrożeniem, Jena – zacząłem. – To  ja sam prędzej czy później się wykończę – podsumowałem i wstałem, widząc Sehuna. Wszedł do garażu z siatką pełną piw. Po momencie podszedł do niego Luhan i odebrał trunki, a sam Oh ruszył w moim kierunku, całując mnie mocno na powitanie. Zarzuciłem ręce na jego ramiona i pozwoliłem czuć jego wargi jeszcze dłużej, pomimo okropnego dyskomfortu, który sprawiało mi posiniaczone ciało. W ciągu dwudziestu czterech godzin nie zdążyłem dojść do siebie, nadal wszystko okropnie bolało, w jakiś sposób utrudniając mi normalne funkcjonowanie, ale świadomość tego, że Sehun jest tuż obok, jakoś ten ból w małym stopniu niwelowała. Zapominałem o nim, ponieważ chciałem myśleć jedynie o tym chłopaku.
– Cieszę się, że przyszedłeś – mruknął, obejmując ręką mój pas. Kiedy syknąłem, lekko zginając się z powodu bólu, spojrzał na mnie podejrzliwie, mrużąc oczy. – Wszystko w porządku?
– Biorąc pod uwagę całe moje życie, to chyba tak  – stwierdziłem i pozwoliłem odciągnąć się w wolne miejsce, z dala od Jane, Tao, Luhana i Taemina z Polly, który z jakiś powodów też zjawił się w garażu. Brakowało tylko Jongina, ale cieszyłem się, że go nie ma. – Nie musisz się o mnie martwić  – dodałem po jakimś czasie, gdy usiadłem na ziemi pod oknem, które było dosyć małe, nawet jak na garaż. Sehun usadowił się tuż obok mnie, ani na moment nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Jakoś nie potrafię ci w to uwierzyć  – stwierdził i ułożył swoją dłoń na moim zgiętym kolanie. Przez ten gest uśmiechnąłem się lekko, nadal ciężko oddychając. Od wczoraj wszystko stało się trudniejsze, zwłaszcza zwykłe funkcjonowanie. Dlatego tak bardzo potrzebowałem u swojego boku Sehuna.
– Po prostu czuję, że spieprzyłem całe swoje życie.
Sehun skinął głową, jakby doskonale mnie rozumiał. Potem uśmiechnął się lekko i przytulił mnie do siebie. To było coś bardziej intymnego niż seks czy pocałunki. Innego, bardziej wyczekiwanego i upragnionego. To coś, co chciałem zaznać już od samego początku, nawet jeżeli dręczyła mnie myśl, że ja dla Sehuna nigdy nie stanę się tak ważny, jak on dla mnie.
– Doskonale wiem o czym mówisz  – stwierdził i pogładził mnie po ramieniu. – Kiedyś ta sama myśl dręczyła i mnie. A później doszedłem do jednego wniosku, którym żyję do dziś.
– Jakiego?
– Że najszczęśliwszym dniem mojego życia będzie ten, po którym nie nadejrze żadne jutro. A wtedy nigdy już nie poczuję cierpienia, które właściwie towarzyszy mi od kilku lat – odparł, spoglądając na mnie. Mówiąc to nie wyglądał na przygnębionego, ponieważ opowiadał o swoim marzeniu, a ono dla niego było piękne.
– Będziesz wtedy naprawdę szczęśliwy?
Sehun skinął głową.
– Szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej.
Jego słowa były czymś w rodzaju przyrzeczenia, obietnicy dla bliskich. Mówił o śmierci swobodnie, zupełnie jakby to było to samo, co pogoda czy jakiś popularny program telewizyjny. Nie bał się wspominać o tym, co chce osiągnąć, równocześnie nie oczekiwał od innych pomocy. Taki właśnie był Sehun. Był sobą i za to go kochałem.
– Chcę poczuć to szczęście razem z tobą.
Tajemniczy uśmiech na twarzy Sehuna sprawił, że nagle zacząłem wierzyć, że kiedyś go doznam.

...
Poprzedniego wieczoru spędziłem naprawdę długie godziny w garażu Tao. Siedzieliśmy z Sehunem na rozlatującej się sofie i słuchaliśmy piosenek Nirvany, paląc papierosy. Jeden za drugim, jakby zawartość paczki nie miała końca. Byliśmy w swoim własnym niebie, które trwało tylko przez moment, ale tego uczucia nie można było porównać z niczym innym. Było nie do podrobienia. Takie, jakie chciałem zapamiętać i nie mówić nikomu, ponieważ pragnąłem być wyjątkowy, chociażby dla samego siebie, w tym samym czasie będąc zupełnie zwykłym człowiekiem w oczach innych ludzi.
Wraz z pożegnaniem Sehun poprosił, żebym przyszedł do niego kolejnego dnia. Nie powiedział, o której godzinie, ani po co. Właściwie mogło się zdarzyć wszystko, ale ciekawość i niepohamowana chęć zobaczenia się z nim sprawiła, że pod wieczór dwudziestego sierpnia, stanąłem pod drzwiami jego domu. Był piątek, a słońce, które powoli chowało się w chmurach, oświetlało ostatnimi promykami dużą posiadłość na wprost mnie. Niegdyś białe deski w blasku światła słonecznego wydawały się razić moje oczy, natomiast puste okiennice nadal wyglądały smutno, bez żadnych kwiatów, których nie było nawet w ogrodzie. Miałem wrażenie, że kiedyś to miejsce musiało być piękne. Pełne zieleni i kolorów, pozbawione okropnej szarości, która dominowała nawet przy tak pogodnym dniu jak tamten. Ale to smutne otoczenie pasowało do Sehuna, on był nim wręcz przesiąknięty.
Dzwonek nie działał, dlatego wszedłem do środka, zapominając o dobrym wychowaniu. To był Sehun, przy nim nie musiałem się starać, a poza tym, nawet jeżeli przez godziny stałbym pod drzwiami i nieustannie w  nie walił, i tak nie otworzyłby.
W środku było dosyć cicho, choć słyszałem ciche dźwięki jednej z piosenek Guns’N Roses. Sehun był w domu, czekał na mnie, a ja byłem na siebie zły, że tak długo zwlekałem. Sam nie wiedziałem dlaczego, ale coś w środku ściskało moje serce i sprawiało, że nie potrafiłem normalnie oddychać. Zupełnie jakbym znał zamiary Sehuna, dokładnie wiedział, co planuje zrobić. Ale nie powinienem się bać, ponieważ to nie było nic złego. Sehun tylko spełniał swoje marzenia.
– Sehun? – zapytałem cicho, gdy odnalazłem salon.
Wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż na zewnątrz. Środek był pusty, prawie nic w nim nie zostało. Wszędzie walały się pudła, z których wystawały ubrania. Zastępowały szafy, po których zostały jedynie nieliczne ślady wgnieceń na panelowej, starej podłodze pod jedną z dużych ścian pomalowanych na szaro. Pośrodku stała kanapa. Była dość duża, ustawiona na wprost wielkiego, zasłoniętego purpurowymi zasłonami okna. Spomiędzy szpar przedostawało się słońce i padało tuż pod nogi Sehuna siedzącego na wprost stolika z grającym radiem. 

– Już jesteś – bardziej stwierdził, aniżeli zapytał. – Wiedziałem, że przyjdziesz.
Jego wzrok tamtego dnia był inny. Trochę przytłoczony, nieobecny, cholernie smutny. Jakby skrywał w sobie całe nieszczęście świata czy też toczył w środku siebie wielką wojnę, której nie dało się zatrzymać. Jedynym wyjściem było toczenie jej dalej.
– To dzisiaj?
Sehun kiwnął głową.
– Pomyślałem, że nie chcę zostawiać cię samego – mruknął. – Byłbym samolubny.
Powoli usiadłem obok niego i spojrzałem na stolik, na którym leżało kilka strzykawek. Nie bałem sie igieł, wiele razy wstrzykiwałem sobie w żyłę narkotyki, ale tym razem, czułem się zupełnie inaczej niż zwykle, ale nie mogłem powiedzieć, że się bałem.
Przez moment wpatrywałem się w strzykawki, które jako jedyne mogły pomóc nam spełnić marzenie Sehuna, które wkrótce stało się również i moim. To śmieszne, jak szybko się poddałem, udowodniłem innym, że nie potrafię żyć, że jestem zbyt słaby, by radzić sobie z problemami. Byłem tchórzem i może ciotą, zgadzałem się z moim ojcem. Ale więcej nie chciałem go widzieć, ani mojej mamy, ani Soojung, ani nawet siebie. Pragnąłem jedynie spokoju i tego specyficznego poczucia szczęścia, o którym kiedyś opowiadał mi Sehun. 
– Nigdy nie sądziłem, że tak szybko umrę.
– My nie umieramy – powiedział – po prostu samowolnie wybieramy lepsze życie, którego Bóg nie był w stanie zagwarantować nam na Ziemi.
To właściwie było piękne, jak do samego końca uważał, że śmierć jest sztuką, w jakiś sposób czymś lepszym od życia, wartym spróbowania. A ja mu wierzyłem. W każde pojedyncze słowo, które stawało się dla mnie symbolem szczęścia, którego nie mogłem doznać, dopóki sam dobrowolnie o tym nie zadecydowałem. Samobójstwo nagle okazało się luksusem, natomiast życie okropnym więzieniem, z którego pragnąłem uciec.
Kiedy Sehun podał mi jedną ze strzykawek, uśmiechnąłem się delikatnie, przykładając ją do jednej z żył. Obserwowałem, jak Sehun wbija igłę w swoje ciało, wstrzykując narkotyk i starałem się idealnie odtworzyć, by odejść tak samo, jak on. Wiedziałem, że świństwo, które po momencie znalazło się we mnie, nie było kokainą. Nie czułem wielkiej chęci do ruszania się lub robienia czegokolwiek. Nagle stałem się zmęczony, ale wszelki ból fizyczny, jaki zadał mi mój ojciec cudownie zniknął. Heroina działała cuda i dopiero wtedy byłem w stanie to docenić.
Sehun zabrał mnie swoje ramiona i pozwolił, bym przytulił się do niego.
– Boje się jednej rzeczy, Baek – powiedział słabo, niemal szepcząc do mojego ucha – że kiedy moje marzenie się spełni, okaże się, że wcale nie jest tak piękne, jak wyobrażałem to sobie w mojej głowie.
Chciałem odpowiedzieć, ale byłem zbyt słaby. Wszystko dookoła mnie zdawało się oddziaływać na mnie jeszcze bardziej intensywniej, nawet muzyka. Była głośniejsza i sprawiała, że uśmiechałem się. Bardzo łatwo się poddałem, ale myślę, że od samego początku chciałem tego samego, co Sehun. Niczego więcej, tylko tego upragnionego szczęścia.
Umieranie  było przyjemne. Nie bolało, ale za to wydawało się piękne. Wszystkie obrazy mieszały się przed moimi oczami, a słońce, które przebijało się przez zasłony mieniło sie jeszcze bardziej. Jak złoto. Prawdopodobnie było to tylko złudzenie, tak jak uczucie, że oddech Sehuna całkowicie zanikł i głośne, nieustanne pukanie w drzwi frontowe.
Nie zapamiętałem nic więcej, ale własnie to było najlepszym wakacyjnym wspomnieniem.

...
"cool kids die too"
Sehun zmarł dwudziestego sierpnia w swoim domu, trzymając mnie w swoich ramionach. Nie zdążył dożyć ostatniego dnia wakacji, pierwszego dnia ostatniej klasy, ani swoich dziewiętnastych urodzin, które obchodziłby w listopadzie. Nie odszedł też jako nikt sławny i nie pozostał w sercach milionów. Ale spełnił swoje marzenie, do którego dążył odkąd pamiętam.

Wiedziałem, że jest teraz szczęśliwy i to, że ma mi za złe. Nie odszedłem z nim, ale wiedziałem, że któregoś dnia do niego dołączę. Chciałem tylko, by mi to wybaczył i uśmiechnął się szczerze na mój widok, tak samo, jak wtedy, gdy umierał.
Miałem tylko nadzieję, że jego marzenie okazało się być tak piękne, jak w jego wyobraźni. Takie, o którym zawsze śnił.



THE END

10 komentarzy:

  1. WOW, tylko tyle jestem w stanie napisać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cholernie dobre i jednocześnie smutne. Nie myślałam, że aż tak się rozkleję. Dzięki za poświęcony czas na pisanie tego OS. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz... w sumie to nie mam zielonego pojęcia, co teraz napisać. Po prostu pustka w głowie. Jeszcze rozpadał się deszcz... Naprawdę, wielki szacun za tego oneshota, Uszati, ogromny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Po prostu brak mi słów. Ten shot jest genialny. Uwielbiam w nim niemal wszystko, a zakończenie daje do myślenia. Tak na dobrą sprawę; dlaczego Baek przeżył? Czy Sehun nie chciał żeby on umarł? Tyle niedopowiedzeń, chyba właśnie dlatego tak mi się podoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, miałam to opisywać, że Sehun faktycznie dał mu mniejszą dawkę i dlatego nie umarł, ale zrezygnowałam z tego, z myślą, że każdy pomyśli nad tym sam : 3

      Usuń
  5. Bardzo podoba mi się ten shot. Widać, że świetnie odnajdujesz się w minionych latach. Dzięki temu potrafisz przenieść ten klimat i atmosferę w swoje opowiadania. Fabuła jest genialne, postacie charakterystyczne, opisy nie za długie i przyjemnie się je się czyta. Baekhyun nie miał za ciekawego życia. Tyle spraw go przytłaczało, a jedynym ratunkiem były narkotyki. Przykre! Szkoda, że nie znalazł sensu swojego życia, by nie upaść tak nisko. Mógł mieć inne cele niż Sehun, dla którego marzeniem była śmierć. Czekam na kolejne z niecierpliwością.
    Pozdrawiam! :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Nadal nie wiem jak to skomentować. Ale chyba wystarczy jedno słowo: fantastyczne? Trochę mi się smutno zrobiło i do tej pory, gdy patrzę na tego ff, to robi się tak dziwnie na sercu. Wybacz za tak nierozwinięty komentarz, ale naprawdę nie wiem co napisać. Napiszę tylko, że świetny fick. Pozdrawiam - Miś Yogi

    OdpowiedzUsuń
  7. Yay, napisałam komentarz i mi się usunął, a był taki świetny. Ugh. Trudno. Napiszę jeszcze raz.
    Kocham klimat, który stworzyłaś w Skulls. I Sehun jet tu taki idealny. Nic bym mu nie odjęła, ani nie dodała i jeśli chodzi o charakter i to, jak opisałaś jego styl życia i wygląd. Jest perfekcyjny. A Baehyun to taki głupiec, wiesz? Postrzegam go jako dzieciaka, który chciał zasmakować trochę wolności i przedawkował.Co do zakończenia, to zaskoczyłaś mnie cholernie. Spodziewałam się śmierci, ale nie sądziłam, że takiej. Miałam w głowie bardziej coś w stylu przedawkowania i śmierci w lesie, czy w rowie, a Ty mi tu z taką...inną śmiercią.
    Cudowne. Perfekcje. Arcydzieło dla moich zmysłów.
    Przepraszam, że tak krótko. Rozpisałabym się, ale ręka już boli od pisania, a nie chcę nadwyrężać.
    Weny, Uszatku! <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Płaczę bardzo. ;-; Zbyt cudowne, zbyt prawdziwe, zbyt wiele cytatów które pokochałam, a już na pewno najbardziej pokochałam ich wspólne marzenie.

    OdpowiedzUsuń
  9. niesamowicie opisane ;-; coś pięknego <3

    OdpowiedzUsuń

Followers