sobota, 1 listopada 2014

Inside

Pairings: Hunhan, Kray
Gatunek: Angst, Horror, au
Autorki: Uszati & Izzy

Spóźniony ff na Halloween. Nie jest straszny, bardziej zajeżdża angstem, ale mam nadzieję, że to ff spodoba wam się tak samo, jak Still Alive, które również razem napisałyśmy i też na Halloween. Ale cóż, ocenicie jak przeczytacie :D



tekst jeszcze niesprawdzany, więc przepraszam za błędy
poprawię je możliwie szybko 


   Nigdy nie potrafiłem docenić tego, co miałem. Moja rodzina posiadała wielki majątek, który nie miał dla mnie większego znaczenia. Widziałem jedynie papier, który był niczym innym, jak pieniędzmi. Kupowałem za nie wszystko, co chciałem. Tak było od małego, więc przyzwyczaiłem się do tego. Chyba nie potrafiłem nawet myśleć o tym, że kiedyś to wszystko mogłoby być inne. Kiedyś widziałem wieżowce piętrzące się do chmur, czyste uliczki zapełnione wesołymi ludźmi, kolorowe wystawy sklepowe zawsze przyciągające mój wzrok. Jednak teraz, gdy odwracałem się, widziałem jedynie czarny dym, który zasłaniał niebo, iskrzący się ogień i zamglone oczy śledzące każdy mój ruch. Biegnąc przed siebie, balansowałem między życiem a śmiercią i w tym przypadku pieniądze nie mogły mnie uratować. Stały się bezwartościowe, a ja sam przerażony. Ten strach mnie paraliżował, sprawiał, że nie potrafiłem nawet zaczerpnąć powietrza. Oddychanie bolało, podobnie jak patrzenie na ruiny miasta, które niegdyś było moim domem. Domem, który kochałem, jednak wraz z jednym dniem stał się pułapką, więzieniem z którego za wszelką cenę chciałem się wydostać.
   Zacisnąłem mocno palce lewej ręki, zatrzymując się wraz z chłopakiem, który był jedyną osobą, a zarazem pamiątką pozostałą mi z mojego starego życia. Kiedyś jego uśmiech przypominał o nocach spędzonych w swoich ramionach, słodkich pocałunkach, czułych słowach i wyznaniach, za którymi niesamowicie tęskniłem. Ale ten uśmiech umarł, a reszta wspomnień została pogrzebana głęboko pod ziemią, zabijając we mnie ostatnie pozostałe mi szczęście, pozostawiając po sobie jedynie okropny smak goryczy.
     Hunnie  szepnąłem, dysząc od przebytej drogi, która ciągnęła się w nieskończoność. Miałem wrażenie, że przebiegliśmy setki kilometrów, kiedy tak naprawdę zdały się nic nieznaczącymi, małymi odcinkami topiącej się pod stopami, mokrej ziemi.  Sehunnie powtórzyłem, odwracając się, by zorientować się, czy choć na chwilę jesteśmy bezpieczni. Właściwie to słowo już dawno straciło dla mnie sens, powoli zapominałem co oznaczało i choć bardzo tego nie chciałem, nie potrafiłem zmienić swoich myśli. Mój umysł zamknął się przed samym mną i jedyne, co potrafiłem to płakać, chociaż łzy jak na złość zamazywały mi widok, przez co ucieczka stała się mniej skuteczna. Nie mogłem nawet krzyczeć w strachu. To by je przywołało i z chodzących punktów widocznych na ulicach pozbawionych ludzi, zmieniały się w potwory.
    Luhan  powiedział Sehun w pośpiechu, odgradzając drogę do podziemi. Znajdowało się tam niegdyś metro, jeździłem nim codziennie do szkoły i zapamiętałem ich strukturę niemal dokładnie.  Chodź  polecił, ponownie łapiąc mnie za dłonie, by pomóc mi zejść wąskim przejściem, którym ledwo się zmieściłem. Reszta przejścia zawalona była wszelkimi rzeczami, począwszy od kamienia, poprzez drewno, a kończąc na przedmiotach codziennego użytku. Pozostali ludzie robili wszystko, by się uchronić, choć chyba  wszelkie możliwe kryjówki były już niedostępne. W przeciągu kilku dni, miasto stało się ruiną, a mieszkańcy dostali dwie opcje do wyboru: żyć z ryzykiem, że w końcu i oni będą musieli się z tym zmierzyć, albo się zabić, co wydawało się zbyt łatwym rozwiązaniem.  Ostrożnie  dodał, gdy prawie ześlizgnąłem się z ukrytych w ciemnościach schodów. Sam chwilę potem zabarykadował dziurę, całkowicie odcinając nas od jedynego źródła światła. Pośród tego całkowitego mroku nie mogłem zobaczyć nic poza dłonią Sehuna, który mocno złapał moją, w jakiś sposób dając mi poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli w tej chwili było to całkowicie absurdalne.
    Dokąd idziemy?  zdołałem zapytać, przerywając ciszę, którą wypełniały jedynie nasze ciężkie oddechy. To śmieszne. Wydawało mi się, że jesteśmy martwi.
    Musimy wyjść z miasta. Tu jest zbyt niebezpiecznie, jesteśmy tak naprawdę w centrum ich skupiska  szepnął. Doskonale wiedział co robi, głos tylko przyciągnął ich uwagę, zresztą jak każdy niepozorny ruch czy delikatny oddech. To zagrożenie czyhało na nas z każdej strony.  Nie możemy wrócić do domu, musimy po prostu dalej biec do przodu  dodał. Czułem jak jego palce mocniej owijają się wokół moich. W obliczu śmierci zacząłem doceniać wszystko, nawet taki, dla innych może nic nie znaczący gest. Nie chciałem umierać.  Przepraszam Lu, że nie potrafię w pełni nas ochronić.  Jego głos załamał się wraz z ostatnimi słowami. Wypowiedział je dużo ciszej, jakby nie mógł pogodzić się z otaczającą go prawdą. Ale nikt nie potrafił tego zrobić, ponieważ życie każdego spisane było na straty. Włącznie z naszymi. Była to tylko kwestia czasu, aż sami staniemy się potworami wraz z pozostałymi przetrwałymi, a cała ludzkość przestanie istnieć. Nikt nie spodziewał się takiego końca.
   Nie miałem pojęcia, gdzie idziemy. Po prostu zaufałem Sehunowi. Byłem pewien, że zrobi wszystko, by mnie uratować, nawet jeżeli ceną za to miało być jego własne życie. Z jednej strony powinienem się cieszyć, bo przy nim byłem całkowicie bezpieczny, ale z drugiej martwiłem się o niego. Przez to wszystko Sehun był w większym zagrożeniu niż ja. Zgrywał bohatera, może faktycznie nim był, ale nie chciałem do końca przyjąć tego do myśli. Mógł być zwykłym Sehunem, który w wolnych chwilach przesiaduje w skateparku, albo by opłacić studia, pracuje dorywczo w chińskiej restauracji, w centrum miasta jako kelner. Takiego go pokochałem i chciałem zapamiętać do końca swoich dni, których nie zostało zbyt wiele. Chociaż cholernie mocno pragnąłem przetrwać, wiedziałem, że prędzej czy później to dopadnie i nas. W końcu byliśmy w centrum zagrożenia, to ono otaczało nas z każdej strony. Uciekaliśmy przed nim... Ale jak można uciec przed czymś, co jest wszędzie?
   Każda chwila decydowała o tym, jak długo przetrwamy. Nasze oddechy zdawały się niekontrolowanie słabnąć, a bicie serca przyspieszało wraz z każdym szmerem dochodzących zza naszych pleców. Wszystko mogło zwiastować nieuniknioną śmierć, nawet cichy krzyk, który przyniósł wiatr. W tym nowym świecie wszystko było przerażające, zwłaszcza myśl, że to już koniec. Wszystko co kiedyś było dla mnie normą, przestało istnieć. Ludzie umierali, budynki płonęły a ja biegłem, zostawiając to wszystko za sobą. Nie byłem tchórzem. Po prostu nie chciałem skończyć jak reszta zbyt szybko. W końcu żyłem tylko raz.
     Hunnie  szepnąłem, ale chłopak uciszył mnie od razu, sugerując, bym był najciszej jak tylko potrafię. Potwory czyhające z każdej strony nie widziały zbyt dobrze. Ale w zamian za to, miały doskonały słuch. Dlatego każdy żyjący już z góry spisany był na straty.
   Każdy nasz kolejny krok rozprowadzał echo w podziemiach. Woda rozchlapywała się pod naszymi stopami, zdradzając naszą lokalizacje. Chcieliśmy się ukryć, ale w zamian za to bezmyślnie dawaliśmy innym znać, gdzie jesteśmy. Idąc do przodu, w całkowitą ciemność, miałem wrażenie, że nie jesteśmy sami. Ciche warczenie zza naszych pleców chwile później potwierdziło moje obawy. I choć bardzo chciałem krzyczeć, musiałem po prostu zasłonić usta dłonią, zatrzymując cały ten strach głęboko w sobie. Sehun zaciskał mocno palce na mojej dłoni, która stała się tak zimna, jakby trzymał ją w śniegu, którego jeszcze nie było. Nie zdążył spaść w tym roku i udekorować dachów domów i ogrodów. I pewnie nie zobaczę go już nigdy więcej. Moje oczy musiały nacieszyć się jesiennym deszczem i mgłą, która oplatała wszystkie budynki. Zasłaniała widniejący w oddali las i nie pozwalała zobaczyć własnych stóp. Ale teraz widziałem jedynie mrok.
    Lu  powiedział cicho Sehun, wprawiając moje serce w szaleńczy ruch.  Biegnij  dodał, po czym szarpnął moją rękę, ciągnąc mnie za sobą.
   Miałem wrażenie, że to jest właśnie nasz koniec. Zmierzając ciągle do przodu, tak naprawdę pchałem się w łapska niebezpieczeństwa. Ale słysząc groźne warczenie i dźwięk uderzanych, rozpadających się butów o beton, starałem się przyspieszyć, nie myśląc o konsekwencjach przegrania wyścigu. Bałem się, każda część mojego ciała drżała i słabła z każdym kolejnym ruchem. Słabłem, pozostawiając żywym, ale mimo że chciałem takim pozostać, nie miałem najmniejszych szans. Najgorsza była przemiana która zrobiłaby ze mnie potwora, coś czego nie potrafiłem nazwać. Chociaż pozostali ludzie nazywali ich nieumarłymi, mimo iż tak naprawdę już dawno oddali swoje życie. Posiadali ciało, ale brutalnie zostali pozbawieni duszy. Dano im doskonały słuch, ale byli w stanie rozpoznać jedynie swoje ofiary poprzez krzyk, który wzbijał się ponad wszystkie wieżowce i bloki. Cisza wypełniana była cierpieniem i hukami wysadzanych w powietrze pozostałych budynków. Miasto płonęło, a cały świat spisany był na straty. To był ostateczny koniec i już nigdy nie nastąpi żaden początek.
    Przeraźliwy krzyk rozszedł się w podziemiach. Towarzyszyło mu uderzanie o siebie połamanych zębów, które bardziej przypominały ostre niczym brzytwa, twarde kamienie aniżeli coś, co kiedyś należało do człowieka. Te potwory były blisko i mimo iż od ich nóg odchodziła skóra, odsłaniająca gnijące mięso, byli szybcy. Znacznie szybsi od nas, ale brakowało im mózgów, nie potrafili racjonalnie myśleć. Posługiwali się jedynym zmysłem, który jednak wydawał się niezawodny.
   Sehun  wydyszałem, niemal potykając się o własne nogi. Traciłem równowagę i wszelką nadzieję na to, że uda mi się przetrwać.
    Wytrzymaj  powiedział, a w jego głosie również usłyszałem zmęczenie. Chwilę potem pociągnął mnie w bok, skąd dochodziło słabe światło. Nie zatrzymywaliśmy się nawet na moment przed schodami, po których wbiegliśmy na samą górę. Moje oczy zaczęły boleć od światła, które nie było tak ostre. Powoli zaczynało się zmierzchać, ale blask wysoko wzbijającego się ognia, odbijał się w oknach pobliskich budynków. Nie było czasu na obserwację, mimo strachu musieliśmy uciekać, przedzierając się przez grupy nieumarłych. Bałem się odwrócić, stawić czoła zagrożeniu, ale wiedziałem że będę tego żałować. Już wiele razy widziałem ich twarze. Potwornie blade, ubrudzone krwią niewinnych. Jakkolwiek pozostała na nich skóra gniła, stając się obwisła i znacznie ciemniejsza niż zdrowa. Ich ręce falowały w powietrzu, ale oni nie potrzebowali ich. Ich jedynym narzędziem były zęby, które odsłaniały czerwone dziąsła. A oczy... oczy były białe, przypominające tę mgłę, która codziennie unosiła się nad chodnikami miasta.
   Nie miałem pojęcia dokąd zmierzaliśmy. Dla mnie wszędzie było niebezpiecznie, zwłaszcza w mieście.
   Kątem oka dostrzegłem, jak Sehun spogląda za siebie, mocno zaciskając usta. Wtedy przyspieszyliśmy, nawet jeśli obaj nie mieliśmy sił nawet na oddech. Ciągle potykaliśmy się o oderwane kończyny, które żywcem zostały rozdzielone z właścicielami. Wokół nich rozlane były kałuże krwi, których nie potrafił zmyć nawet deszcz. Było ich za dużo, ta czerwień powoli stawała się jedyną barwą, jaką byłem w stanie dostrzec za wyjątkiem czerni. Widząc to, chciałem płakać, ale łzy zostawiłem na kolejne dni, które mogły przynieść jeszcze więcej śmierci i cierpienia, które stało się nieodłącznym elementem życia pozostałym przetrwanym.
   Nie liczyłem ani kroków, ani przebytych metrów. Za bardzo byłem zajęty ignorowaniem warczenia, które mimo moich wewnętrznych protestów, stawało się coraz głośniejsze. Zbliżało się do nas wraz z połamanymi palcami i ledwie trzymającymi się skóry paznokciami. Ich zęby nagle stały się dla mnie jeszcze bardziej ostre, a chęć zabijania silniejsza. Przez to nie zauważyłem nawet, gdy centrum miasta pozostawiliśmy daleko za sobą, a miejsce do którego się przedostaliśmy, było małym przedmieściem. Dookoła nas rozciągały się rzędy murowanych, dwupiętrowych domów. Ocalali barykadowali się w nich, całkowicie odcinając się od realnego, już wyniszczonego świata.
   Ta droga prowadziła dalej, aż do skrzyżowania, gdzie się rozwidlała. Jedna prowadziła w stronę kolejnego miasta oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów, natomiast drugą zasłaniał gąszcz krzaków, za którymi rosło jeszcze więcej drzew. Biegliśmy, przedzierając się przez nie. Nie widzieliśmy prawie nic, nie było ani ognia, ani krwi. Jedynie ciemne chmury kłębiące się nad lasem, pożółkłych liści i mokrych gałęzi, które ciągle uderzały o moją twarz. Za sobą nadal słyszałem warczenie, ciągle mnie prześladujące. Czułem też drżącą dłoń Sehuna, która ani na moment nie puściła mojej.
   Szybciej, Lu  ponaglił mnie, gdy wybiegliśmy z gęstwiny drzew, znajdując się przed wąskim, chwiejącym się mostem. To była jedyna droga, dość wadliwa i niestabilna, ale była naszą jedyną szansą. W dość okrutny sposób decydowała o naszym życiu i o tym, czy w ogóle przeżyjemy. W innych okolicznościach prawdopodobnie zatrzymałbym się i nie miał odwagi jej przebyć. Most prowadził do lasu i domu, w którym ktoś podobno mieszkał, chociaż teraz stało to pod wielkim znakiem zapytania. Nic już nie było pewne. Dlatego bez zastanowienia Sehun pociągnął mnie naprzód drugą ręką trzymając się mocno lin przymocowanych po obu stronach przejścia. Nie były naprężone, kołysały się wraz z każdym zachwianiem się długiego mostu, który ledwie wytrzymywał przy tak dużym ciężarze, jaki musiał przyjąć. Z wielką trudnością łapałem kolejne hausty powietrza, którego jak na złość zaczynało mi brakować, serce biło zbyt szybko i mocno, a moje nogi ciągle plątały się ze sobą, przez mrok który już całkowicie przykrył miasto i las. Teraz wydawał mi się straszniejszy, bo ciszę, którą kiedyś przerywały świerszcze, teraz zagłuszał głośny warkot dobiegający zewsząd i dźwięk łamania kości. Kiedyś lubiłem oglądać horrory, ale teraz byłem w centrum jednego z nich.
   Gdy moje nogi wreszcie zetknęły się z ziemią, wcale nie poczułem ulgi. Cały czas znajdowałem się na terytorium wroga.
   Sehun nagle zatrzymał się i puścił moją dłoń, przez co moje serce nagle się zatrzymało.
    Odwiąż linę, Lu  powiedział szybko drżącym głosem, wyjmując trzęsącymi się dłońmi scyzoryk, który przyłożył do lin, które podtrzymywały konstrukcje mostu. Ostrze było małe, dosyć ostre, ale widziałem, jak Sehun napinał wszystkie mięśnie, wkładając w jedną czynność wiele wysiłku. Liczył się czas, każda sekunda była ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Warczenie stawało się coraz głośniejsze, a kroki obciążające most mocniejsze. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak blisko byli, gdy ostrze przecięło ostatnie liny, a most razem z nieśmiertelnymi spadł w dół, odcinając nas od miasta. Zostaliśmy po drugiej stronie wraz z domem nad przepaścią, którego największe okna wychodziły na północną stronę, tam gdzie kiedyś mieszkałem.
   Właśnie wtedy nie wytrzymałem, upadłem na kolana, zanosząc się płaczem. Nie kontrolowałem wylewanych łez, ale pozwoliłem Sehunowi mnie przytulić, szepcząc przy tym, że wszystko będzie dobrze.

*


 
"To złe miejsce" - To pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy na widok tego budynku. Doskonale znałem ten dom, przez chodzące o nim legendy. W dwudziestym wieku został wybudowany przez sławnego aktora, który chciał zamieszkać gdzieś daleko, na odludziu, bez towarzystwa ciekawskich oczu, bez głosów złośliwych ludzi. Odseparował się od centrum miasta całkowicie i niektórzy mówią, że to właśnie ta pustka sprawiła, że zaczął popadać w obsesję. Sądził, że nie jest w tym domu sam, coś było obok niego, szeptało do jego ucha. Podobno wiele razy wzywał policję i szukał tej "dodatkowej osoby". Historia zakończyła się tym, że znaleziono go martwego, powiesił się przed swoim własnym domem na jednej z gałęzi rozłożystego kasztana. Wisiał tam trochę, bo gdy został znaleziony, ciało było już sine. Gdy mieszkańcy i prasa zaczęli zastanawiać się nad powodem, mówili że był załamany końcem swojej kariery, od dawna popijał i doszukiwali się jeszcze w jego zachowaniu oznak choroby psychicznej.
    Do tamtej pory myślałem, że to tylko głupia, przekoloryzowana historia z pierwszych stron starych gazet, ale gdy stałem w tamtym miejscu i słyszałem  głosy szeleszczących liści, miałem wrażenie, że chcą mnie przed czymś ostrzec. Wydawały się brzmieć tak przerażająco ludzko. Dziwiłem się, że jeszcze teraz gdy jestem świadkiem takich wydarzeń jak upadek cywilizacji, to jestem w stanie bać się czegoś, co fizycznie nie może mi zagrozić. Ignorując z trudem ten chłód i strach, szedłem za Sehunem. Blondyn ani na chwilę nie zastanawiał się, idąc w stronę starej werandy. Kilka lat wcześniej przyglądałem się przez dłuższy czas starym oknom. Wydawało mi się, że ktoś za nimi patrzy na mnie. Chociaż odbijały się na ich gładkiej tafli ciemne korony drzew, nie mogłem pozbyć się wrażenia czyjejś obecności. Nie wiedziałem czemu Sehun nawet na nie nie spojrzał. Przerażające drewniane schodki, prowadzące do wejścia już same w sobie były przerażające. W ich kątach tkwiły niewielkie kupki liści zeschniętego kasztanowca, który rósł obok werandy. Powoli wychodziłem po kolejnych stopniach, patrząc przed siebie na ogromne drzwi. Ten dom musiał być naprawdę stary, nie tylko przez typowe dla takich rezydencji wielkie, masywne dębowe drzwi, ale i jego ściany, które poszarzały już znacznie, a otaczająca go roślinność zdawała się pożerać go stopniowo. Nie tylko sięgające już okien wielkie konary drzew, ale i przede wszystkim pnący się po ścianach bluszcz.
   – Ładny dom, prawda? – zapytał Sehun, naciskając odruchowo klamkę. Nie spodziewałem się tego, by  drzwi były otwarte, ale również nie zdziwiłbym się, gdyby otworzyły się nam same jak w jakimś horrorze. Jednak gdy Sehun odsunął się od nich, a one się nie otworzyły, poczułem ulgę. Nie martw się. Zamek pewnie jest tak stary i zardzewiały, że zaraz sam pęknie – powiedział, spoglądając na mnie z uśmiechem pełnym otuchy. Skinąłem tylko głową. Nie mogłem przecież marudzić, żebyśmy nawet tam nie wchodzili. Blondyn odsunął się nieco, po czym uderzył w drzwi barkiem, aby je wyważyć. Gdy to nie dało większego efektu, oprócz szczęku zamka wycofał się trochę do tyłu i kopnął w nie z całej siły. Nie ważne jak się starał, drzwi nie drgnęły. Zdenerwowany wyciągnął z kieszeni swój scyzoryk i zaczął jego cienką końcówką przekręcać coś w dziurce od klucza. Przyglądałem się mu uważnie. – Głupie, stare zamki – syknął. Zapewne trudno było mu otworzyć go przy pomocy czegoś takiego, ale chociaż o tym wiedział dalej uparcie męczył ten stalowy zamek. – Muszę... mieć coś małego i metalowego. Coś jak drucik, czy coś takiego...  – wyszeptał cicho, bardziej do siebie. Nic co by pasowało do tego opisu nie przychodziło mi do głowy. Nie miałem przy sobie spinki, czy drucika, jak to ludzie w filmach. Sehun jeszcze raz włożył nóż, po czym uderzył go wierzchem dłoni, wbijając dalej jego końcówkę. Uśmiechnął się szeroko gdy, pinki wewnątrz zamka podskoczyły. Z trudem przestawił trzonek narzędzia, a mechanizm zamka nieco się odblokował. Uderzył jeszcze raz w drzwi swoim ciałem, przez co zamek ustąpił, wydając z siebie ostatni trzask. Drzwi otworzyły się do wewnątrz, a ja z przerażeniem patrzyłem w ciemną przestrzeń tuż za progiem tego domu. Sehun wszedł ostrożnie do środka, jakby szukając czegoś, co dałoby trochę światła. Niestety nie znalazł nic takiego, więc złapał mnie za rękę i po omacku weszliśmy do środka. Przekraczając ten próg, czułem się, jakbym właśnie popełniał największy błąd swojego życia. Zacisnąłem mocniej jego dłoń, nie myśląc o tym, że idąc za nim, zaraz czyjeś łapska mogą mnie od niego zabrać. Tak samo czułem, że te drzwi zaraz się za mną zatrzasną i nie będę mógł już uciec. Nie wiedziałem do końca gdzie mnie prowadzi, chyba po prostu przed siebie. Dostrzegłem w ciemności zarys kominka. Widziałem jak blada dłoń Sehuna szuka czegoś na półce nad nim. Jego palce delikatnie obijały się o jakieś przedmioty. Dopiero po chwili podniósł z uśmiechem zapalniczkę. Starał się ją odpalić,  ale  trysnęło tylko kilka iskier. Bałem się, że spędzimy noc w całkowitej ciemności, gdy płomyczek uniósł się lekko rzucając trochę światła. Automatycznie rozejrzałem się wokół bojąc się, że coś koło nas stoi przez cały ten czas w tej istnej ciemności. Oh złapał drugą ręką stojący na półce świecznik i podpalił knoty trzech świeczek. Ogień niczym zaraza rozdzielił się momentalnie, tak, że z jednego płomyka zrobiły się trzy nowe. Całe pomieszczenie rozjaśniło  ciepłe, blado-pomarańczowe światło. Zabrałem jedną świeczkę i ostrożnie szedłem z nią, rozglądając się wokół. Staliśmy jakby w dość sporym salonie, chociaż ciężko było jednoznacznie określić to pomieszczenie. Przede wszystkim w oczy już na samym początku wrzucał się ogromny kominek. Znajdował się po lewej stronie od drzwi, natomiast drugą widoczną rzeczą były prowadzące na górę schody. Piętro było dla nas zagadką i wolałem, żeby tak pozostało, chociaż właśnie tam mogło się kryć  coś, co tak niepokoiło mnie w tym domu.
  – Ten dom jest niesamowity – powtórzył po jakimś czasie Sehun. Dziwiłem się, czemu to mówi, w końcu w moich oczach była to rudera po brzegi wypchana starociami. – Wiesz, ten dom przypomina takie... stare angielskie rezydencje – mówił dalej.
   – Nie zastanawiasz się, gdzie są właściciele? – zapytałem natychmiast, kierując się ze światłem świecy do kominka. Podniosłem nieco trzymany przeze mnie przedmiot, spoglądając na oświetlony obraz. Starodawny portret nie zwrócił tak mojej uwagi, jak zdjęcie dwójki chłopaków. Najwidoczniej ten dom należał do nich. Wyższy blondyn obejmował  niewiele niższego szatyna, który uśmiechał się uroczo.
– Nie martw się. Raczej już ich tutaj nie ma – wyjaśnił spokojnie Sehun. Z jakiegoś powodu to stwierdzenie wydawało mi się całkiem prawdopodobne i przez to bałem się tego domu jeszcze bardziej.
*

Na  noc nie zgasiliśmy świeczek. Zostawiliśmy jedną i położyliśmy na starej komodzie, nad którą wisiał drewniany zegar z kukułką. Miał złotą tarczę i czarne wskazówki które wolno przesuwały się po niej, w końcu wybijając godzinę drugą dwadzieścia. Ciemność panowała wszędzie, za wyjątkiem jednego kąta w dużym salonie. Leżeliśmy na kanapie, przy kominku, którego nie zdołaliśmy zapalić. Nie mieliśmy czasu, byśmy zbyt zmęczeni na cokolwiek, dlatego znaleźliśmy koce i wtuliliśmy w siebie, oczekując wschodu słońca. Sehun spał. Zasnął zaraz po tym, jak wyszeptał, że mnie kocha. Ja nie potrafiłem choć na moment zamknąć oczu, choć zmęczenie sprawiało, że nie miałem nawet siły by oddychać, a nawet żyć. Dochodziło powoli do tego, że zaczynałem czekać na śmierć. Nie wiem, czy byłem w stanie walczyć. Walczyli i nie poddawali się tylko silni. A ja... ja byłem tylko Luhanem, który jakimś cudem przeżył pierwsze ataki, przez które wyniszczało całe miasto, a w końcu cała populacja, przekreślając ostatnie szanse na lepszy koniec i jakiekolwiek przetrwanie. To śmieszne, jeszcze wczoraj byłem zawzięty i pewny tego, że zrobię wszystko, by przeżyć, ale gdy tylko ogarnęła mnie ciemność, a na niebie zawisnął księżyc, doszedłem do wniosku, że łatwiej byłoby umrzeć.
   Zawinąłem się w kłębek, zakrywając po sam nos puchowym kocem, który Sehun znalazł wieczorem w jednej z szaf, gdzie ukryte były również ubrania i jakieś książki zagrzebane głęboko pod stertą materiałów. Szafa miała drzwi z lustrami, które zgrzytały wraz z każdym ruchem, sprawiając przy tym, że po moich plecach przeszły nieprzyjemne dreszcze. Nienawidziłem dźwięków, które wydawał dom, a najgorsze było to, że niczym nie mogłem ich zagłuszyć. W kącie salonu, niedaleko fotela i regałów z książkami stało radio. Wyglądało na stare, ale nawet nie mogliśmy sprawdzić, czy działa z powodu braku prądu. Chociaż zakładałem, że żadna ze stacji była już nie czynna. Nie mogłem przewidzieć ilu ludzi przetrwało, pomijając nas. Telefony nie działały, nie mogliśmy się ze sobą skontaktować. Byliśmy zdani tylko na siebie i czasami zdawało mi się, że zawadzam Sehunowi. Beze mnie prawdopodobnie poradziłby sobie lepiej, nie musiałby ciągle odwracać się za siebie, patrząc na mnie; sprawdzać, czy w ogóle jeszcze żyję. Ale nie mówiłem tego głośno, bo wiedziałem, że Sehun przytuli mnie, być może pocałuje w czoło i powie, że nie mam racji, i że bardzo mnie kocha. Jego usta mówiły to, co chciałem usłyszeć, ale nie mogły wypowiedzieć prawdy.
   Podniosłem się powoli z miejsca, zabiegając jeden z kilku koców, którymi byliśmy okryci, powoli wstałem, starając się nie obudzić śpiącego obok Sehuna, po czym od razu podszedłem do świeczki, której podstawę oplotłem zimnymi, nieco zamarzniętymi palcami prawej ręki, która przy tym lekko drżała. Bałem się, słysząc ciche, ale dość denerwujące tykanie zegara, któremu towarzyszył porywisty wiatr, zagłuszające jęki przegranych i warczenie wciąż walczących. Mimo mojego wewnętrznego strachu, podszedłem do wielkiego kominka, którego półka, prawdopodobnie pełna kurzu znajdowała się na wysokości mojego czoła. Na niej położonych było kilka ramek ze zdjęciami. Ukazywały dwie postacie, mężczyzn, wyglądających na szczęśliwych ze sobą. Uśmiechałem się delikatnie, widząc szczęście, jednak kąciki moich ust nagle opadły, gdy uświadomiłem sobie, że to właśnie oni kiedyś mieszkali przytulając się na tej samej sofie, na której próbowałem zasnąć, chodzili tymi samymi korytarzami i przesiadywali na balkonie z którego kiedyś doskonale widoczny był most i przepaść pomiędzy dwoma światami. Prawdopodobnie obserwowali w spokoju kołyszące się drzewa i byli szczęśliwi, dopóki nie stracili tego wszystkiego. Nie miałem pojęcia gdzie byli. Może zdołali uciec i skryć się przed zarazą, a może polegli, stając się jednymi z wielu. Byli potworami, choć kiedyś będąc ludźmi, nie spodziewali się, że tak się to skończy. Nikt tego nie wiedział.
   Zacisnąłem mocniej palce na świeczce, podnosząc wzrok do góry, gdzie wisiał obraz. Przedstawiał jakiegoś kompozytora, którego być może kiedyś widziałem w jednej z książek do historii. Jego wzrok ciągle podążał za mną, gdziekolwiek bym nie poszedł, wydawało mi się, że mnie widzi. Tak samo było z pozostałymi obrazami na korytarzach. Jednym z nich chwilę potem podążałem, zaciskając mocno usta w wąską linię. Oczy namalowanych postaci podążały za mną i miałem wrażenie, że potrafią przeszyć mnie na wskaz.
   Z każdej strony słyszałem ciche zgrzytanie powyłamywanych starych miejscami wyżartych przez korniki desek, jakby ktoś za mną cały czas podążał. Wiedziałem jednak, że w domu jestem bezpieczny, a zagrożenie czyhało poza nim. Byliśmy zamknięci, skryci przed chcącym zaatakować złem. Wiedziałem, że Sehun się bał, nawet jeśli tego nie okazywał. Po prostu starał się być silny, dla mnie i mimo tego, co działo się wokół nas, nie okazywał swojego strachu, ani słabości. To i tak mogło okazać się być niepotrzebne w takiej sytuacji jak ta. Umarli nie interesowali się naszymi uczuciami, ani emocjami. Pozostawali całkowicie ślepi i obojętni na nie, pragnęli tylko rozprzestrzenić tę zarazę, wyeliminować całkowicie gatunek ludzki i przemieniać w bezlitosne potwory. Żyjący byli celami. Ruchomymi tarczami, które chciały zostać niezarażone, tyle, że było to zwyczajnie niemożliwe.
   Stanąłem przed schodami, wyciągając dłoń ze świeczką przed siebie, tak, by oświetlić drogę prowadzącą na strych. Za każdym razem ostrożnie stawałem na stopniu, starając się zachowywać jak najciszej. Nie chciałem obudzić Sehuna. Potrzebował odpoczynku.
   Strych był wielki, znacznie większy od salonu, ale ciemniejszy. Na samym początku nie widziałem niczego innego oprócz czerni, która dominowała w całym pomieszczeniu. Paląca się świeczka, wokół której mocno zasikałem palce, nie dawała nic, jedynie ciepło ogrzewające moją  zmarzniętą dłoń. I tak w pewnej chwili  płomień zgasł , zostawiając mnie tam całkowicie samego i bezbronnego. Jedynym światłem były długie łuny księżycowe  wpadające przez okno. To one oświetlały pudła ustawione pod ścianami. Niektóre z nich  przykryte były białymi szmatami , które przypominały mi prześcielało. Były brudne, odrobinki kurzu tańczyły w blasku naturalnego światła, powoli osiadając na poszczególnych przedmiotach w zasięgu mojego wzroku. Najbardziej jednak zainteresowało mnie okno. Być może z desperackiej chęci wydostania się na zewnątrz, a może ze zwykłej ciekawości. Tęskniłem za byciem wolnym i bezpiecznym, co teraz wydawało się być jedynie przeżytkiem.
   Za oknem również rozciągała się ciemność. Czarne chmury zakryły gwiazdy i częściowo księżyc, który świecił jeszcze jaśniej niż myślałem. Podszedłem powoli, spuszczając wzrok z nieba na przepaść oddzielającą dom, w którym przebywaliśmy a wielkim lasem, ciasno usadzonymi obok siebie drzewami i krzakami z których nieustannie wybiegały potwory, o których tak bardzo chciałem zapomnieć. Ich krzyki przebijały się przez wszystkie ściany, które nas otaczały, a ich warczenie sprawiło, że po moim ciele przechodził zimny dreszcz. Każdy kolejny, który decydował się na atak, gdy tylko przekraczał ostatni met do mostu, spadał na dół, w ciemną otchłań, której dno ciągle się podnosiło.
   Odłożyłem świeczkę na bok, obejmując się ramionami. Stałem tam, drżąc i naprawdę chciałem się rozpłakać, ale z całej siły zaciskałem usta, mocno oddychając. Myślałem, że to, co przeżyłem było najgorszym, co mogło mnie spotkać. Ale cóż... prawdziwy horror się dopiero zaczął.




*



Ten dom, wydawał się potęgować mój strach, zamiast budzić poczucie bezpieczeństwa. Wydało mi się, że ściany były po brzegi przesiąknięte strachem i bólem, a złe emocje spoglądają na mnie z góry, czekając aż śmierć pochłonie i nas, przez co one będą mogły posilić się naszą tragedią jak sępy. Rozumiem że jak to w każdym starym budynku, zawsze musiało coś trzeszczeć, skrzypieć, bądź chrobotać,  ale to było tylko wytłumaczenie, które często słyszałem od Sehuna. Byłem pewien, że nie ma nas tu tylko dwóch i wbrew pozorom pierwszy raz miałem nadzieję, że to tylko „bezcielesny obserwator”, a nie czyhająca na nas chłodna bestia. Gdy tylko mijałem wąski korytarz, bałem się, że usłyszę za sobą czyjeś kroki, bądź zobaczę przed sobą gnijące ciało, które z głodem w oczach pobiegnie w moją stronę. Ta wizja sprawiała, że bałem się ciemności albo nawet bardziej rozbijającego ją światła, bo to przez nie mogłem zobaczyć to, czego się bałem. Gdyby otaczała mnie tylko ciemność, nawet gdyby czyjeś łapska zacisnęły się na mojej skórze, paznokcie, ledwie trzymające się na końcach połamanych palców przebijały ją, a w końcu zęby zaczęły szarpać moje ciało, to ta wizja wydawała się mniej przerażająca niż widok tych gnijących zwłok przed sobą. Moje przypuszczenia, że ktoś tu jest nie pojawiły się  znikąd. Umiałem już wyczuwać zapach śmierci. Kiedyś kojarzyła mi się ona z dymem palącej się świecy oraz legendą mojej mamy, która opowiadała, gdy razem odwiedzaliśmy cmentarz, że u góry w niebie każdy ma swoją świeczkę, podpisaną swoim imieniem. Widziałem oczami wyobraźni to morze unoszących się nad knotami ogarków. Wyjaśniła mi też, że gdy czyjś żywot się kończy knot świeczki się wypala i staje się chłodny, jak ludzkie ciało. Te wypalone świeczki były metaforą do ciała, a dym unoszący się z nich w ostatnich chwilach miał być duszą, ale co się działo, gdy ogień w wypalonym wosku ciągle płonął, a dym dawno uleciał? To wydawało się nienaturalne, tak jak i te chodzące zwłoki. Już się przyzwyczaiłem do ich widoku. Niby widziałem ludzkie twarze i wykrzywioną, ale i ludzką sylwetkę, ale ani jeden z nich już nie był człowiekiem. Ich nogi, ręce, całe ciało – wszystko poruszała chęć pędzenia za ofiarą. Puste, zgniłe lalki, sypały się, bo czynniki otoczenia wpływały na ich ciała, które bez duszy nie mogły się regenerować. Nikt nie wiedział, jak to się działo, że się poruszają, ale od tamtego właśnie momentu, dnia ich pojawienia się wśród nas, poznałem zapach śmierci. Cały świat nim przesiąknął, chociaż czasem wyczuwałem gdzie jest intensywniejszy. Śmierć pachniała stęchlizną, łzami, które moczyły skórę, niepokojem i gorącym powietrzem, jakby unosił się w nim zapach ognia. Nie potrafiłem ująć do końca tego słowami, bo strach z kilku czynników otwierał się tylko we mnie i to te czynniki tworzyły kod włączający u mnie te emocje. Każdy inaczej kodował strach, ale w tamtym domu nie byłoby żywego, który czułby się bezpiecznie.
   Z Sehunem postanowiliśmy rozejrzeć się po budynku, żeby zebrać jakieś zapasy. Nie wiedziałem ile mamy tutaj zostać, ale chwilowo było to najlepszym wyjściem. Musieliśmy odzyskać siły. Od kilku dni nie jadaliśmy za dobrze. Oczywiście tutaj udało nam się coś znaleźć, ale po takim czasie jedzenie było zgniłe, a nawet pełzały po nim żywiące się gnijącymi tkankami robale. Normalnie na ich widok wykrzywiłbym się z odrazą, ale wtedy były one codziennym widokiem. Gdy przechodziło się ulicą i zauważało jakieś ciało, patrzyło się z wdzięcznością na te robaki, które usunęły wszystkie tkanki. Kości nie mogły się już same poruszyć, przez co było jednego trupa mniej.
   Otworzyłem spokojnie ostatnie drzwi na końcu korytarza, przymykając ze strachu oczy, gdy usłyszałem skrzypniecie. Spoglądam odruchowo przed siebie, ale nie zobaczyłem nic, oprócz kilku schodów prowadzących w dół. Gdyby nie padające za mną światło, nie byłbym w stanie ich dostrzec. W jego promieniach padających z okna tańczyły odrobinki kurzu. Odwróciłem od nich wzrok i od niepokojących schodów, szukając wzrokiem Sehuna. Dopiero, gdy drzwi obok zatrzasnęły się, zobaczyłem jego twarz. Od razu uśmiechnął się do mnie, chociaż chwilę temu wyraz jego twarzy był pełen niepokoju.
– Co tam masz? – zapytał, podchodząc do mnie. Nie odpowiedziałem mu, odsuwając się na tyle, by on mógł zobaczyć, co kryje się za drzwiami. Jego wzrok natychmiast natrafił na pogrążone w ciemności schody. Wyglądał, jakby chwilę się zastanawiał, po czym wychylił się, nie przekraczając progu i na ślepo szukał po ścianach przełącznika światła. W istnych ciemnościach dotykał kolejno ścian, aż w końcu zatrzymał się i spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach. To wystarczyło, by moje serce zamarło. Odsunąłem się od niego, nie wiedząc na co natrafiła jego dłoń, gdy po chwili Sehun uśmiechnął się do mnie złośliwie.
   – Wiedziałem, że się wystraszysz – wyrzucił z iskierkami radości w oczach. Odetchnąłem z ulgą, natychmiast przenosząc na niego nienawistne spojrzenie. Kliknął włącznik światła, przenosząc wzrok na żarówkę, ale jak się spodziewaliśmy, prąd już dawno został odcięty. Nie udało nam się znaleźć przełączników, ale najwidoczniej awaria elektrowni odbiła się na domach nawet w dużej odległości oddalonych od miasta. Sehun westchnął ciężko, wyciągając z tylnej kieszeni spodni wsadzoną do połowy latarkę. Włączył ją i skierował promień światła w ciemne miejsce. Zauważyłem drewniane poręcze po obu stronach przedartych schodów. Wszystkie stopnie były zakurzone i mocno przetarte, a między słupkami wisiały kłęby pajęczyn. Niepokojący klimat tego ciemnego miejsca dodatkowo mnie zniechęcał. Blondyn wyciągnął rękę w moją stronę, spoglądając prosto w moje przerażone oczy. Gdyby nie to, że bałem się zostać na tym niekończącym się korytarzu sam, to pewnie nie przekroczyłbym progu piwnicy. Złapałem chłodną dłoń Sehuna, zaciskając ją. Od razu poczułem się pewniej, gdy był obok i pozwoliłem, aby powoli prowadził mnie na dół. Skupiłem się nieznacznie, gdy powoli wyszedłem na pierwszy ze stopni. Odruchowo spojrzałem w górę, jakbym przeczuwał, że coś, co tam się ukrywa, zaraz wyciągnie po niego swoje ręce, albo chociaż wyskoczy z tej istnej ciemności. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w  pożerającą mnie ciemność. Moje oczy całkiem ją pochłaniały, jakby źrenice były jej częścią, bądź karmiły się nią. Dopiero gdy Oh szarpnął moją rękę, schodząc stopień niżej, ruszyłem z miejsca. Pod naszymi stopami trzeszczały stare deski, przez co bałem się, że przez ich kruchość, przy kolejnym kroku złamią się, a my spadniemy w dół. Zwróciłem wzrok w miejsce, w które Oh świecił trzymaną w dłoni latarką. Zamiast oczekiwanych półek, na których ktoś powystawiał słoiki, albo rozrzuconych, niepotrzebnych przedmiotów, które nie znalazły swojego miejsca w domu, zauważyłem chłodny kolor metalu. Właśnie jakiś masywny stół i mnóstwo aparatury. Zaskoczony wędrowałem wzrokiem za światłem latarki, chcąc zobaczyć więcej w tej ciemności. Sehun za to wbrew mojej woli, ciągle zmieniał kąt padania światła, jakby chciał obejrzeć całe to pomieszczenie za jednym zamachem. Chyba też bał się tej niepewności, gdy ciemność otaczała go wokół. Tym bardziej, że schodząc niżej, poczułem ten znany mi zapach. Wyczułem śmierć, odór gnijących zwłok. Od razu zasłoniłem usta i nos rękawem bluzy, nie mogąc oddychać. Nie dało mi to zbyt wiele, bo zapach stęchlizny był tak przytłaczający, że któryś z nich mógł się tam czaić. Nasłuchiwałem każdego szmeru, trzasku i huku w obawie, że za moment któryś z nich będzie jednym z ostatnich dźwięków, jaki usłyszę. Kolejnymi zapewne byłoby znajome warczenie, a później mój własny krzyk, którego sam bym nie poznał. Powoli zbierało mi się na wymioty, gdy  zapach był już nie do zniesienia. Gdy zeskoczyłem z ostatniego ze schodów, nie dość, że dusiłem się przez odór, to  słyszałem okropny dźwięk roju much, których musiało być dość sporo, skoro były tak słyszalne. Sehun puścił moją dłoń, po czym złapał mnie za ramiona, przysuwając mnie do ściany.
   – Poczekaj tu chwilę – powiedział tym swoim tonem nie znoszącym sprzeciwu. Było tak ciemno, że mój nieprzyzwyczajony do mroku wzrok ledwie dostrzegał jego twarz. Nawet bez tego zmysłu wiedziałem jak na mnie patrzy. Skinąłem głową, po czym znowu złapałem jego dłoń. Chyba zrobiłem to z paniki, bo sama myśl, że chce zostawić mnie samego sprawiła, że miałem ochotę skulić się w kącie i krzyczeć.
   –  Sprawdzę z tobą – wyrzuciłem słabo, bo brak tlenu całkiem odbierał mi głos. Zaciskałem dłoń na nosie i ustach, zasłaniając je mocno, tak że niemal sam się dusiłem. Ciężko było mi powstrzymać odruch wymiotny. Sehun zaświecił latarką w moją stronę,  chyba chcąc zobaczyć moją twarz. Mocne światło od razu zakuło mnie w oczy, bo ten przeskok z całkowitej ciemności do niego sprawił, że od razu odsunąłem się i zacisnąłem mocno powieki.
   – Wiesz, że to może być jeden z nich ? – zapytał cicho. Przysunąłem się do niego, dając mu tym samym znak, że beze mnie nie pójdzie. – Stój za mną – rozkazał, zaciskając mocniej moją dłoń. Ruszył do przodu, najpierw oświetlając dokładnie pomieszczenie. Wyglądało jak jakieś laboratorium. Widziałem dokładnie stoły, które dotąd kojarzyły mi się ze stołami do sekcji. Obok metalowe wózki były przeładowane od wielu srebrnych narzędzi. Tyko jedna szafka była pełna jakiś katalogów, a na biurku z daleka zauważyłem białe kartki papieru oraz ogromny bałagan na jego blacie. To właśnie z stamtąd  pochodził ten przerażający dźwięk owadów. Zatrzymałem się na chwilę, dusząc się i dławiąc przez brak powietrza. Z moich oczu leciały łzy, a sercu biło ze strachu. Przerażenie i brak tchu sprawiły, że prawie odchodziłem od zmysłów. Sehun patrzył na mnie chwilę, po czym pogłaskał moją dłoń. Spojrzałem na niego załzawionymi oczami. Dopiero wtedy wziąłem kilka łapczywych haustów tego obrzydliwego powietrza.
  – Możesz iść na górę – zaproponował. Wiedziałem, że nie chciał mnie tu ciągnąć.
 – Nie – burknąłem cicho, po czym ruszyłem nieznacznie do przodu. Gdy obeszliśmy kilka metalowych stołów i spojrzałem na cel światła latarki, zrozumiałem skąd pochodził zapach. Zacisnąłem mocniej palce na dłoniach Sehuna. On sam zakaszlał, jakby ten zapach wywołał u niego podobną reakcję, jak u mnie. Podeszliśmy bliżej, chcąc się ostatecznie upewnić. Widok rozkładającego się ciała kiedyś był dla mnie przerażający, a teraz zmieniło się to tylko o tyle, że widząc martwe ciało bałem się, że zaraz ono wstanie i skończy się moje życie. Długie ręce przypominały już gałęzie starego drzewa. Palce, a właściwie niemal odsłonięte kości były wykrzywione. Zwłoki leżały najwidoczniej na brzuchu. Były już miejscami ciemno bordowe, bo taki kolor zaczynała mieć martwa skóra. Na podłodze widziałem wielką czarną kałużę zaschniętej krwi, która brudziła drewnianą podłogę. Najbardziej ciemna była przy głowie leżącego na ziemi ciała, rozkładającego się stopniowo. Nad gnijącymi zwłokami unosiły się muchy. Nie potrafiłem na to patrzeć, ani tu oddychać przez ten trupi odór. Dusiłem się, czując, że zaraz wypluję płuca. Z każdym kolejnym oddechem, który był równie obrzydliwy, wydawało mi się, że ta śmierć dostaje się do mnie. Odsunąłem się trochę do tyłu, słysząc jedynie swój kaszel i brzęczące muchy. Wstrzymywanie oddechu jedynie pogarszało sytuację, bo chcąc się obronić łapczywie chwytałem powietrze, które wydało mi się trujące. Moje oczy zaszły łzami, przez co zacząłem popadać w panikę. Przy leżących zwłokach nigdy nie miałem prawa nie być czujny, w końcu zawsze mógłby się podnieść.
– Poczekaj na mnie na schodach – wyrzucił, odciągając mnie od ciała. Najwyraźniej musiałem wyglądać żałośnie, tak dusząc się przy tym fetorze. Nic nie wiedziałem, więc pozwoliłam mu się poprowadzić. Dopiero gdy stanąłem przy schodach, uspokoiłem oddech, chociaż smród również i tu był wyczuwalny. Usiadłem na ostatnim stopniu, zaplatając swoje trzęsące się ręce. – Jesteś taki delikatny –szepnął Oh, pochylając się nade mną. Pogłaskał mnie po głowie, przez co automatycznie poczułem dziwne uczucie w brzuchu. Pierwsze o czym pomyślałem, to czemu szepcze, skoro oprócz nas dwóch nie było tam nikogo innego.
  – Chociaż pomogę ci i poświecę w tamtym kierunku. – Delikatnie dotknąłem jego palców zaciśniętych na trzymanej w dłoniach latarce. Przekazał mi ją niechętnie i znowu ruszyliśmy w tamtym kierunku. Nie chciałem po raz kolejny oglądać tego zgniłego ciała, ale wyglądało na to, że nie miałem wyjścia. Gdy pomyślałem o tym, że mam zostać w tym ciemnym kącie sam, oraz, że Sehun może zostać przez coś zaatakowany, martwiłem się bardziej. Niby nie byłbym pomocny, ale wolałbym być w każdej złej chwili przy nim. Sehun ostrożnie zmierzał w stronę trupa, a ja od razu skierowałem tam promień latarki. Chłopak zatrzymał się tuż nad ciałem, pochylając się ostrożnie. Stałem kawałek dalej, oddychając ustami chociaż niewiele mi to pomagało, nie mogłem przyzwyczaić się do tego zapachu. Oh wstał z wyraźnym grymasem lub nawet obrzydzeniem na twarzy, po czym z impetem kopnął powleczone skórą kości. Najwyraźniej chciał obronić ciało na plecy. Nie bojąc się sypiących zwłok jeszcze raz starał się przestawić je tak, by zobaczyć jego twarz. Świeciłem tylko w tamtym kierunku obawiając się najgorszego. Z jakiegoś powodu w powietrzu dominowała napięta atmosfera. To coś w każdej chwili mogło wstać i oboje o tym wiedzieliśmy. Nieumarli nawet w takim stanie żałośnie włóczyli się za nami. Opierali się na swoich kończynach, czołgając się w naszym kierunku. Gdy tylko to „coś” władało ich ciałem, robili wszystko, żeby dostać kawałek mięsa. Gdy Sehunowi udało się z tym uporać, od razu spojrzałem tam gdzie on, widząc że odskoczył. Stado wijących się, paskudnych robaków wypadło z jego wyjedzonego brzucha. Wstrzymałem wymioty, nie mogąc patrzeć już w tym kierunku, w którym świeciłem. Gdy tylko zamykałem oczy ten obraz ciągle pod nimi pozostawał. Wyjedzone wnętrzności pokryte suchą skórą ręce, które gdzie nie gdzie były tak wyjedzone, że widać było kości. Najgorsza jednak była twarz. Oczu już nie było, ale jakaś galaretowata maź, wyglądająca z oczodołów. Muchy osiadały i na niej. Usta były otwarte, chociaż nie wiedziałem, czy mogłem je nazwać ustami, gdy nie miały warg. Odwróciłem głowę, nie patrząc już na Sehuna. Zasłoniłem usta ręką, jakby bojąc się, że zaraz nie powstrzymam odruchu wymiotnego. Patrzyłem tępo w czarną przestrzeń przede mną. Wolałem patrzeć tam, słysząc trzask kości i ocierających się o nie metalu. Sehun najwidoczniej starał się na wszelki wypadek powstrzymać te zwłoki, gdyby jednak miały wstać. Obróciłem się, patrząc na jego poczynania. Chłopak raz po raz uderzał w szyję trupa czymś na kształt noża, chcąc odciąć jego głowę. Bez niej nie mają tych zmysłów. Patrzyłem bardziej na jego pełną zapału twarz, chociaż ledwie zniosłem ten dźwięk  i zapach. On też musiał to czuć, do tego musiał stać przy tym ciele, rozczłonkować je. Był silniejszy ode mnie, dlatego ja chciałem stać się silniejszy od niego. Podszedłem do biurka, zaciekawiony tym co zostawił na nim ten samobójca. Nie przejmowałem się ciężkimi uderzeniami Sehuna za moimi plecami, który trudził się z odcięciem suchej głowy od reszty ciała. Nie chciał ryzykować. Nie wiedzieliśmy dużo o tym wirusie. Wszystko zaczęło się od szpitali, później centrów miasta, ludzie osiedlali się na wsiach, rosła panika. Wirus rozprzestrzeniał się zbyt szybko. Przez ten pośpiech nie udało się nam, ludziom go do końca zbadać. Wiedzieliśmy tylko, że roznosi się głównie przez ugryzienia. Nie mogło dojść do żadnego kontaktu z ich śliną i krwią do naszego organizmu. Zapewne Sehun stwierdził, że ten człowiek popełnił samobójstwo, bo był zarażony. Wpatrywałem się w te kartki, ale bez światła latarki nie widziałem zbyt wiele. Było tam kilka zapisków, wydruki z maszyn szpitalnych, jakieś zdjęcia. Nie mogłem jednak nic przeczytać. Zainteresowany zaświeciłem latarką na kartki. Wybrałem dobry moment, bo Sehun skończył już postawić się nad zwłokami. Słyszałem za sobą jego ciężki oddech. Skupiłem się jednak tylko na czytanej treści. Jakieś wydruki, składy komórek, hormony, neurony i tym podobne, były dla mnie kompletnie niezrozumiałe ale wszędzie pacjent, do którego wyniki tych badań należały, górował jako Yixing. Sehun zbliżył się do mnie, również się im przyglądając. Wtedy do moich rąk wpadł jakiś notatnik. Ktoś wyraźnie zapisywał w nim kolejno wszystkie daty jeszcze z tamtego roku oraz obserwacje ze wszystkich dni. Czytałem wszystko z ogromnym zainteresowaniem. Mijałem wzrokiem kolejne zdania, mając wrażenie, że ten doktor nie do końca opisywał to jak zwykłe obserwacje, bardziej przypominało mi to pamiętnik. Najbardziej dramatyczne było przyznanie się do winy.



*



Siedziałem na schodach prowadzących na strych, pozwalając, by mrok powoli chował mnie w jednym z miejsc domu. Nie miałem przy sobie żadnej świeczki ani latarki, tylko stary dziennik, który niemal rozlatywał się z każdym ruchem mojej ręki. Jego pożółkłe, miejscami obgryzione przy rogach kartki nadal pozostawały ukryte pod skórzaną, nienaruszoną oprawą, zachowując wszystkie sekrety jednego człowieka z dala od umierającego świata. Oni nie znali tajemnic, które próbował zataić, a sam dochodziłem do wniosku, że również wolałbym o nich nie wiedzieć. Teraz przed oczami miałem zdjęcia, które w drewnianych ramkach, całe zakurzone dumnie prezentowały się na kominku. Przewróciłem je, nie mogłem oglądać tych twarzy i radosnych uśmiechów, znając tak okrutną prawdę. Po raz kolejny zostałem brutalnie uświadomiony, że pieniądze tak naprawdę nie mogły załatwić nic, dawały tylko głupią nadzieję człowiekowi, że z nimi będzie mu lepiej, a kiedy umrze, najwyżej zabierze je do grobu.
Westchnąłem cicho, odkładając dziennik na schodek obok, po czym potarłem ręce. Zamarzałem, moje ciało dygotało, a ja sam miałem wrażenie, że umieram. Zastanawiałem się, jak to będzie później, kiedy w końcu wirus dopadnie i mnie. Czy będę czuł cokolwiek poza głodem, czy będę w stanie rozpoznać jakieś bliskie mi osoby, czy moje uczucia do Sehuna pozostaną w moim sercu... Jednak ludzie, którzy umarli nie czuli ani nie kochali, więc czemu te potwory miałyby zacząć? Gdyby tak było, wirus szybko zostałby zatrzymany.
Ukryłem twarz w dłoniach. Nie miałem siły na nic, nawet na głupie narzekanie, a atmosfera, która panowała dookoła coraz bardziej mnie dobijała. Nie myślałem o niczym innym, niż o tym, że już nigdy więcej nie zobaczę różowego nieba, mojej rodziny, ani słońce nie będzie już miało okazji obudzić mnie któregoś ranka. Teraz budziło mnie głośne warczenie dochodzące zza murów domu i świst wiatru, który potrząsał drzewami gubiącymi liście. Lato odeszło, a na jego miejsce wkroczyła jesień z mgłą, która utrzymywała się przez cały dzień i noc. Nie widziałem nic prócz białej warstwy powoli płynącej na zachód. Ona zabierała te najlepsze wspomnienia i pozostawiała cierpienie, które powoli mnie zabijało.
Nawet nie zorientowałem się, jak czyjeś ręce owinęły się wokół mojego pasa.
– Nie płacz – powiedział Sehun, podnosząc moją głowę. Trzymał mój podbródek w obu palcach prawej dłoni i uśmiechał się do mnie lekko. Potem zbliżył swoją twarz do mojej i scałował łzy, które spłynęły po moich policzkach.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
– Jak długo jeszcze tu zostaniemy?
– Nie wiem, Lu – odpowiedział, wzruszywszy ramionami. – Póki co, to jedyne bezpieczne miejsce.
Zacisnąłem wargi, spoglądając na niego kątem oka, po czym pokręciłem z rezygnacją głową.
– Pragnę wrócić się do czasów, kiedy moim największym problemem był dobór stroju przed naszymi randkami. Czasami wybierałem go ponad godzinę.
Sehun zaśmiał się pogodnie, przytulając mnie do siebie.
– Ale zawsze wyglądałeś pięknie, nawet rano, gdy chodziłeś w moich za dużych podkoszulkach – odparł, a uśmiech nie chciał zejść z jego twarzy. – Ja też za tym tęsknię – dodał po chwili i zacisnął palce na moim biodrze, sprawiając, że poczułem się bezpiecznie. Zawsze tak było, kiedy znajdywałem się w jego ramionach. Sehun zawsze dbał o mnie. I nie potrafiłem przestać go kochać.
– Myślisz, że poprzedni właściciele tego domu też żyli tak normalnie?
Sehun bez wahania kiwnął głową.
– Na pewno. Byli normalną parą, tylko nie poszczęściło im się w życiu – skomentował krótko. – Gdyby nie ta jedna rzecz, prawdopodobnie byliby tacy jak my. Tylko im przeszkodziła choroba, nam cały świat.
Tym razem zaśmiałem się ja. Nie chciałem płakać w takiej chwili i przy Sehunie.
– Cały świat jest przeciwko nam.
– Ale my będziemy silniejsi i nie damy się zniszczyć – odparł całkowicie pewien swoich słów, po czym spojrzał w moje oczy, przyciągając mnie do pocałunku. Tęskniłem za tym, jak jego wargi subtelnie zakrywają moje, całując je powoli i bez pośpiechu, jakby je kosztował. Jego ręka zacisnęła się ponownie na moim biodrze, a oddech przyspieszył, delikatnie muskając moje policzki w krótkich przerwach, gdy nasze wargi odrywały się od siebie.
Chwilę później spuściłem głowę, ponownie przytulając się do niego.
– Współczuję im...
– Wiem, Lu. Ja też.
– Jak bardzo zdesperowany musiał być YiFan, że to zrobił? – zapytałem cicho, patrząc intensywnie na mojego chłopaka. – Wiem, że chciał go uratować, ale skrzywdził nie tego jego, ale i cały świat.
– Nie mógł wiedzieć, że lekarstwo jest wirusem, Luhan – szepnął – i gdyby wiedział, że w taki sposób tylko zaszkodzi, nigdy by tego nie zrobił.
– Bronisz go? Przez niego właśnie umieramy. Cały czas, od kilku dni zostaje nam coraz mniej czasu i życia. Zniszczył moją przyszłość, żywcem zagrzebał marzenia i pochował moich bliskich. Współczuję mu tego, że Yixing umierał na jego oczach i wiem, że nie myślał o niczym innym, tylko o ratunku dla niego. I jestem w stanie go zrozumieć w jakiś sposób, ale równocześnie tak bardzo go nienawidzę.
– Lu...
– Sehun... po prostu chcę mojego dawnego życia. Chcę siedzieć z tobą na kanapie i oglądać nasze ukochane filmy, chcę chodzić na spacery z moim psem, skończyć szkołę, a potem przejąć firmę mojego ojca. Chcę być szczęśliwy i trwać przy tobie do końca, ale nie mogę, kiedy setki potworów właściwie dobijają się do drzwi jakiegoś starego domu, będącego jednocześnie jedną, wielką mogiłą. Swoją śmierć wyobrażałem sobie inaczej.
– Jeszcze nie umierasz...
– Ale tak się czuję – odparłem i wysunąłem się z jego ramion. – Kocham cię, Sehun. Naprawdę. Ale chyba muszę nad tym wszystkim jeszcze trochę pomyśleć – dodałem i zabrałem dziennik. Potem opuściłem korytarz, zostawiając Sehuna samego.

*



   Wszedłem do pokoju z promiennym uśmiechem i od razu, gdy przeszedłem przez próg, zobaczyłem siedzącego przy oknie Sehuna. Chłopak siedział obrócony do mnie tyłem, naciągając nieco materiał swetra tak, żeby zerknąć  na swoje ramię. Nie mogłem nie spojrzeć, ale wiedziałem, że jest kościste. Tak strasznie schudł, że miałem wrażenie, że za kilka tygodni takiej ucieczki i głodzenia po prostu mi zniknie. Podszedłem do niego już nieco wolniej, spuszczając głowę ze smutkiem. Chłopak słysząc za sobą kroki odwrócił się przerażony. Jego oczy pełne strachu, wpatrywały się we mnie, ale gdy zobaczył, że to ja, uśmiechnął się blado i dość niechętnie. Widziałem po jego minie, że coś musiało się stać, więc tylko pokornie usiadłem obok niego, kładąc głowę na jego kolanach. Sehun uśmiechnął się pod nosem i wsunął rękę między moje włosy.
– Nudzi ci się? – zapytał półszeptem. Czułem to ciepłe uczucie w brzuchu, gdy jego palce powoli rozczesywały pasma moich włosów. Potrzebowałem jego bliskości jak nigdy. Ciężko było mi żyć z tą myślą, że każda z naszych minut może być ostatnią. Chyba właśnie ten dom zjadał ostatnie z naszych nadziei. Mieliśmy czas myśleć i wtedy dochodziliśmy do smutnych wniosków - nawet jeśli przetrwamy kilka lat, nawet jeśli dożyjemy starości, to nic nas po tym nie czeka, zawszę będziemy otoczeni przez te zgliszcza świata, który już się wypalił.
– A co? Proponujesz jakieś atrakcje? – zapytałem ze złośliwym uśmieszkiem. Sehun zaśmiał się pogodnie i właśnie ten dźwięk był przyjemniejszy  od jego dotyku. Nagle zrobiło się cicho. Nie patrzyłem na jego twarz, ale wiedziałem, że nad czym się zastanawia. Martwiło mnie to, że ciągle nie mówi mi, co tak naprawdę go martwi, a im więcej czasu mijało, tym z doświadczenia wiedziałem, że to musi być coś poważnego.
   – Nie możemy tutaj dłużej zostać, Lu – wyszeptał drżącym głosem, przerywając ciszę. Nie przerywałem mu, czekając aż w końcu wyjaśni o co mu chodzi. – Wyszedłem dziś na zewnątrz – zaczął, po czym wziął głęboki oddech, chcąc się jakoś uspokoić. – Widziałem tę przepaść. One wszystkie... chcą się tu dostać. Musimy być jedynymi ludźmi na tym obszarze skoro nas wyczuły. Codziennie jest ich więcej... przepychają się, skaczą w dół i wspinają się po sobie nawzajem, by się tu dostać. Musimy stąd uciec. – Otworzyłem szerzej oczy, słysząc to, o czym właśnie opowiadał. Widziałem oczami wyobraźni tę grupę trupich twarzy patrzącą pustymi oczami na dom. Pewnie warczały, szczerzyły kły, wlekły swoje gnijące ciała. Pewnie wiele z nich, gdy spadło w dół, połamało kończyny, zabiło się, roztrzaskując głowy, zapewne ciała piętrzyły się jedno na drugim, zalewając nas stopniowo jak ocean. Sobą nawzajem torowały sobie do nas drogę, chociaż część tych bestii miała być tylko mostem.
– Myślisz, że ile im to zajmie? – zapytałem cicho, tak, jakbym pytał ile jeszcze zostało nam czasu. Domyślałem się, że jego zmartwiony ton głosu pochodził stąd, że nie wiedział co mamy zrobić.
– Może dwa dni...  – szepnął cicho. Przez chwilę panowała głucha cisza.
– Czy to nie żałosne? Wszystko zaczęło się tutaj, a one tu pędzą. Może po prostu ten dom taki jest? Taka... przepełniona wszystkim co złe ruina – burknąłem z obrzydzeniem, zerkając na każdy zakurzony kąt tego pokoju. Przeczytałem wszystkie notatki YiFana. Odkryłem czemu jego ciało znajdowało się w piwnicy i co tak naprawdę go zabiło, to był właśnie ten dom. Jego wspomnienia powoli odbierałem jak część swoich. Gdy opisywał swoją miłość do YiXinga, miałem wrażenie, że to uczucie, które uznawałem za takie wyjątkowe, łączące tylko mnie i Sehuna, pojawiało się na całym świecie. Nie znikało nawet, gdy stawało się największym problemem i powinno się o nim zapomnieć. Gdyby YiFan tak mocno nie kochał, pozwoliłby mu odejść, ale jednak  ta miłość pchnęła świat do jego końca. Czytając późniejsze wpisy, jak doktor zajmował się walką z chorobą, chciał przezwyciężyć śmierć, zacząłem się zastanawiać, czy to nie była boska kara, za to, że próbował powstrzymać to, co nieuniknione. Kiedy myślał, że lek jest sukcesem i zaczął być eksperymentalną metodą, dla chorych, dla których koniec był bliski, zamiast dać im wszystkim nadzieje, odebrał im dusze. Niestety YiFan nie napisał dokładnie, co stało się z Yixingiem. Niby mnóstwo późniejszych wpisów było głównie o tym, że go zabił, wszystko zniszczył i tylko czeka na zemstę. Sam później chciał pozbyć się swojego życia ze strachu, jak to sam napisał. Wspominał o tym, że ten dom był "pełen jego", że przez to, iż nie pozwolił mu odejść, na zawsze będzie go nękał, i już nigdy tego domu nie opuści. Według doktora, Yixing go prześladował za to, że ten nie zakończył jego życia, kiedy miał okazję. Nie rozumiałem tych słów, szczególnie ostatniego wpisu - "Ukarałeś mnie, nie pozwalając mi poczuć, jak piękna może być śmierć zadana przez ciebie." – Musimy się stąd wynieść już dziś – stwierdziłem pewnie, ciesząc się, że chyba po raz pierwszy Sehun wziął sobie do serca, że tu wcale nie jest tak bezpiecznie i uda nam się stąd wyjść. Ani na moment nie zmieniłem zdania o tym domu. Tragedia ściągała tu  inną tragedię, był jak cmentarzysko. Nie chciałem, żeby z nami stało się to samo, co z poprzednimi właścicielami.
– Lu, to nie jest takie proste – wyrzucił cicho monotonnym głosem. – Muszę być pewien, że gdy stąd wyjdziesz, to będziesz bezpieczny – wyszeptał, łamiącym się głosem. – Właściwie już nie wiem  gdzie mamy uciekać. Spokojniej może być tylko na jakiejś wsi, ale skoro te wszystkie trupy lgną tu, to mogą znaleźć nas wszędzie.
– Pierwszy raz mówisz tak szczerze, że umrzemy – zaśmiałem się, zdając sobie sprawę z naszej bezsilności. Wyglądało na to, że ten dom już był dla nas trumną, tylko musieliśmy czekać, aż z nami w środku się zamknie. Sehun wstał gwałtownie z miejsca i przytulił mnie do siebie mocno. Ścisnął mnie w swoim żelaznym uścisku, więc prawie nie mogłem oddychać.
– Nie mów tak – szepnął do mojego ucha. – Wyjdziesz stąd – dodał jeszcze ciszej. – Uciekniemy dzisiaj... zobaczysz, że coś wymyślę – powiedział po chwili, odsuwając się ode mnie. Moje ciało ledwie wróciło do równowagi, gdy już nie miało tego oparcia w postaci Sehuna. Blondyn wyszedł z pomieszczenia, jakby naszą chwilową rozmową nabrał chęci do walki. Uśmiechnąłem się ciepło, podchodząc do okna. Patrzyłem kilka sekund na daleki horyzont, jakbym wiedział, że kiedyś razem z Sehunem się tam znajdziemy, bo tylko tam na pewno będzie bezpiecznie. Oparłem dłonie o drewniany parapet, ale wtedy poczułem, jak jakaś drzazga wbiła się w moją skórę. Automatycznie ją odsunąłem i ze złością spojrzałem w dół. Zaskoczony zobaczyłem na wyryte w drewnie znaki. Czytając je poczułem przechodzący po moim ciele dreszcz. Te słowa należały do kogoś kogo ten dom pogrzebał, a były jak ostrzeżenie zza światów. "On obserwuje wasz koniec."

*



   Dom zdawał się maleć z każdą kolejną godziną. Miałem wrażeniem, że stał się klatką, ale jednocześnie był w pewnym sensie schronieniem. Nie mogłem wytrzymać, dusiłem się w środku i powoli wariowałem. Chciałem wyjść na zewnątrz i żyć jak wcześniej, ale wiedziałem, że jest to zwyczajnie nie możliwe. Mógłbym buntować się przeciwko całemu światu, ale mój krzyk zdałby się zbyt cichy, by ktokolwiek mógł go usłyszeć. Sam nie wiedziałem jak długo to potrwa, ile czasu tutaj jeszcze spędzimy, ani co będziemy musieli poświęcić. Cała moja przyszłość była zagadką nie do odgadnięcia, chociaż gdy zamykałem oczy i próbowałem ją sobie wyobrazić, widziałem jedną, wielką, czarną plamę. Nic więcej.
   Odsunąłem się od regału z książkami, dokładnie przyglądając się im oprawom. Były stare, zapomniane i trochę poniszczone, jak dziennik, ale nie były nim, ani ich zawartość nie była podobna. Zawierały mądrości ludzkie dotyczące medycyny, każda z nich, a były ich setki. Stały ciasno osadzone obok siebie, czekając, aż ktoś ponownie je otworzy. Ja tylko patrzyłem, starając sobie wyobrazić co musiał zrobić Kris, aby uratować swojego chłopaka. Ile wiedzy musiał zdobyć... Mimo to jego poświęcenie poszło na marne, a jego skutki są odczuwalne do dziś. To śmieszne jak łatwo udało się zniszczyć cały świat jednemu człowiekowi.
   Uśmiechnąłem się smutno, nakierowując swój wzrok na palącą się świeczkę obok. Był jeszcze dzień, a ciemne chmury nie zdołały zasłonić nieba, ale w domu było ciemno przez bordowe tapety i zasłony, które zasłaniały okna.
   Gdy usłyszałem kroki, automatycznie odwróciłem głowę w stronę korytarza. Zauważyłem cień i opuściwszy salon i półki z książkami, udałem się za nim, w stronę kuchni.
– Sehun? - zapytałem cicho, widząc blondyna, który stał przy blacie, trzymając w dłoni ciemnozielony plecak, który wcześniej znalazłem w szafie.
– Nie mamy czasu – wyszeptał niemal od razu, otwierając górną szafkę i wrzucił do niej poszczególne przedmioty. Zauważyłem długoterminowe, pozostałe nam zapasy, które już nam się kończyły i nóż, na którego widok zacisnąłem mocno usta.
– Co...
– Przepraszam, Lu – powiedział po chwili, opuszczając dłonie w dół, ale jego twarz nadal była skierowana w stronę ściany. Podszedłem do niego i położyłem dłoń na jego ramieniu. Czułem jak cały drżał. 
– Co się stało?
– Po prostu przepraszam – powtórzył, a ja uniosłem dłoń, aby dotknąć jego twarzy i obrócić ją w moją stronę. Żałowałem, że to zrobiłem. Tamtego dnia po raz pierwszy zobaczyłem jego łzy.
   Te łzy były ciosem prosto w moje serce.
– Sehun – szepnąłem, a on jedynie uśmiechnął się słabo, pozwalając, by kolejne łzy spłynęły po jego bladych policzkach. Sehun zawsze był silny i nie pokazywał swoich słabości. Wiedziałem, że nie chciał mnie martwić, nawet jeśli niebezpieczeństwo niemal nas zalewało, dlatego teraz... ten widok był dla mnie zupełnie nowy, a jednocześnie przerażający i smutny. W jednej chwili stałem się wrakiem, niczym więcej. – Do czego nie mamy czasu?
   Sehun przez chwilę wahał się i milczał, ale po chwili założył wypchany plecak i złapał mnie za rękę, ciągnąc w stronę schodów prowadzących na strych. Przedmiot skrywający nasze ostatnie zapasy położył obok, wychodząc do góry. Nie puszczał mojej ręki nawet na moment, zaciskał ją coraz mocniej. Jego dłoń była trochę mokra i zimna, jakby należała do kogoś umarłego.
   Zacisnąłem mocno zęby, podążając za Oh. Nie mówił dużo, prawie wcale, dlatego wiedziałem, że musiało stać się coś złego. To dlatego cały drżał, to dlatego musieliśmy uciekać.
– Hunnie – powiedziałem cicho, gdy otworzył drzwi do pomieszczenia ulokowanego na samej górze wielkiego domu. Te zaskrzypiały cicho i otworzyły się szeroko, zapraszając nas do środka.
   Tym razem strych wyglądał inaczej. W środku było jaśniej, ponieważ tych okien nigdy nie zasłoniłem. To tam przyciągnął mnie Sehun, wskazując na przepaść, której dno było idealnie widoczne. Dziura zapełniła się, tworząc swoisty most pomiędzy dwoma przerwami gruntu. To oznaczało koniec, który nastąpił zbyt szybko i brutalnie. W pewnym sensie żaden z nas nie był przygotowany, ale i zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że podzielimy los potworów, którzy kiedyś również byli ludźmi.
   Ostatni wyłaniający się z lasu niemalże przebiegli po innych, osadzonych na sobie ciałach, kierując się w stronę zabarykadowanego wejścia domu, do którego zdążyłem się przyzwyczaić. Miałem świadomość, że będzie mi brakowało stałego schronienia, dopóki nie znajdziemy kolejnego, nawet jeśli to przeklęty dom. Zaraz potem usłyszałem głośny huk dobiegający z dołu. Wtedy Sehun zacisnął rękę mocniej, ruszając z powrotem na dół.
 – Sehun, co ty robisz? Jak zejdziemy, sami oddamy się w ich łapska! – niemal krzyknąłem, zatrzymując się na jednym ze schodów. Oh spojrzał na mnie z bólem w oczach i ponownie złapał za dłoń, ciągnąc na dół. Nie mówił nic, ale ciszę i tak brutalnie rozdzierał warkot dochodzący zza drzwi. Gdy znaleźliśmy się w korytarzu, Sehun zatrzymał się przy ostatnich drzwiach i otworzył je pospiesznie. Za nimi znajdowały się kolejne schody, które zakrywała ciemność.
   Sehun wszedł pierwszy, ale mimo to nie schodził ostrożnie, starał się robić wszystko jak najszybciej, a gdy sprawdził, że wszystko jest w porządku, wyciągnął w moją stronę ręce by pomóc mi w ucieczce. Chwilę potem zabrał stojącą obok świeczkę, która nie dawała zbyt wiele światła, ale zdawała się pomocna.
   Koło schodów w jednej ze ścian ciemnej piwnicy widniały drzwi. Były małe i drewniane ciągle pomalowane na ciemny brąz, jakby nigdy nie były używane. Nietknięte. Ale tego dnia miały ukryć za sobą dwie dusze.
   Pomieszczenie za nimi było prawie, że puste. Tylko na środku leżał purpurowy, okrągły dywan, a na nim stał stolik. Był zakurzony, ale to nie miało większego znaczenia, ponieważ Sehun i tak odstawił go na bok, chwilę po tym jego los podzielił zwinięty dywan, ukazując klapę pod nim, która była dla mnie zagadką, tak jak i to pomieszczenie.
–  Sehun?
– To jedyna droga – odpowiedział, jakby mógł odczytać moje myśli. – Te podziemia najprawdopodobniej prowadzą na środek lasu. Po prostu cały czas biegnij prosto nie odwracając się za siebie. Zapasy nie starczą na długo, dlatego musisz wydostać się z lasu i znaleźć kolejne miejsce, gdzie będziesz mógł się ukryć. Jeżeli dasz radę, odszukaj pozostałych ludzi i trzymaj się ich. Wtedy będziesz bezpieczny.
– Sehun – przerwałem mu, patrząc na niego pytająco. – O czym ty mówisz? Dlaczego mam to robić sam? A ty? – Mój głos się załamał, a ręce coraz bardziej drżały, gdy Sehun wepchnął mi w nie ramię od plecaka, po czym uśmiechnął się smutno.
– Nie idę – odpowiedział, a moje serce dosłownie pękło na pół. – Zostaję.
– W takim razie ja też nigdzie się nie wybieram. Nie pójdę sam, Sehun – szepnąłem, zaciskając palce na jego brudnej, pomiętej koszulce. Cały czas wpatrywałem się w jego oczy które już nie były tak piękne jak kiedyś. Teraz wydawały się puste, martwe, inne. Straciły intensywność koloru i wszystkie uczucia, które były tam skryte.
– Zrób to dla mnie, Lu – poprosił, po czym pogładził dłonią mój policzek. – Ucieknij, przeżyj, doczekaj momentu, gdy to piekło się skończy. Potem załóż rodzinę i bądź szczęśliwy. Nie daj się zniszczyć.
Nie mogłem zostać sam. Nie chciałem uciekać bez niego.
– Dlaczego zostajesz? – zapytałem po chwili. Moje oczy piekły od łez, które gromadziły się w ich kącikach, a serce biło niesamowicie szybko, sprawiając, że nie mogłem skupić się na żadnej innej rzeczy, tylko na nim. Mój oddech stał się niesamowicie ciężki, a uszy wyłapywały ciągłe huki dochodzące z góry. Ciągle uderzanie pięści obdartych ze skóry o drzwi frontowe doprowadzało mnie do jeszcze większego płaczu. Nie umiałem powstrzymać łez, nieustannie wpatrując się w Sehuna. Jego zawziętość bolała, tak samo jak decyzja, którą podjął.
– Po prostu nie mogę z tobą iść, Lu.
– Dlaczego? – Tym razem mój głos jeszcze bardziej drżał.
Sehun odsunął moje dłonie od jego koszulki, po czym złapał się za prawą dłoń. Przez moment milczał, nie wykonując właściwie żadnych ruchów. Zamarł, bezcelowo wpatrując się w ciemną podłogę pełną kurzu i pająków, które uplotły pajęczyny przy suficie. Ale gdy podwinął rękaw koszulki, ukazując zakrwawiony bandaż, podświadomie wiedziałem, co za moment nastąpi. Tylko mój umysł nie dopuszczał tego całkowicie, nie chciał, bym rozumiał.
Jego dłonie drżały, gdy powoli odwiązywał biały materiał, który wcześniej obwiązał powyżej łokcia. A gdy spadł na ziemię, zakryłem usta dłońmi, starając się nie wybuchnąć jeszcze większym płaczem. Tamtego dnia uświadomiłem sobie, jak bardzo życie dało mi popalić i jak wiele straciłem.
Ale potem znów uśmiechnął się w moją stronę, nie zakrywając już gnijącej powoli rany, wokół której odbity był rząd zębów. Ale nawet w takim momencie jak tamten, uważałem, że zostawienie Sehuna było najgorszym, co w ogóle mogłem zrobić. I myśl, że tak naprawdę to koniec. W niedługim czasie Sehun miał stać się kimś zupełnie innym. Nadal chodziłby, jakoś funkcjonował, w końcu nie umrze do końca... ale wraz z przemienieniem, znikną i jego uczucia, cała ta miłość, którą niegdyś mnie darzył. To pożegnanie było ostatnim. Ostatnie miały być wypowiedziane te dwa słowa, które dla mnie znaczyły niezwykle wiele. Już za moment miały pozostać tylko w mojej głowie i nie chciałem o nich zapomnieć. Ani o Sehunie i naszym dawnym życiu, które było idealne.
Nie potrafiłem mu odpowiedzieć. Wszystkie słowa nagle zatrzymały się w moich ustach, których nie mogłem otworzyć, zamiast tego przytuliłem się do niego, przyciskając mokry od łez policzek do koszulki.
– Kocham cię, Lu – wyszeptał. Usłyszałem, mimo że jego głos ledwo przebił się przez hałasy dochodzące nas zewsząd. – Będę kochał zawsze. Tylko zapamiętaj mnie takiego, jakim byłem, nie takiego, jakim się stanę.
W odpowiedzi rozpłakałem się jeszcze bardziej.
– Musisz już iść.
– Nie chcę, Sehun – wyszeptałem, niby błagalnie. Byłem gotowy na pozostanie z nim. Właściwie może tego podświadomie chciałem. Ale gdy Sehun spojrzał do góry, zacisnął mocno usta, podnosząc plecak i wepchnął mi go w dłonie.
Potem otworzył klapę, którą wcześniej skrywał dywan i uśmiechnął się do mnie zachęcająco, łapiąc za dłoń. Była zimna i trochę drżała, ale nie byłem w stanie nad tym zapanować.
– Wyjdziesz w środku lasu. Po prostu biegnij i nie zatrzymuj się choćby miał zawalić się świat.
Pokręciłem głową, nie chcąc zejść. Moje miejsce było tu, z nim.
Ale wtedy podszedł do mnie bliżej, mocno całując moje usta. Ostatni pocałunek był wyjątkowy, ponieważ z każdą sekundą pragnąłem coraz więcej. Chciałem czuć go mocniej i sprawić, by trwał ze mną na zawsze. Być może cofnął się w czasie i żył tak beztrosko jak kiedyś. Ale mój czas się skończył, a dźwięk butów uderzających o schody, sprawił, że Sehun oderwał się ode mnie i we łzach spojrzał na mnie ostatni raz.
Patrzyłem na niego, gdy stałem na dole, mocno zaciskając dłonie na uchwytach od plecaka. A gdy klapa została zamknięta z hukiem, zrozumiałem, że to ona odgrodziła mnie od mojej przeszłości i jedynej miłości. Zostawiłem go tam, wiedząc, że i tak nie mógłbym mu pomóc. Zrozumiałem, jak czuł się Kris. Wcześniej byłem na niego wściekły, ale na jego miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. Stracił ukochanego, patrzył na jego przemianę i wiedział, że stanie się potworem. A chciał jedynie, by ten pozostał przy życiu.
– Też cię kocham, Hunnie – odpowiedziałem cicho, wiedząc, że i tak nie usłyszy.
Stałem tam przez chwilę, w rozlewającej się dookoła ciemności. Nie miałem ochoty na walkę o życie. Było mi wszystko jedno, ale Sehun chciał, żebym przeżył.
Moją drogę rozświetlił blask ognia przebijającego się przez cieniutkie otwory klapy. Było za późno, by już kiedykolwiek tam wrócić.


*

   Ciemność i pustka. Tylko tyle widziałem wokół siebie i tylko tyle w sobie czułem. Skulony na samym początku ciemnego tunelu płakałem, będąc niczym obolałe zwierze. Czułem się jakby wszystko się skończyło, nie miałem już nic, nie miałem duszy, niczym nie różniłem się od tamtych potworów. Płakałem głośno, bo nie obchodziło mnie to, czy któryś z nich mnie usłyszy. Niemal zawodziłem, jak tęskniąca za życiem zjawa. Gdy tylko myślałem o tym, że Sehun został tam, że był jednym z nich, albo stał się ich pożywieniem, modliłem się do Boga, żeby podzielić jego los, na zmianę przeklinając jego imię i to, na co nas skazał. W tamtym momencie zrozumiałem ostatnie słowa napisane przez Krisa. Też chciałem zaznać tej słodyczy zostania zabitym właśnie przez niego. Chciałem, żeby te dłonie, które dotykały mojej skóry rozdzierały moje ciało, żeby te usta które całowały moje, były pokryte moją własną krwią. W pewnym chorym sensie bylibyśmy jednością. Nie dziwiłem się, że takie myśli przychodziły mi tam do głowy. Ciemny tunel wydawał się rozciągać w nieskończoność, a wokół czułem jedynie charakterystyczny zapach ziemi. Całkiem jakbym znalazł się w mogile. Mój grób gdzieś rzekomo się kończył, ale daleko od tego domu, który stał się również cmentarzem dla mnie i Sehuna - jak mógłbym opuścić jego bok? Razem przeciwko całemu światu. Te słowa nie miały już żadnego znaczenia gdy zniknęło pierwsze słowo z tego zdania. Ściskałem mocno plecak, słysząc huki, krzyki i warkoty u samej góry. Zastanawiałem się, czy któryś należy do Sehuna, czy przyjdzie i mnie zabić? 
   "Luhan?" - Usłyszałem swoje imię, gdy zrobiło się cicho. Poderwałem się z miejsca, ale wcale nie wydawało się ono dobiegać z góry i ten głos wcale nie należał do Sehuna. "Idź dalej." - Usłyszałem jeszcze raz jakby przed sobą, głos dochodził z tamtego tunelu, wołał mnie do siebie, a ja słuchałem go, chociaż nie wiedziałem do kogo należy. Przyjrzałem się ciemnej przestrzeni przede mną, która wydawała się mnie hipnotyzować. Na czworakach, ciągnąc za sobą plecak ruszyłem, włócząc się po mokrej ziemi. Nie przeszkadzał mi zapach, najgorsza była ta ciemność i ciasnota, która sprawiała, że bałem się każdego kolejnego ruchu. Już się nie zatrzymywałem. Nawet nie miałbym na to tutaj miejsca, poza tym, gdy rozpocząłem już tą drogę, nie chciałem się poddawać, myśląc tylko o Sehunie. Może to jednak był jego głos i to właśnie on chciał mnie pchnąć do działania? Nie miałem pojęcia. Moje spodnie były już mokre na kolanach, gdy tak przemierzałem tą drogę, mocny zapach torfu i zgnilizny docierał do moich nozdrzy, powietrze tam było całkiem inne, ale  nie tylko to stanowiło problem w oddychaniu. W końcu ciągle łkałem, starając się zapomnieć o tym, że już nigdy nie uścisnę dłoni Sehuna. Bałem się. U jego boku byłem niczym galareta, a bez niego miałem ochotę tutaj po prostu zgnić, ale strach oblewał mnie na myśl, by tu zostać. Gdyby coś tu było, nie miałbym jak uciec, moje powolne włóczenie się sprawiłoby, że czyjeś łapy na pewno by mnie dosięgły. 
   Droga wydawała się ciągnąć w nieskończoność, a ja wpatrywałem się tylko w swoje blade ręce, które dotykały ziemi przy każdym kolejnym kroku. Dopiero podniosłem wzrok, gdy promienie słońca przeginały ciemność przede mną. Idąc za tym jasnym światłem, zobaczyłem nad swoją głową drewnianą klapę, której szpary między deskami gdzie nie gdzie zasypywały liście. Ostrożnie dotknąłem deskę nad swoją głową i z trudem pchnąłem ją, chcąc otworzyć klapę. Zardzewiałe zawiasy skrzypnęły lekko, a pył i kurz z liści przesypały się w moje oczy. Gdy tylko wstałem na równe nogi i wychyliłem głowę, kolejnym ciosem dla moich oczu było przerażające światło. Rozejrzałem się wokół. Znajdowałem się w środku lasu, tego który otaczał dom i dotąd patrzyłem w jego stronę tylko z okna. Zaścielona liśćmi, brzozowa polana była całkiem pokryta szronem, biała. Ten kolor niemal raził mnie, jakby od niego biło własne światło. Wyszedłem powoli, rozglądając się, żeby przypadkiem nie wpaść w łapy nieumarłych. Zza równie białych, pozbawionych liści drzew, widziałem tlącą się czerwień i ciemny jak smoła dym. Powoli szedłem w tamtym kierunku, przerażony tym, że domyślałem się, co było tym ogniskiem. Robiłem kolejne kroki, coraz szybciej, nie przerażając się szczękiem i szelestem zamrożonych liści pod moimi stopami. Gdy minąłem kilka drzew i stanąłem u podnóża góry, zobaczyłem dach domu. Płonął. Z daleka słyszałem ten trzask palącego się drewna oraz pękanie desek. Nad budynkiem powoli unosiła się leniwa, ale ogromna chmura dymu. Była tak czarna, że prawie zasłaniała całkiem niebo nad tym domem. Zacisnąłem usta ręką, nie chcąc krzyczeć z bólu. Z moich oczu płynęły łzy, wargi przyciśnięte palcami drżały, wypuszczając ostatecznie ten żałosny jęk. Upadłem na kolana, widząc z daleka tlące się zgliszcza domu. Sehun odszedł, niszcząc przy okazji wszystko i zabijając całą tragedię. Z jakiegoś powodu czułem, że zrobił to dla mnie, żeby ta pogoń nie dogoniła mnie, do tego ogień zdawał się uwolnić wszystkich, którzy zostali w tamtym domu duchem. Nie potrafiłem już wytrzymać, z bezsilnością siadając na zamarzniętych liściach. Było mi zimno, moje łzy i tak płynęły strumieniami z moich oczu. Oddychałem łapczywie, jęczałem, czując, że powinienem tam być i umrzeć razem z nim. Nie wiedziałem jak długo niemal wiłem się po ziemi, nie przerywając łkania. 
   Dopiero gdy do moich oczu dobiegło warczenie, stanąłem nieruchomo i otworzyłem szeroko oczy, biorąc wdech. Skrzypienie liści za mną sprawiało, że moje serce na moment przestało bić. Bałem się odwrócić, żeby nie zobaczyć, kto i jak wielu ich tam jest. Gdy już miałem nadzieje, że to mi się tylko przesłyszało, powarkiwanie bestii znowu dobiegło do moich uszu. Powoli odwróciłem się, otwierając usta z przerażeniem. Moja klatka piersiowa unosiła się coraz szybciej. Zza drzew wyłoniła się czyjaś sylwetka. Nieco wykrzywiony w bok mężczyzna stał naprzeciw mnie, patrząc pustym wzrokiem w moją stronę. Jego policzek był wyszarpany, a rana była tak ogromna, że oderwane mięso odsłaniało znaczną część szczęki. Zakrwawione zęby otaczały już nieco przegniłe dziąsła. Włosy  były poszarpane, ale moją uwagę zwróciły palce, które w niektórych miejscach odsłaniały kości. Nie widziałem nigdy czegoś takiego. Nieumarły przysunął się bliżej, włócząc w moją stronę nogami. Za mną znajdował się może metr polany i rozdzielała ją przepaść, która odgradzała znaczną część drogi do domu. Byłem odcięty, nie wiedziałem jak uciec. Wpatrywałem się tylko w tę przerażającą twarz tego chłopaka. W końcu go rozpoznałem. Naprzeciwko mnie stał chłopak z fotografii. Więc jednak klątwa tego domu dogoniła i mnie, nie ważne jak dużą cenę za moje życie zapłacił Sehun. To był koniec. Z jakiegoś powodu uśmiechnąłem się śmierci w twarz. W końcu to, co wydawało się od zawsze za mną czaić, stanęło naprzeciwko mnie. Za plecami każdego kryje się jego własny horror, nazywają go tylko przewrotnie przeznaczeniem.

7 komentarzy:

  1. O mój Boże.
    Może zacznę od tego, że nie mogę czytać ani oglądać horrorów. Zawsze potem nie śpię kilka nocy pod rząd i widzę dziwne rzeczy w ciemności. I po przeczytaniu tego shota również zapewne nie będę spać, ale dla Wad można się poświęcić. Tym bardziej, że Still Alive było genialne.
    Powiem Wam, że jak na pisanie ff razem, to nie widzę żadnej różnicy. Wszystko ma spójną całość i jest takie, jakby pisała to jedna osoba.
    Czytając niektóre fragmenty naprawdę miałam ciarki na całym ciele. W ogóle ci nieumarli to skojarzyli mi się z tym filmem "Wiecznie żywy" i reastdyfghuj. No. xD
    Jak Sehun i Luhan uciekali, to normalnie miała to przed oczami i myślałam, że krzyknę coś w stylu: "Szybciej!"
    A potem ten dom. Ogólnie to najbardziej spodobały mi się obrazy i postacie na nich, które podążały wzrokiem za Luhanem.
    Ta scena z trupem była masakryczna, ale o to w tym chodzi, bo to horror. I miłość, która była odczuwalna w każdym momencie była czymś wspaniałym. Tak fluffiasto czasem było. ;;;
    Zakończenie mnie zaskoczyło, bo nie spodziewałam się, że i Sehun i Lu tak skończą. Spodziewałam się raczej, że któryś z nich zginie, a drugi przeżyje i będzie żyć i będzie umierał z tęsknoty, a tu takei bum. Ciekawe w sumie co teraz z Sehunem. I ten Lu na końcu.
    I chyb zapiszę sobie to ostatnie zdanie na moją ścinę z cytatami z ff.
    Piszcie czasem jakieś horrory tak bez okazji, co? Bo świetnie Wam to wychodzi.
    <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I przepraszam za błędy w komentarzu, ale jestem dziś nieprzytomna. x"D

      Usuń
  2. Nieeee :| jeju jakie super opowiadanie ale takie smutne ;c podziwiam Was i wasze zdolności <3 wezy życze !

    OdpowiedzUsuń
  3. O mój boże ;-;
    Kawał dobrej roboty.Ciężko mi pisać,bo moje dłonie drżą.Czytając to miałam wszyściutko przed oczami ;w; Szastały mną emocje,ledwie na miejscu usiedziałam ;w; To wszystko przypomina mi taki jeden film,który wyłączyłam na samym końcu,ponieważ bałam się zakończenia.Taak...Zakończenia są najgorsze.Gdyby przestała czytać w 3/4 całości,mogłabym dzisiaj normalnie spać.Gdy byłam mała zawsze bałam się ataku zombie xD Zombie to najgorsze co może nas spotkać,lepsze już są duchy,wapiry,wilkołaki czy Bóg wie co ;;
    Wszystko było bardzo ciekawe.Zastanawiałam się nad losami Sehuna i Lulu,miałam cichą nadzieję,że wszystko się dobrze skończy,ale niestety;;
    Wątek z Krisem i Lay'em bardzo mnie zaciekawił.
    Przepraszam,że te niektóre zdania,są tak dziwnie poskładane,ale to przez emocje ;;; I tak nie napisałam wszystkiego co chciałam,ale teraz mam pustkę w głowie. Dziewczyny,na serio ;; Nie wiem co powiedzieć,a raczej napisać ;; Naprawdę brak słów ;; Chylę czoła ;; Idę przeczytać coś z miłą atmosferą,może jeszcze dzisiaj zasnę xD
    Pozdrawiam xo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wczoraj siedziałam chyba z minutę na kanapie, a jak później szłam sobie zrobić herbaty mówiłam "Nigdy więcej nie przeczytam od Uszati i Izzy horroru". Do tej pory nie odważyłam się przeczytać "Still alive". Czytałam początek, ale nie przeczytałam do końca. Zwyczajnie się boję. A teraz mnie jakoś podkusiło. Jezu, gratuluję Wam pomysłu i w ogóle całokształtu. Mimo, że pisałyście we dwie wcale nie było tego widać. Było tak fanie napisane, że aż nie mogłam wysiedzieć, gdy to czytałam. Nie wiem co macie obie w sobie, ale gdy napiszecie jakiś horror to po ciele przelatują ciarki. W pierwszym momencie myślałam, że Yixing i Kris skądś wyskoczą i ich zjedzą, albo, że oni też się skryli w tym domu, ale nie podejrzewałam takiej historii. Ugh, w ogóle ten opis zgniłego ciała i robale, bleee… Jestem za słaba na czytanie takich rzeczy, ale kto by się nie skusił, bo w końcu napisały to dwie wspaniałe autorki. Ale naprawdę dowaliłyście węgla do pica. Ala zamiast zrobić się ciepło to mi zrobiło się zimo, no i później zrodziły się dziwne paranoje… Ale jestem z siebie dumna, bo nie przeczytałam tego w nocy tylko w dzień, bo chyba bym na zajątrz wyglądała jak zombie. Gratuluję jeszcze raz i dziękuję za tego shota.
    Miś Yogi

    OdpowiedzUsuń
  5. Jezu, chyba nocy dziś nie prześpie! Wspaniała robota :') Ale to nie zmienia faktu, że jetsem przerażona. Biedny Lu, biedny Sehun. Matko :-;

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubie horrory *.* Ale to straszne było ale jakie fajne

    OdpowiedzUsuń

Followers