wtorek, 11 listopada 2014

unforgettable dreams


baekyeol, lata 70, angst, romans, au

publikowane wcześniej, ale to wersja sprawdzona, być może ktoś jeszcze nie czytał, więc zachęcam, gdyż akurat z tego opowiadania jestem naprawdę w pełni zadowolona. 

długość tekstu  51 stron.

inspiracją są piosenki Lany Del Rey - Radio, Children of the bad revolution, Dark Paradise, Breaking my heart, Carmen, Blue Jeans i najważniejsza, Summertime Sadness. Czytajcie przy tych piosenkach, naprawdę nadają klimat opowiadaniu. 











 2000 rok.

Jasne światła odbijały się leniwie o duże, uchylone okno. Niektóre z nich wpadały do środka i rysowały słabe smugi na ciemnej, drewnianej podłodze, zdobiąc przy okazji miękki, perłowy dywan i ścianę znajdującą się naprzeciwko. W oddali, za szeregiem wieżowców, dostrzegalny był biały, duży napis będący znakiem rozpoznawczym dla Los Angeles. Kojarzył się ze sławą, bogactwem, najlepszymi latami tego miasta. Kalifornia wydawać się mogła rajem, kolebką talentów, szczęścia i młodością, która szybko przeminęła. Wspomnienia jednak pozostały.
– Jaki on był? – Głęboki głos rozniósł się po średniej wielkości pomieszczeniu. – Chodzi mi o jego charakter. Z tego, co czytałem, wiele osób za nim nie przepadało.
Brunet zmrużył oczy, patrząc na tlącego się papierosa pomiędzy palcami jego rozmówcy.
– Wszyscy pisarze palą?
Blondyn prychnął cicho i pokręcił przecząco głową.
– Nie jestem pisarzem – odburknął smętnie, obojętnie. – Jestem dziennikarzem. Nie piszę gównianych książek, za którymi szaleją małolaty, a artykuły do jeszcze bardziej beznadziejnych gazet – westchnął, wsuwając szluga pomiędzy wargi i przeczesał dłonią ułożone włosy.
– Racja. Nigdy wcześniej nawet nie słyszałem o takiej gazecie, jak Hollywood Secrets.
Blondwłosy mężczyzna westchnął ciężko, naciskając stalówką pióra o białą, jeszcze niezapisaną kartkę grubego notesu. – Mało jednak obchodzi mnie to, czy nasze pismo jest popularne, czy nie – powiedział po chwili, przenosząc pełny zmęczenia wzrok na swojego gościa. – Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
– Bo chyba tak naprawdę nie potrafię do końca tego zrobić – rzekł. - Nie znaliśmy się długo, niecały rok, kilka miesięcy, kiedy pracował na planie mojego ojca. Byłem wtedy młody i myślałem, że poznałem go na wylot, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Ale dopiero później doszedłem do wniosku, że nie wiedziałem o nim tak naprawdę nic. – Spojrzał na dziennikarza, który przeniósł wzrok na kartki swojego notesu, w którym zaczęły pojawiać się pierwsze, nowe słowa. Sam nie wiedział, czy chce rozmawiać z zupełnie obcym facetem o swojej przeszłości. Znał tylko jego imię - Kris. Tak przynajmniej się przedstawił, choć wątpił, aby było prawdziwe. Nie wyglądał na rodowitego Amerykanina, zdradzały go skośne oczy, ale rysy twarzy wcale nie pasowały do typowego Azjaty. – Jego charakter był specyficzny, dlatego niektórzy nie potrafili z nim długo wytrzymać. Mi się udawało, ale sam nie wiem dlaczego zawsze przy nim zostawałem.
– Specyficzny?
Brunet kiwnął twierdząco głową.
– Albo go kochałeś, albo nienawidziłeś – wyjaśnił krótko. – Nie mogłeś lubić go pośrodku, tak się nie dało – dodał, przenosząc wzrok ponownie na okno znajdujące się naprzeciwko. – Jednego dnia był kochany, szeptał, jak bardzo jest szczęśliwy, drugiego z kolei potrafił nieźle człowiekowi zaleźć za skórę. Ludzie nie znosili jego wahań nastroju, to denerwowało.
– A ty jako jedyny byłeś na nie obojętny? – Padło kolejne pytanie, choć Chanyeol mógłby je uznać bardziej jako stwierdzenie.
– Wtedy tak, bo byłem w nim zauroczony. Ale teraz, gdybym jeszcze utrzymywał z nim kontakt, jeśli byłoby to możliwe, miałbym to w dupie i odpuściłbym. Gdy tak teraz o tym myślę, wcale mi aż tak na nim nie zależało. To miało być tylko chwilowe i  przeminąć bez echa.
– Rozgłos o waszym romansie wtedy był głównym tematem plotek – stwierdził Kris, zapisując kolejne słowa.
– Tak – potwierdził, poprawiając rękawy swojej czarnej, drogiej marynarki. – Ale to nie był najlepszy czas dla niego. W ogóle rok 1970 zaczął się dobrą passą, ale miał całkiem inne zakończenie, niż każdy przewidywał. Ja to przetrwałem, być może w pewien sposób ta cała sytuacja wzmocniła mnie, uodporniłem się na opinie innych, ale nie Baek.
– Mówił wtedy coś szczególnego?
– Wtedy? Nie – mruknął, odrywając wzrok od widoku zza szyby. – Ale wcześniej tak. – Zamilkł na chwilę i uśmiechnął się smętnie, przypominając sobie noce spędzone w mieszkaniu kilkanaście przecznic dalej. – Pamiętam, że wieczorami lubił siadać na balkonie ze szklanką wypełnioną tanią, zimną whiskey i obserwować napis Hollywood na wzgórzu. Powtarzał wtedy, że kiedyś będzie właśnie kojarzony z tym słowem. Wiesz co jest najlepsze? Zawsze mówił mi, że chce zostać zapamiętany. Za życia nie udało mu się. – Na moment zatrzymał się i wziął do ręki stary numer gazety z lat siedemdziesiątych, którą przyniósł ze sobą. – Jego śmierć jednak była tak spektakularna, że ludzie mówią o nim po dzień dzisiejszy. I można by rzec, że on wcale nie przegrał. Stało się tak jak chciał. Hollywood nigdy o nim nie zapomni.
– Zapewne. Ty też miałeś swoje pięć minut.
– Mi na nich wcale nie zależało. Nie byłem taki jak Baekhyun, nie brnąłem do celu za wszelką cenę, ale on miał silny charakter i nikt nie zdołał go zatrzymać – powiedział, patrząc na pierwszą stronę zniszczonej, pożółkłej już gazety. – Mógł się jednak tak nie spieszyć. Gdyby poczekał dzień dłużej, jego życie zmieniłoby się całkowicie.
- Dlaczego tak myślisz?
Chanyeol zmarszczył czoło i zacisnął palce na cienkich stronach.
– Przez jakiś czas mieszkałem razem z nim i także to ja odbierałem jego pocztę, jak w dzień pracował. Jeden list był od producenta filmu, w którym cholernie chciał zagrać, ale myślał, że mu się nie uda. To zabawne, dostał zaproszenie na rozmowę, bo dostał rolę, która wtedy pomogłaby mu się wspiąć na szczyt po tak mocnym upadku. Ten film był naprawdę dobry i Baekhyun pasował do niego.
– Kogo miałby w nim zagrać?
– Człowieka, który nie radzi sobie z życiem – powiedział, odkładając gazetę na stolik i uśmiechnął się. – Miał zagrać samobójcę.






1.


2000 rok.

– Wiele osób wie mniej więcej, jak wyglądało życie Baekhyuna, gdy już wstąpił na ścieżkę sławy, jednak nikt nie ma pojęcia jak było wcześniej – powiedział blondyn, zapisując w notatniku kilka słów. – To do tej pory było tajemnicą... Jaki był początek tego wszystkiego?
Chanyeol westchnął i uśmiechnął się blado, wracając pamięcią trzydzieści lat wstecz. Przyjście tutaj było dla niego niezwykle trudne. Opowiadać o tym, co tak naprawdę już dawno chciało się zapomnieć.
– Wszystko ma swój początek, czasem nudny, czasem niezwykle spektakularny, a ten Baekhyuna był zwykły – odezwał się wreszcie, wpatrując się w mężczyznę siedzącego po drugiej stronie biurka. – Wyjechał z Korei, bo wiedział, że tam nie ma przyszłości, że nie wybije się i nie zagra w żadnym filmie tak, by być znanym na cały świat – dodał, spuszczając wzrok. – Poza tym, jego rodzice nie akceptowali tego, że chce być aktorem, ale on miał to gdzieś. Chciał spełnić swoje marzenia bez względu na opinię innych. Był strasznie uparty i wiedział, że jeśli się postara, uda mu się.  
– W Korei nie grał w żadnych filmach?
– Nie – odpowiedział szybko. – Tylko w teatrze i zrezygnował z tego na rzecz podróży do Hollywood. Nie zarabiał dużo. Pamiętam, że pieniędzy starczyło mu jedynie na podróż i kilka nocy w tanim, rozwalającym się motelu – prychnął.
– Jak się poznaliście? – Padło kolejne pytanie, przez co Chanyeol zacisnął usta w wąską linię, będąc już zmęczony wywiadem. Mówienie o byłym chłopaku, w dodatku o takim, który już dawno nie żyje, wprawiało go w zakłopotanie i poczucie winy.  
– Przy motelu, w którym się zatrzymał, był bar – wyjaśnił powoli, mając przed oczami stary, niewielki budynek z neonowym napisem Lucky Devils. Nadal czuł zapach papierosów i słyszał głośne rozmowy oraz śmiechy ludzi zebranych wokół. – Był tani, a serwowali tam najlepsze hamburgery, jakie w życiu jadłem. Chodziłem tam, bo mieszkałem niedaleko, dlatego właściwie spędzałem tam każdy wieczór. Poza tym podobała mi się atmosfera. Było tłoczno, ale przyjemnie – mruknął, poprawiając się w fotelu. – Baekhyuna pierwszy raz zobaczyłem na początku lipca. Siedział niedaleko mnie, a zwróciłem na niego uwagę, bo właściwie poza mną był tam jedynym Azjatą. 
– Tamtego wieczoru rozmawialiście?
– Nie – zaprzeczył. – Tylko na niego patrzyłem. Tak było też przez trzy kolejne wieczory, aż w końcu postanowiłem się przysiąść i porozmawiać. Wtedy nawet nie wiedziałem, że ten człowiek zmieni moje życie.

Mogę się przysiąść? – zapytał, stając przy krześle. 
Blondyn podniósł wzrok ku górze i spojrzał na chłopaka, który przerwał mu spokój, jednak mimo to nie był zły, raczej cieszył się, że wreszcie mógł z kimś porozmawiać.
Jasne – odpowiedział, uśmiechając się lekko. – Jestem Baekhyun.

– Jaki wtedy był?
– Cholernie miły i ciągle się uśmiechał. Wtedy naprawdę dobrze nam się rozmawiało i dużo się o nim dowiedziałem. Opowiedział mi, że przyjechał do Hollywood, bo ma cel, który chce spełnić za wszelką cenę i nie podda się, dopóki tego nie osiągnie.

Chcę być aktorem, najlepszym – mruknął, uśmiechając się z dumą. – Zagram w wielu filmach i ludzie będą mnie kochać. – Z każdym słowem jakby promieniał jeszcze bardziej. Miał marzenia, które stały się niezapomniane. – I wiesz co? Hollywood nigdy o mnie nie zapomni.

– Tylko wtedy to powiedział?
– Nie, powtarzał to zawsze, kiedy miał okazję, bo naprawdę w to wierzył – odparł Chanyeol, spoglądając na szybę. – Polubiłem go, wydawał się cholernie energiczny i pełen życia, napawał mnie optymizmem, choć ledwie go znałem – stwierdził, kręcąc z rozbawieniem głową. – Zapytałem się też wtedy o jego plany, czy ma już na oku jakiś film, cokolwiek. Powiedział, że nie. Wtedy nawet nie miał gdzie mieszkać, dlatego zaproponowałem mu swoje mieszkanie, bo sam szukałem współlokatora. Póki nie pracował, wystarczyło, że wykonywał zwykłe, domowe czynności, ponieważ nigdy nie miałem na nie czasu. Umówiliśmy się, że gdy zacznie zarabiać, odda mi za czynsz. Tak naprawdę jego pieniądze, czy ich brak wtedy mnie nie interesowały, chciałem od niego tylko towarzystwa, bo nienawidziłem samotności. 


*

1970.

Lucky Devils pamiętał odkąd skończył kilka lat. Z początku jego ojciec brał go tam po szkole, by jakoś poprawić wiecznie zepsuty humor syna i po prostu spędzić z nim czas, jednak później stało się to ich swego rodzaju nawykiem, tradycją, z której nie zamierzał rezygnować. Gdyby nie to, że relacje z nim całkowicie się zepsuły, prawdopodobnie nadal zwykłby wybierać się z nim w to miejsce, jeśli miałby w ogóle czas. Byłoby lepiej, być może o wiele zabawniej, bo spożywanie posiłku w całkowitej samotności nigdy nie było przyjemne. Ale przywykł. Najważniejsze, że jedzenie nadal było niesamowicie dobre i na przestrzeni tych lat wcale się nie pogorszyło. 
Chanyeol uśmiechnął się pogodnie, wchodząc do średniej wielkości lokalu, w którym od razu dostrzegł znajome twarze. Raczej nie rozmawiał z tymi ludźmi, ale zapamiętał ich. Każdego późnego popołudnia, podobnie jak on - zjawiali się w barze. Niektórzy byli nowi, być może po raz pierwszy w tym miejscu, jednak większość to stali klienci, zresztą niebywale charakterystyczni. Wydawało mu się, że najbardziej w oczy rzucała się stara Jude popalająca papierosa. Ona zawsze była taka sama, niezmienna. Ognistorude, kręcone włosy, które wypuszczała luźno, by opadały na jej plecy, były jej znakiem rozpoznawczym, podobnie jak bordowe usta, dżinsowa kamizelka i kolorowe, kwieciste spodnie, które zakładała najczęściej. Czasami miał okazję z nią porozmawiać i wiele razy przekonał się, że jej wygląd idealnie pasował do wybuchowego charakteru. Ale lubił ją, podobnie jak Boba, który często opowiadał o swojej zmarłej żonie - Ruth. Jego historie były ciekawe, czasem przesiąknięte humorem i niejednokrotnie poprawiały mu nastrój. Przebywanie z tymi ludźmi w jakiś sposób wpływało na niego, kształtowało jego charakter, ale nie mógł powiedzieć, że tego nie chciał. 
Powoli zamknął drzwi, słysząc, jak wraz z tym ruchem nad jego głową dzwoni niewielki, złoty dzwoneczek. Przyzwyczaił się do tego dźwięku, podobnie jak do zapachu papierosów i chmury nikotynowego dymu. Głośny gwar ludzi dookoła również z czasem stał się znajomy i nie przeszkadzało mu to, że ich głosy prawie całkowicie zagłuszały najnowszą piosenkę Beatlesów, która od dawna królowała na liście Bilboard. Właściwie mógł usłyszeć ją każdego poranka w radiu, gdy nie spieszył się do pracy. Do charakterystycznego wyglądu baru również się przyzwyczaił. Już tak bardzo nie rzucały mu się w oczy czerwone stoliki i tego samego koloru ściany, czy czarne krzesła i reszta wykończeń. Wszystko w tym miejscu zdawało się być normalne. Nie pasowała tylko jedna rzecz.
Chanyeol przyzwyczaił się, że był tu jedynym Azjatą i właściwie nigdy nie przeszkadzało mu to, że jest inny, że ma skośne oczy i trochę jaśniejszą karnację. Nie uważał, iż właśnie to czyni go gorszym od innych. Raczej mówił o sobie, że jest wyjątkowy, bo rzucał się w oczy, podobnie jak drobny chłopak samotnie siedzący przy stole w rogu. Nie widział go pierwszy raz, ponieważ był to już prawdopodobnie trzeci. Z początku myślał, że nieznajomy więcej nie zawita w tym miejscu, ale najwyraźniej się mylił. Być może głupi powód, ale właśnie to sprawiało, że się uśmiechał, gdy tylko wchodził do środka. Nie mógł zrozumieć tylko jednego - co, do cholery, miał w sobie ten facet, że sam jego widok napawał go pewnym rodzajem szczęścia? I naprawdę chciał się tego dowiedzieć. 
Przez chwilę zastanawiał się, czy może podejść do niego, czy lepiej będzie, jak wybierze któryś z wolnych stolików pod oknem, gdzie siadał najczęściej. Lubił obserwować ludzi za szybą, kiedy oni nie zwracali na niego szczególnej uwagi i przez chwilę naprawdę nie wiedział, gdzie ma pójść. Stanie koło drzwi też nie było najlepszym rozwiązaniem. Dlatego wreszcie ruszył z miejsca w stronę nieznajomego blondyna, który najwyraźniej w świecie nie zwracał uwagi na nic dookoła. Był pogrążony w czytaniu jakichś zapisanych kartek, które Chanyeola najmniej obchodziły. 
– Mogę się przysiąść? – zapytał, stając przy krześle.
Blondyn podniósł wzrok ku górze i spojrzał na chłopaka, który przerwał mu spokój, jednak mimo to nie był zły, raczej cieszył się, że wreszcie mógł z kimś porozmawiać.
– Jasne – odpowiedział, uśmiechając się lekko. – Jestem Baekhyun.
– Chanyeol – przedstawił się, będąc trochę onieśmielonym intensywnym spojrzeniem Byuna. – Na pewno ci nie przeszkadzam? Coś czytałeś. – Wskazał na rozrzucone papiery leżące przed chłopakiem, które ten po chwili zebrał do kupy.
– Nie, w porządku. – Uśmiechnął się pogodnie. – Nie robiłem nic szczególnego. Właściwie równie dobrze mógłbym wyrzucić te kartki do kosza i zamówić coś wreszcie, więc dobrze, że się zjawiłeś – powiedział po krótkiej chwili i westchnął cicho.
– Co to właściwie?
– Och – mruknął, otwierając lekko wąskie usta. – Scenariusz. Nic niewarty, ponieważ jest dosyć mocno przestarzały, ale lubię go czytać – wyjaśnił, spoglądając na swoje ręce, w których trzymał swój skarb. – Czasami miło wracać pamięcią do czegoś, za czym tak bardzo się tęskni. A ja tęsknie cniesamowicie mocno i chyba naprawdę mi tego brakuje.
– Jesteś aktorem? – zapytał Chanyeol, wpatrując się w Baekhyuna, który kiwnął głową.
– To znaczy... tak jakby. Ale chcę być aktorem, najlepszym – mruknął, uśmiechając się z dumą. – Zagram w wielu filmach i ludzie będą mnie kochać. – Z każdym słowem jakby promieniał jeszcze bardziej. Miał marzenia, które stały się niezapomniane. – I wiesz co? Hollywood nigdy o mnie nie zapomni. Jednak póki co muszę zadowolić się tym, co już osiągnąłem, i wiem, że czeka mnie cholernie długa i ciężka droga, ale dam radę. Tak myślę. Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia. Wcześniej grałem tylko w dosyć marnym teatrze w Korei, ale dla mnie to i tak było dużo.
– Widać, że wiesz czego od życia chcesz – skwitował Chanyeol. – Właś ciwie ci zazdroszczę. Masz marzenie, dla którego żyjesz i poświęcasz całego siebie.
– Masz rację. Między innymi dlatego tutaj jestem, bo Hollywood pomoże zrealizować mi te marzenia. To miasto jest miejscem dla gwiazd i być może nie jestem jakimś niesamowitym szczęśliwcem, któremu wszystko się udaje, ale dopilnuję tego, by to marzenie się spełniło. Sam zresztą zobaczysz, kiedyś wystąpię w tak dobrym filmie, że reżyserzy będą się o mnie bić. – Zaśmiał się melodyjnie. Dla jednych mogłaby być to wskazówka do tego, że mimo wszystko Baekhyun nie traktuje tego wszystkiego śmiertelnie poważnie i Chanyeol wtedy naprawdę tak myślał. Nic nie wskazywało na to, by ta pogoń za marzeniami była tak bardzo niebezpieczna. – A ty, Chanyeol, czym się zajmujesz? – zapytał, opierając się łokciami o blat stolika.
– Właściwie niczym, co byłoby tak ciekawe, jak twój zawód – odparł, prychając cicho. – Pracuję w redakcji w dziale korekty. Dbam o to, żeby wszystko było poprawne pod względem językowym i uwierz, to strasznie nudne. Ale nie narzekam, bo mogło być gorzej. Dni są całkiem spokojne, a pracuję tylko po kilka godzin. To wygodne, ale czasem nużące – powiedział, przenosząc wzrok na kelnerkę, która właśnie stanęła obok ich stolika. – Cześć, Jenny.
– Cześć, Yollie – przywitała się wesoło, zaciskając palce na swoim notesiku. – To co zwykle? – zapytała dla pewności, a w odpowiedzi dostała potwierdzające kiwnięcie głową. – A dla ciebie? – zwróciła się do Baekhyuna, który przelotem spojrzał na kartę menu.
– To, co dla niego. – Zaryzykował i uśmiechnął się do niej pogodnie. Ta skinęła głową i odeszła, znikając za ladą. – Mam nadzieję, że to coś jadalnego. 
– Tak. Mają tu najlepsze hamburgery w Stanach. Dlatego przychodzę tu prawie codziennie, jeśli mam tylko czas – dodał i nakierował swój wzrok na towarzysza. Polubił go, mimo że znali się zaledwie kilkanaście minut, to mógł powiedzieć, że ten chłopak był wyjątkowy i uroczy na swój sposób. Takie osoby zapamiętywało się na całe życie. – Prawdopodobnie nawet gdybym mieszkał na drugim końcu miasta i tak bym tu przychodził.
– Mam nadzieję, że prawdą jest to, co mówisz. Mam ochotę na coś dobrego, zwłaszcza że jedzenie w restauracji w motelu, w którym się zatrzymałem, jest okropne – jęknął, po czym wydął lekko swoje kształtne wargi. – Ogólnie wszystko jest tam przerażające. Począwszy od różowych ścian, a kończąc na kwiecistej pościeli. Ale prawdopodobnie niedługo tam jeszcze pomieszkam.
– Co planujesz później?
– Szczerze? Nie mam pojęcia – westchnął, wzruszając bezradnie ramionami. – Będę tam, dopóki starczy mi pieniędzy. Później nie wiem co zrobię, ale mam nadzieję, że będę miał jakiś plan. Póki co wiem tylko tyle, że muszę znaleźć jakąś pracę, a z tym chyba nie będzie największych problemów. W Los Angeles jest wiele produkcji i teatrów.
– Ty naprawdę chcesz zostać aktorem.
– Oczywiście – powiedział z przekonaniem, uśmiechając się szeroko. – Nie myśl nawet, że wszystko, co opowiadałem, to tylko bajeczka – prychnął, jednak mimo to nadal się uśmiechał. – Jeszcze nigdy nie mówiłem tak poważnie. Po prostu zaczynam od zera i póki co nie widać rezultatów, ale jestem w Hollywood dopiero czwarty dzień. Nie zamierzam wracać do Korei, nawet jeśli musiałbym spać pod mostem z braku pieniędzy. Zostanę tu i zrealizuję swoje cele. I mam nadzieję, że teraz mi wierzysz. 
Chanyeol uśmiechnął się lekko.
– Wierzę – powiedział z przekonaniem, spuszczając wzrok na zadbane, zgrabne dłonie Baekhyuna. – Na ile nocy zostało ci pieniędzy?
– Czy ja wiem... góra dwie – mruknął, marszcząc czoło.
– Więc zostań moim współlokatorem.


*


2000.

– Czyli zaproponowałeś całkowicie obcemu facetowi mieszkanie u siebie w domu – prychnął Kris, dokładnie spisując każde słowo Chanyeola. – Byłeś zdesperowany? 
Mężczyzna zaśmiał się krótko, acz szczerze, po czym pokręcił przecząco głową. – Nie. Przecież znałem jego imię, a on moje. Baekhyun już nie był kimś całkowicie mi obcym – wyjaśnił. – Ale być może masz rację. Usilnie szukałem towarzystwa, bo miałem dość samotności, męczyła mnie. A Baekhyun dał mi to, czego oczekiwałem, zwłaszcza że świetnie się ze sobą dogadywaliśmy i przekonałem się o tym niejednokrotnie. Po prostu myślę, że w tamtym okresie nasze charaktery bardzo do siebie pasowały, mimo wielu przeciwności.
– A Baekhyun? Zgodził się?
– Tak, ale nie od razu. Na początku kategorycznie odmówił, bo stwierdził, że nie ma mi nawet czym zapłacić, dlatego też nie zostanie dłużej w motelu. Był całkowicie spłukany. Dopiero na samym końcu, gdy nasza rozmowa przeciągnęła się do późnych godzin wieczornych, zgodził się. Ale obiecał, że odda mi pieniądze, jak tylko znajdzie pracę. Mi na tym jednak wcale nie zależało. Od dziecka nie brakowało mi pieniędzy, także to był najmniejszy problem. Przynajmniej dla mnie, bo Baekhyun strasznie się tym na początku przejmował. Był uroczy.
– Czyli zamieszkał u ciebie jeszcze tej samej nocy?
– Nie. Umówiliśmy się, że nazajutrz spotkamy się w Lucky Devils i później pójdziemy do mnie. Musiał jeszcze się wymeldować i zabrać swoje rzeczy. Tamtego dnia był trochę skrępowany i pierwszy raz widziałem, jak się wstydzi, ale mimo to wciąż dużo gadał. Buzia prawie nie zamykała mu się wcale. Ale mnie potrzebna była rozmowa, także cieszyłem się, że nie milczy. Sprawiał, że byłem szczęśliwy. To zabawne. W jeden dzień mój cały świat przewrócił się do góry nogami na kilka miesięcy, kiedy mi towarzyszył. I mimo że wcale za nim teraz nie tęsknię, to muszę przyznać, że był jedyną osobą, z którą tak świetnie się dogadywałem. Cieszę się, że wtedy do niego podszedłem, ale nie jestem pewien, czy dobrze zrobiłem, proponując mu mieszkanie. Być może gdyby nie to, wszystko potoczyłoby się inaczej...


*


1970.

– Rozgość się – mruknął Chanyeol, otwierając drzwi swojego mieszkania. Rzucił klucze na komodę mieszczącą się w niewielkim hallu, po czym uśmiechnął się szeroko, spoglądając w stronę swojego nowego współlokatora. – Przygotowałem dla ciebie pokój gościnny, mam nadzieję, że to nie problem. Właściwie nie mam więcej miejsc do spania, więc musisz się nim zadowolić – dodał po krótkiej chwili i stanął w miejscu. – Naprzeciwko jest kuchnia, obok łazienka, a tam salon. – Wskazał na drzwi naprzeciwko nich. – Jak chcesz, to idź się rozpakuj, czy rozejrzyj po domu. Ja zrobię nam coś do picia.
– Jasne – odpowiedział Baekhyun, zaciskając mocno dłoń na rączce od brązowej walizki. – Ach, Chanyeol? – szepnął, jednak chłopak usłyszał go i nim wszedł do kuchni, zatrzymał się w półkroku i spojrzał za siebie, dokładnie lustrując lekko uśmiechniętą twarz towarzysza. – Dzięki. Za wszystko. Nie każdy na twoim miejscu zaproponowałby pomoc, dlatego jestem ci naprawdę wdzięczny. I nawet nie wiem, jak teraz ci się odwdzięczę, ale postaram się.
– W porządku. Nie musisz się tym martwić.
Baekhyun skinął głową, a Chanyeol już nie przejmując się tym więcej, ruszył do kuchni, kierując się w stronę lodówki. Wyciągnął z niej sok pomarańczowy, po czym rozlał do dwóch wcześniej przygotowanych przez siebie szklanek i dorzucił jeszcze po dwie kostki lodu, mimo że napój i tak był już wystarczająco chłodny. Nie zwracając jednak na to uwagi, chwycił w obie dłonie szklanki i pokierował się w stronę hallu, gdzie zostawił Baekhyuna. Jednak nie zastał go tam ponownie, jedynie jego walizkę starannie ułożoną obok komody. Westchnął cicho, rozglądając się w poszukiwaniu zguby.
– Baekhyun? – za pytał, mrużąc oczy. Mimo oczekiwania, nie dostał odpowiedzi. Właściwie mieszkanie nie było wielkie, więc to dawało mu dużą przewagę. Nie musiał biegać po całym domu, żeby go znaleźć, jak to pamiętał za czasów dzieciństwa. Czasami mniejsza przestrzeń okazywała się być wygodniejsza. Nie myśląc już dłużej ruszył w stronę salonu. W środku nie było Baekhyuna, jednak uwagę Chanyeola przyciągnęły otwarte drzwi balkonowe. To tam się ukrył.
Powoli ruszył do wyjścia, starając się nie rozlać soku. Jego dłonie powoli drżały od chłodu, jakim emanowały szklanki i ich zawartość, jednak mimo to nie zamierzał ich odłożyć. I tak już był u celu. – Też lubię tu przebywać – powiedział, gdy zauważył Baekhyuna opartego o niewielką barierkę. Stał na palcach i nieco wychylał się do przodu, zupełnie jakby chciał dotknąć ręką napisu malującego się na wzgórzu. – Uważaj, bo wypadniesz.
– Jasne – zaśmiał się, cofając się o krok, po czym odebrał napój od Parka. – Dzięki – powiedział, po czym upił trochę soku. – Pięknie tu. Nadal nie mogę uwierzyć, że jestem w Los Angeles, coś niesamowitego – stwierdził, obracając się tak, by znów podziwiać widok rozciągający się przed sobą. – Ten kraj to całkowite przeciwieństwo Korei.
– Dawno tam nie byłem – odburknął w odpowiedzi, a Baekhyun spojrzał na niego i uśmiechnął się blado, jakby ze współczuciem. – Trochę tęsknię. Czasami naprawdę mam ochotę wyjechać stąd i wrócić tam, ale wiem, że nie poradziłbym sobie. Tu mam wszystko, tam zupełnie nic.
– Nie mów tak – oburzył się Byun, zaciskając usta w wąską linię. – Ja zrobiłem coś w zupełności odwrotnego i gdybym tak jak ty poddał się na starcie, nawet nie byłoby mnie tu – wyjaśnił, zacieśniając długie palce na szklance wypełnionej sokiem. – To głupie poddawać się na samym początku. Właściwie... nie można poddawać się nigdy. Pamiętaj. Bo wszystko jest możliwie do wykonania i takie gadanie tylko pogarsza całą sprawę. Jeżeli naprawdę chcesz wrócić do swojego kraju, przyrzeknij to w swoich myślach i rób wszystko, żeby wreszcie to zrealizować. Z biegiem czasu sam zauważysz, jakie to będzie proste. Wystarczą chęci i dobre nastawienie!
Chanyeol zaśmiał się i pokiwał z uznaniem głową.
– Masz rację. Ale myślę, że jeszcze z tym poczekam. Przyzwyczaiłem się do USA. Ten kraj stał się moim drugim domem, zwłaszcza że tu się wychowałem i przyzwyczaiłem do kultury, do wszystkiego – odpowiedział, opierając się o barierkę. – Ostatni raz w Korei byłem siedemnaście lat temu. Nawet tego nie pamiętam. Wiem to z opowieści mamy. Byłem dzieckiem, nie zdążyłem zapamiętać niczego. Lub zwyczajnie zapomniałem i cholernie tego żałuję.
– Wiem co czujesz, ale hej, głowa do góry! Mam album ze zdjęciami, mogę wszystko ci pokazać, jeśli chcesz. Choć tamten kraj, w porównaniu z tym, to nic wielkiego. Także nic nie tracisz. – Zaśmiał się i zamrugał kilkukrotnie oczami, po raz kolejny upijając chłodny napój.


*

2000.

– Baekhyun twardo stąpał po ziemi – stwierdził Kris, zakładając nogę na nogę. – Wszystko mówił z takim przekonaniem, jakby naprawdę wierzył w swoje słowa i mocno się ich trzymał – dodał, przenosząc wzrok z kartki na Chanyeola, który na ten gest jedynie westchnął.
– Masz rację. On tymi słowami żył. Przynajmniej tak mi się wydawało. Był przekonywujący i wierzyło się w jego słowa. On sam to robił, po prostu nie potrafił tego wszystkiego zrealizować. Przez to wszystko myślałem, że jest o wiele silniejszy niż wyglądał z zewnątrz. Po prostu... normalnie wydawał się strasznie kruchy, ale w środku drzemała wielka siła i przekonałem się o tym na własnej skórze. Szkoda tylko, że ta siła powoli gasła, a ja nie potrafiłem jej na nowo wzniecić.
– Czyli czujesz się winny jego śmierci?
– Może po części? Sam nie wiem – powiedział cicho, zaciskając dłonie w pięści. – Nie zabiłem go, ale może nakierowałem go na tę drogę... Mimo upływu lat, nadal nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie. Ale nie czuję wielkich wyrzutów sumienia, więc chyba nie.
– Ale gdyby nie ty, jego życie byłoby inne.
– Prawdopodobnie tak. Mogłem w ogóle nie ingerować w to wszystko, zwłaszcza gdy Baekhyun w końcu znalazł swoją wymarzoną pracę. Byłem z niego dumny, że tak szybko i łatwo sobie poradził.
– Co to była za praca? – Padło kolejne pytanie.
– Kilka kilometrów dalej znajdował się teatr, którego już teraz nie ma. Dziesięć lat temu został zburzony i na tym miejscu powstał bar mleczny. Ale wcześniej dużo ludzi tam zaglądało, bo spektakle były naprawdę fajne. Może nie wszystkie udane, ale jednak. Baekhyunowi dużo dało to, że biegle mówił po angielsku, więc z łatwością dogadał się z właścicielem. Poza tym najwyraźniej miał talent, bo dostał pracę. Grał niewielkie role, ale do tej pory widzę jego uśmiech. Tę fascynację, gdy wychodził na scenę, by grać. Może to jeszcze nie był szczyt jego marzeń, ale mały urywek tego wszystkiego. I tak był już o szczebel wyżej niż kilka tygodni wcześniej.
– Przez to, że grał w teatrze, a ty pracowałeś w redakcji, nie widywaliście się często, tak? – zapytał Kris, kreśląc kilka słów na papierze. – To znaczy, jeżeli dwie osoby są zapracowane, ciężko choć przez chwilę porozmawiać. Więc nawet jeśli wprowadził się do ciebie, nadal byłeś samotny.
– Nie – zaprzeczył szybko. – Zawsze rankiem się widzieliśmy. Jedliśmy przy włączonym radiu. Najczęściej lecieli The Beatles i Presley, czasami razem z nimi śpiewaliśmy, czasem tylko rozmawialiśmy, ale nigdy nie było cicho. Później ja wychodziłem do pracy i zostawiałem go samego. Czasami, jak wracałem, jeszcze był. To zależało od dni, ponieważ czasem miał na południe, a kiedy indziej na wieczór. Ale myślę, że było mu na rękę to, że przez kilka godzin nie było mnie w domu. Mógł się wtedy w spokoju uczyć scenariusza, bo przy mnie nigdy nie mógł się skupić. Strasznie go rozpraszałem. Po prostu potrzebowałem rozmowy i nie potrafiłem się zamknąć, gdy był w pobliżu.
– Szybko się do niego przyzwyczaiłeś.
– Tak – odpowiedział, kiwnąwszy głową. – Byłem głupim nastolatkiem, który nie bardzo co miał zrobić z własnym życiem i wtedy naprawdę cieszyłem się, że los zesłał mi Baekhyuna. Byłem szczęśliwy, on też i wszystko zwiastowało to, że tak już będzie zawsze. I właśnie przez to zawód był jeszcze bardziej bolesny...

2.


             2000 rok.

– Mówiłeś, że Baekhyun był niesamowicie wesoły, jak go poznałeś. Trochę nie chce mi się w to wierzyć, zwłaszcza że wiem, jakie jest zakończenie tej historii – przyznał, po czym przymrużył piwne oczy, wpatrując się w swojego rozmówcę. – Ale skoro tak uważasz, musiały zdarzyć się jeszcze jakieś sytuacje, które mogłyby potwierdzić twoje słowa.
Chanyeol uśmiechnął się i kiwnął głową.
– Było ich mnóstwo – powiedział, a Kris z jego tonu głosu mógł wywnioskować, że jego wspomnienia są naprawdę przyjemne, szczególnie że od samego początku spotkania Chan nie uśmiechnął się tak szczerze ani jeden raz. – Szczególnie zapadły mi w pamięci niedzielne wieczory – mruknął po chwili i przygryzł dolną wargę ust, przypominając sobie to, za czym tęsknił najbardziej.
– Baekhyun wtedy nie pracował?
– Nie, do pracy w niedzielę wychodził zazwyczaj w południe, po siedemnastej był wolny. Zawsze, przez jakieś trzy, ewentualnie cztery godziny uczył się na pamięć scenariusza, więc wolałem mu nie przeszkadzać, ale później miał czas i poświęcał go mnie.
– Co dokładnie robiliście?
– Właściwie to, co robiliśmy z Baekhyunem, zawsze kojarzyło mi się z filmami. – Zaśmiał się, przenosząc wzrok z notującego Krisa na swoje splecione dłonie. – I tym razem nie było inaczej. Baek lubił wszystko wiążące się z aktorstwem, więc nietrudno zgadnąć, że kochał oglądać filmy. Miałem w domu odtwarzacz wideo. Był nowy, a wszystkie kasety dostałem od ojca. Sam nigdy nie miałem czasu, by je przejrzeć, Baekhyun niemal mnie do tego zmuszał.
Kris prychnął, kręcąc z rozbawieniem głową.
– Czyli nie miałeś wyboru, musiałeś się go słuchać.
– Może. – Wzruszył ramionami, nie tracąc swojego pogodnego uśmiechu. – Ale mnie się to podobało. Lubiłem spędzać czas z Baekhyunem, a jeżeli robiliśmy to, co on lubił, i ja byłem zadowolony. W końcu sam tak wkręciłem się w to oglądanie, że teraz jest to moim małym rytuałem. Nie wyobrażam sobie niedzieli bez chociaż jednego filmu i najczęściej oglądam te kasety, które najbardziej lubił Baekhyun. Żałuję tylko, że odtwarzacz wideo już dawno się zepsuł – westchnął, na moment tracąc ze swej twarzy pogodny uśmiech. – W każdym razie, polubiłem to i przez cały tydzień wyczekiwałem niedzieli. Na nasze wieczory z telewizorem przygotowywałem miskę popcornu i puszki wiśniowej Coca Coli. Baekhyun je uwielbiał.
– I były to tylko takie przyjacielskie wieczory, nic więcej?
– Na początku tak i chyba w takich relacjach wolałbym z nim zostać. Wtedy było idealnie, nawet jeżeli czasem telewizor siał, a Baekhyun marudził, że nie może zdecydować się pomiędzy kilkoma filmami. Zawsze wtedy zasłaniałem mu oczy i mówiłem, że ma wybrać, nie widząc tytułów. Często zdarzało się, że jego trafienia okazywały się niecelne – powiedział ze spokojem, uśmiechając się nikle.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Że te filmy były potwornie nudne, ale i tak je oglądaliśmy. Baekhyun po prostu chciał zobaczyć je wszystkie, nieważne, że czasem zasypiał mi na ramieniu lub podłodze obok moich kolan. Dla mnie i dla niego było idealnie pod każdym względem. I właśnie to najbardziej pamiętam, jeśli chodzi o moje spędzanie czasu z nim. To znaczy, były też inne momenty, które utkwiły mi w pamięci na dobre, ale nie potrafią wywołać we mnie tyle emocji, co właśnie te niedzielne wieczory.


*

1970.

Późne, lipcowe dni zawsze przesiąknięte były gorącem i zapachem papierosów. Przez otwarte balkonowe okno wpadały hałasy z zewnątrz, najczęściej były to krzyki dzieci grających w piłkę i głośne rozmowy mężczyzn zebranych pod kamienicami. Popijali zimne piwo i głośno żartowali, grzejąc się w upalnym słońcu, które oświetlało Los Angeles już od samego ranka. W oddali było słychać silniki aut przejeżdżających przez główną drogę, choć kilka z nich czasem skręcało i wybierało tę na skróty, prowadzące obok centrum sąsiedzkich zebrań. Wszyscy rozkoszowali się weekendowymi wolnymi chwilami, starając korzystać z tych chwil jak tylko mogą. Pośród tych wszystkich osób zawsze brakowało dwóch, ale nikt nie był w stanie tego dostrzec.
– Baekhyun – mruknął Chanyeol, wachlując się ręką. Nawet w białej bokserce, która odsłaniała jego ramiona i sporą część torsu, było mu gorąco. Czuł, jak kropelki potu osiadają mu na czole, ale mimo to nie starł ich. Wiedział, że chwilę później znów będzie tak samo. – Wystarczy już na dziś – dodał, wyciągając drugą rękę w stronę chłopaka, po czym złapał w palce średniej grubości scenariusz, by wreszcie go wziąć i odłożyć na bok.
– Jeszcze chwilę – poprosił, nie odrywając wzroku od tekstu. Zdawać się mogło, że pochłaniał każdą literę jeszcze intensywniej, niż każdy inny czytający zupełnie to samo. – Pięć minut i możemy zacząć oglądać, tylko dokończę swoją kwestię. A w tym czasie możesz przygotować coś do picia, jest potwornie gorąco – westchnął, mrugając nieco oczami, co tylko rozśmieszyło Parka, który kiwnął jedynie głową. – Dziękuję. - Uśmiechnął się lekko i posłał w powietrzu całusa, ponownie powracając do swojej poprzedniej czynności, która całkowicie go wciągała, przenosiła w zupełnie inny świat, który dla Baekhyuna był lepszy, bardziej kolorowy od tego, w którym żył. Dlatego czasami miał ochotę nie przestawać czytać, bo zapisane słowa na białej kartce stawały się jego przyszłością, tym, czym chciał żyć i wyobrażać sobie, że jest prawdą.
Nigdy nie wyobrażał sobie swojego życia bez grania. Kim mógłby zostać, gdyby nie pasja, która stała się częścią jego duszy, kierowała jego sercem, umysłem, ciałem i która była ponad wszystkim. Być może skończyłby w jednym z barów w swoim kraju, podając ludziom ich zamówienia, a może tak jak jego ojciec - zostałby elektrykiem. Nie miał pojęcia, nie widział siebie w innym zawodzie. Prawdopodobnie wykonując coś zupełnie innego, czułby się niespełniony, słaby i nieszczęśliwy. A nie chciał cierpieć, wolał korzystać z życia pełnymi garściami, być wolnym w tym, do czego zmierzał.
Nim się zorientował, scenariusz z jego ręki został wyrwany i odłożony na półkę obok telewizora, gdzie zwykł go kłaść. Chanyeol o tym wiedział i dlatego, żeby się nie zapodział, dał go tam, gdzie zawsze.
– Koniec tego dobrego – powiedział, podając Baekhyunowi szklankę z wiśniową Coca Colą, w której pływało kilka kostek już rozpływającego się lodu. Drugą postawił na podłodze obok siebie, uśmiechając się szeroko. – Oglądamy coś, czy idziemy do Lucky Devils?
– Wolę coś obejrzeć, bo prawdopodobnie jak tylko wyjdę z domu, to się rozpłynę. Ty też, Yeollie. Jesteś cały mokry – zaśmiał się, przykładając dłoń do czoła swojego towarzysza, tylko po to, by zetrzeć z niego roszący się pot. – A tu przynajmniej mamy zimną Coca Colę i wiatrak, który chyba się popsuł. Nieważne. Masz jakieś propozycje, jeśli chodzi o filmy?
– Nie myślałem nad tym zbytnio.
– A ja tak! – pisnął, po czym podał szklankę z napojem wielkoludowi i podszedł do półki, na której poukładanych było kilkadziesiąt kaset wideo z filmami, których jeszcze nie miał okazji obejrzeć. Nieważne, czy były dobre, ciekawe, nudne czy smutne. Chciał zobaczyć je wszystkie, nawet jeśli musiałby poświęcić na to zbyt wiele czasu. – Tylko nie wiem od czego zacząć. Oglądaliśmy już „Goldfinger”, „Batman'a” i „Red Beard”. I właściwie nie wiem, co teraz – jęknął zrezygnowany, spoglądając na kolorowe pudełka, które skrywały w sobie prawdziwy skarb, przynajmniej dla niego. – Ugh, Chanyeol! Nie siedź tak i nie patrz na mnie, tylko pomóż mi, bo do końca tego dnia nic nie obejrzymy.
Park zaśmiał się jedynie i wstał z podłogi, po czym podszedł do Baekhyuna i stanął za nim, dokładnie lustrując wzrokiem wszystkie tytuły filmów, które zgromadził przez kilka lat tylko i wyłącznie dzięki swojemu ojcu. – Chyba mam pomysł – szepnął, podnosząc ręce tak, by zasłonić oczy Baekhyuna. Ten pisnął cicho, cofając się tak, że natrafił na klatkę piersiową wyższego od siebie chłopaka.
– Co ty robisz?
– Pomagam ci – przyznał, schylając się, tym samym przykładając usta do ucha Byuna. – Teraz wyciągnij rękę – poinstruował go, a chłopak wykonał jego polecenie – i dotknij jakiegokolwiek pudełka. Twój wybór pomoże nam jakoś spędzić kolejny wieczór. No, dalej – ponaglił Baekhyuna, który wraz z jego głosem złapał w smukłe, szczupłe palce jedną z wielu kaset i wyciągnął ją, by spojrzeć na okładkę.
–  „The Dirty Dozen”? Słyszałem o tym. – Uśmiechnął się.
– Ja też. To co, oglądamy? – zapytał, a blondyn kiwnął głową i popchnął Parka, by ten spoczął gdzieś, a sam podszedł do odtwarzacza, do którego wepchnął kasetę wideo i z zadowoleniem włączył film. Później podszedł do chłopaka i usiadł na podłodze obok, opierając się plecami o sofę stojącą za nimi. Oni sami nie wiedzieli, dlaczego nie rozsiadali się wygodnie na miękkiej kanapie jak inni, normalni ludzie. Być może dlatego, że pod każdym względem różnili się od reszty i nie zamierzali popadać w rutynę.


*


2000.

– W te wasze niedziele, zawsze oglądaliście filmy? Nie mieliście żadnego innego urozmaicenia? To znaczy, po dłuższym czasie w końcu to musiało stać się nudne – stwierdził odkrywczo Kris, marszcząc nieco swój prosty nos.
– Ale nie dla nas. Może inni by nie wytrzymali, ale ja z Baekhyunem nie byliśmy typowi. – Zaśmiał się słabo, przymykając oczy. – Poza tym znałem Byuna zaledwie kilka miesięcy i do końca tego, jak ze mną mieszkał i tak nie obejrzeliśmy wszystkich filmów. Może dlatego, że ciągle dokupowałem nowe, a on najpierw chciał zobaczyć wszystkie te stare. Później oglądałem je sam i mogę powiedzieć, że to nie było to samo – wyjaśnił, na chwilę milknąc. Kris zauważył, że Chanyeol jeszcze nie skończył, dlatego nie przerywał mu. – Mimo to mieliśmy też inne zajęcia. Już wcześniej wspominałem, że często chodziliśmy do Lucky Devils. I tak właściwie było, ale nie tylko jedliśmy tam hamburgery. Często zdarzało się, że w oczekiwaniu na posiłek chodziliśmy zagrać. Było tam mnóstwo automatów do gier.
– Byliście jak dzieci – bardziej stwierdził, niż zapytał, na co Chanyeol pokiwał jedynie głową z rozbawieniem.
– Tak, chyba dokładnie tak było – przyznał mu rację. – Przerośnięte dzieciaki, które szukały zabawy w grach i filmach. Właśnie tym byliśmy, ale nie przeszkadzało nam to – mruknął, a następnie pochylił się trochę do przodu, układając łokcie na blacie biurka.
– I Baakhyun zawsze ci ustępował, jeśli chodziło o treningi przed spektaklem? To znaczy, wiem, że miał bzika na punkcie perfekcji, chciał być najlepszy. Chyba ciężko było go odciągnąć od scenariuszy, bo nieustannie chciał szlifować swój talent – powiedział, przewracając kartkę, by zacząć notować na nowej stronie.
– Tak, ale miałem swoje sposoby, żeby go przekonać. Poza tym... i tak wszystko wiązało się z tym, co on kochał, także można powiedzieć, że byłem na wygranej pozycji – odparł. – A jedna niedziela szczególnie zapadła mi w pamięci.
– Dlaczego?
– Baekhyun wtedy pokazał, czym jest dla niego życie.


*


1970.

– Baekhyun, po co mam tam iść? – zapytał, wzdychając ciężko, po czym poluzował nieco swój krawat, który kazał mu założyć Byun. – Przecież wiem, jak grasz. Tyle razy widziałem, jak uczyłeś się wczuwać w swoją rolę i jak recytowałeś te wszystkie formułki. Naprawdę muszę przechodzić przez to jeszcze raz? – Mimo to w jego głosie nie można było usłyszeć ani cienia niezadowolenia. Był raczej szczęśliwy, że Baekhyun postanowił w jakiś sposób podzielić się z nim tym, co było dla niego najważniejsze, czym praktycznie żył i co kochał całym swoim sercem. Ale jak to uważał, Byun słodko wyglądał, kiedy próbował w jakikolwiek sposób się wytłumaczyć, czy przekonać do swoich racji Parka.
– No wiem, ale teatr, a pokój w mieszkaniu to coś całkiem innego – oburzył się, a następnie zabawnie nadął policzki, przez co Chanyeol parsknął śmiechem, skupiając się na drodze. Mocniej zacisnął palce na kierownicy samochodu, który dostał od swojego ojca. – Po prostu chciałem, żebyś mi tam towarzyszył. Dzisiejszy dzień jest dla mnie niezwykle ważny, a teraz ty jesteś najbliższą mi osobą. Nie mogłem zaprosić rodziców, ani moich przyjaciół z Korei, a ty jesteś tu, na miejscu i naprawdę cię lubię. Powinieneś być dumny i szczęśliwy, a nie tylko marudzić – wygłosił, przeplatając ręce na torsie. – Taka okazja może się więcej razy nie powtórzyć, wierz mi.
– Przecież co jakiś czas dostajesz nowe role.
– Ale ta jest inna – zapewnił, uśmiechając się tajemniczo. – Jeżeli ci się nie spodoba lub zwyczajnie będzie ci się nudziło, możesz wyjść, wiesz, że ja cię tam nie będę trzymał na siłę, ale chociaż zobacz, czym dla mnie jest gra – poprosił, po czym powrócił do przyglądania się widokom za uchyloną szybą, przez którą padały ciepłe podmuchy wiatru, roztrzepując przy tym wszystkie jego wcześniej ułożone włosy. – To dla mnie ważne.
– Jasne. – Chanyeol spojrzał na niego szybko, starając się nadal panować nad kierownicą, po czym odwzajemnił uśmiech.
Nie zauważył nawet, gdy czas oczekiwania szybko minął, a on razem z innymi czekał na zaplanowany spektakl na godzinę piętnastą.
Chanyeol w końcu uświadomił sobie, jak bardzo poważnie Baekhyun traktuje swoją pracę, ale i przede wszystkim pasję. I przez chwilę można powiedzieć, że mu zazdrościł, bo sam nigdy nie znał niczego, dla czego mógłby się w pełni poświęcić, oddać całą swoją duszę, tylko po to, by czuć się szczęśliwym i zaspokojonym, zupełnie jak Baek, który stał na scenie i pokazywał innym, jak bardzo to kocha. Chanyeol był z niego dumny.
Park nigdy nie przepadał za teatrem. Całkowicie izolował się od pracy jego ojca, która również miała swój początek na podobnej scenie. Pamiętał, jak mężczyzna czasem zabierał go na próby, ale zawsze nudziły go, często śmiał się z aktorów i ich kostiumów, a sam rozrabiał, jak tylko się dało, ale siedząc na jednym z wielu zapełnionych miejsc przed sceną, na której stał Baek, nie mógł odwrócić wzroku nawet na chwilę i sam nie był pewien dlaczego. Chłopak go hipnotyzował - swoimi płynnymi ruchami, które wyćwiczył do perfekcji, pełnym uśmiechem i kwestiami, które wygłaszał, nawet jeżeli nie patrzył w stronę Chanyeola. Wystarczyło tylko, że oddaje się temu, co kocha i jest przy tym niesamowicie radosny. Ten widok chciał zapamiętać do końca swoich chwil. Był niesamowity, bo w jakimś sensie prawdziwy, nie całkowicie wykreowany przez scenariusz.
Chanyeol szybko zrozumiał, dlaczego Baekhyunowi tak bardzo zależało na tym, by pojawił się akurat na tym przedstawieniu, przecież pozornie to jedno z wielu. Ale nie zawsze gra się główną rolę, bohatera, w którego stara się wcielić tak dobrze, jakby była to jego prawdziwa osobowość, tyle że ta ukryta. Ale gdy widzi się same zalety, a otoczka plusów i talentu oraz szczęścia drugiej osoby przysłania oczy, nie jest się w stanie ujrzeć tego drugiego dna, które czyha cicho na odpowiedni moment, w którym mogłoby się ujawnić i zniszczyć to wszystko, co przez innych zostało stworzone, osiągnięte. Żywcem pogrzebać marzenia i sny, które z czasem stały się niezapomniane.


*


Chanyeol westchnął cicho, opierając się o komodę, na której ustawiony był telefon. Obok niego stał niewielki zegarek, który tykał niecierpliwie, wskazując na godzinę za pięć dwudziestą trzecią. Zastanawiał się, czy jest sens w ogóle dzwonić. Równie dobrze mógłby to wszystko olać, zapomnieć o Baekhyunie, który swoją grą go oczarował, sprawił, że zniknęło wszystko inne, a został tylko on. Ale nie mógł tego zrobić, dlatego chwilę później jedna jego dłoń mocno trzymała słuchawkę telefonu, a druga niepewnie wykręcała numer, który znał na pamięć, którego nie mógł pozbyć się z głowy przez ostatnich kilka lat. Po prostu nie mógł zerwać z przeszłością.
– Słucham. – Zmęczony głos odezwał się po drugiej stronie, sprawiając, że Chanyeol zagryzł mocno dolną wargę, skupiając swój wzrok na uchylonym oknie, które nie wpuszczało już żadnych hałasów do środka. Miasto powoli kładło się spać.
– Cześć, tato – odezwał się po momencie, nie będąc pewnym, czy tak naprawdę nadal chce rozmawiać z tym człowiekiem. Dawno do niego nie dzwonił, raczej unikał rozmów i sam nie był pewien dlaczego ten kontakt zerwał. A teraz odzywał się tylko dlatego, że coś od niego chciał. Potwornie egoistyczne, ale nie mógł stać z założonymi rękoma, kiedy miał szansę pomóc Baekhyunowi. – Tu Chanyeol.
– Yeollie. – Mężczyzna powiedział entuzjastycznie, wpędzając swojego syna w lekkie zakłopotanie. Ten nie był na to gotowy. – Miło, że się wreszcie odzywasz. Dawno nie rozmawialiśmy – stwierdził, na chwilę milknąc. – Ale dlaczego o tej porze? Stało się coś?
– Nie, nie – zaprzeczył szybko, przenosząc wzrok z okna ponownie na zegarek, po którego tarczy wolno przesuwały się cienkie wskazówki. – Wszystko ze mną w porządku – uprzedził, za nim zdążył usłyszeć jeszcze kolejne pytanie. – Dzwonię z pewną propozycją, a raczej prośbą. Nazwij to jak chcesz.
– Słucham cię.
– Nadal poszukujesz aktorów do swojego filmu?
– Wreszcie się tym zainteresowałeś? Nie sądziłem, że kiedykolwiek to nastąpi, ale lepiej późno, niż wcale – powiedział, a Chanyeol zmrużył oczy, wzdychając cicho. Nie o to mu chodziło.
– Nie. Wiesz dobrze, że nigdy nie podobała mi się twoja praca i nie przekonam się do niej – odpowiedział stanowczo, już żałując, że wdał się z tym człowiekiem w jakąkolwiek konwersację. – Ale znam kogoś, kto by się nadał. Oczywiście wziąłby udział w kastingu i zobaczyłbyś, że jest dobry, ale daj mu szansę. Nie pożałujesz, naprawdę.
– Skąd mogę mieć taką pewność?
– Zabrał mnie do teatru, w którym pracuje. Jest świetny.
– Kim ta osoba jest, że zdołała mojego syna zaciągnąć w takie miejsce? – zapytał zdumiony, jednak mimo to najwyraźniej nie oczekiwał na odpowiedź, no po momencie postanowił kontynuować. – Dobra, chętnie zobaczę, na co go stać.
– Naprawdę?
– Tak, wiesz, że nie żartuję.
– Dziękuję – powiedział, uśmiechając się szeroko, po czym spojrzał na drzwi, które prowadziły na korytarz, w którym było zupełnie pusto. – Baek ucieszy się.
– To ta osoba, tak? W każdym bądź razie, przyprowadź go za dwa tygodnie, a ja się przekonam, czy poradzi sobie w filmie. Wiesz, że to nie jest pewne, że go przyjmę? To, że ty mówisz, że jest dobry, nie oznacza, że ja podzielę twoje zdanie.
– Wiem, ale dziękuję za jakąkolwiek szansę.
– W porządku. I hej, Chanyeol? – zapytał niepewnie, a kiedy usłyszał ciche „tak”, wznowił swoją wypowiedź. – Odzywaj się częściej. Nie wiem dlaczego postanowiłeś całkowicie zapomnieć o swoim ojcu, ale wiedz, że nadal jesteś dla mnie ważny i tęsknię za tobą. Dużo pracuję, ale nie myśl, że nie pamiętam o własnym synu.
– Jasne, dobranoc.
– Dobranoc, Yeollie.

*

2000.

– Z tego, co czytałem i mi opowiedziałeś, Baekhyun był dosyć zdecydowaną osobą, jeżeli chodziło o aktorstwo. Wiązał całe swoje życie z tym, pragnął wystąpić jeszcze w wielu produkcjach. Dlatego zastanawia mnie dokładny i szczegółowy początek tego wszystkiego. Nie już o wyjazd do Hollywood, a start jego poważniejszej kariery. Wszyscy znają jedynie zarys tego – mruknął Kris, spoglądając znad kartki na Chanyeola, który uważnie go słuchał, zapewne w głowie układając sobie odpowiedź. – Jak to się zaczęło?
– Znaleźć jakąkolwiek rolę w filmie dla początkującego aktora w Hollywood było ciężko, nawet jeśli było się bardzo dobrym, a talent do grania miało się we krwi. To były trudne czasy. Filmów nie było tak wiele jak teraz, kino dopiero się rozwijało i jeżeli naprawdę chciało się grać, trzeba było mieć znajomości lub dotrzeć do sukcesu poprzez łóżko producenta – wyjaśnił powoli, skupiając wzrok na palcach blondyna trzymających drogie pióro, którego stalówka szybko przesuwała się po powierzchni kartki. – Baekhyun niestety nie miał niczego, w Hollywood właściwie zaczynał od zera – dodał po chwili, wspominając swojego byłego chłopaka. – Ale miał mnie, a ja znałem właściwie osoby.
– Tak, słyszałem o twoim ojcu – stwierdził, na chwilę przestając pisać.
– Wiem, kiedyś było o nim głośno. Najpierw film, później śmierć Baekhyuna, a dwa lata później ten wypadek. Chyba wszystko, co było związane z jego produkcją, było skazane na straty – westchnął. – W każdym razie, pomogłem Baekhyunowi. Wiedziałem, że mój ojciec szykował się do nakręcenia kolejnego hitu po ostatnim, który jak się okazało, wszystkim się podobał. Mój ojciec był dumny, że to jego dzieło, dlatego po ostatnim sukcesie szybko szykował się na kolejny.
– Czyli mam przez to rozumieć, że dzięki tobie Baekhyun tak szybko znalazł sobie rolę? – zapytał, a Chanyeol kiwnął potakująco głową. – W takim razie miał ułatwione zadanie.
– Może – przyznał mężczyzna. – Ale nie miał znowuż tak łatwo, bo ja go tylko poleciłem mojemu ojcu. Tak naprawdę na kastingu musiał dać z siebie wszystko, jeżeli chciał rolę. Właściwie ojciec też inaczej na niego patrzył, bo Baek był moim znajomym. Dlatego powiedziałbym, że to była zasługa nas obu – powiedział, uśmiechając się blado. – I teraz żałuję, że cokolwiek w tej sprawie zrobiłem.
– Dlaczego? Przecież pomogłeś mu w realizacji marzeń.
– Tak, tyle że te marzenia stały się niewyobrażalnym koszmarem, który doszczętnie zniszczył Baekhyuna. Zabił go. Dlatego teraz, tak myślę, że czuję się winny jego śmierci. – Podniósł wzrok na twarz Krisa, który marszczył czoło, jakby się nad czymś zastanawiał.
– A dzień kastingu? Coś szczególnego się wtedy działo? – zadał kolejne pytanie, wprowadzające jego rozmówcę w zakłopotanie. W końcu Park wzruszył beznamiętnie ramionami, rozchylając nieco usta.
– Szczerze powiedziawszy, to nie pamiętam dokładnie. Wiem tylko tyle, że życzyłem Baekowi powodzenia i poszedłem normalnie do pracy. Ja też musiałem jakoś zarabiać na życie, a poza tym ten dzień był ważny dla Baekhyuna, nie dla mnie – mruknął, zaciskając usta w wąską linię. – Ale kilka dni później Byun dostał pozytywną odpowiedź.
– Cieszył się, prawda?
– Oczywiście. Jeszcze nigdy nie widziałem go tak szczęśliwego. Chociaż był to jedyny raz. Więcej tego samego uśmiechu już nie zobaczyłem. Mimo to było coś, co nie dawało mi spokoju, Nadal pracował w teatrze i nie chciał z tego rezygnować, ale na rzecz filmu musiał. Jak powiedział mój ojciec - był zmuszony coś pożegnać tylko po to, by wreszcie stać się sławnym.
– Popełnił błąd, robiąc to?
-– Tak, myślę, że też w końcu pożałował swojej decyzji.

*
1970.

Początek sierpnia był całkiem inny, lepszy niż ubiegły miesiąc, przynajmniej w odczuciu Baekhyuna. Kolejne dni przyniosły wiele szczęścia i nowe nadzieje na przyszłe tygodnie, które miały okazać się dużo lepsze niż wcześniejsze. Miał wrażenie, że w jego życiu właśnie zaczęła się ta dobra passa, która miała odmienić zupełnie wszystko, oczywiście na lepsze. Nie chciał, by kiedykolwiek się to kończyło, już zawsze pragnął być tak radosny jak w tamtym momencie. Nie wiedział też, że wszystko zawdzięcza tylko jednej osobie. Chanyeol wiele dla niego zrobił.
Uśmiechnął się lekko do chłopaka, po czym nakierował swój wzrok na jego oczy, które były trochę ciemniejsze niż zwykle. Przynajmniej takie odnosił wrażenie. Byun rozumiał, że sam w Hollywood nie poradziłby sobie, że prawdopodobnie poległby już na samym początku, ale nie był do końca pewny, co dokładnie mu zawdzięcza. Mimo to zaczynał dochodzić do wniosku, że właśnie ten facet w jego życiu staje się najważniejszy. Nie znał go długo, zaledwie miesiąc, ale jeszcze nikt nigdy wcześniej nie okazał mu tyle wsparcia, co on.
– Dziękuję, Channie – mruknął, wsuwając ręce do kieszeni dżinsowych spodni, które zgrabnie oplatały jego szczupłe nogi. – Że mogę na ciebie liczyć. Nie sądziłem, że w Kalifornii znajdzie się ktoś taki.
– Tutaj ludzie nie są tacy źli. Mówisz o tych z Nowego Jorku. – Zaśmiał się i spojrzał na główne wejście do budynku, gdzie stało już sporo kandydatów, którzy również mieli wziąć udział w kastingu. Większość stanowili mężczyźni w przedziale wieku od dwudziestu do dwudziestu pięciu lat. Pośród nich było kilka kobiet, wszystkie piękne, zadbane i prawdopodobnie doświadczone. Pośród tych wszystkich ludzi wreszcie zauważył tego, na kogo czekał. Uśmiechnął się nerwowo, dając tym samym znak Baekhyunowi, by odwrócił głowę.
– Chanyeol – powiedział mężczyzna, podchodząc od razu do swojego syna, po czym uścisnął go mocno. – Cieszę się, że przyszedłeś.
– Tylko na chwilę. Zaraz idę do pracy – powiedział, po czym spojrzał na zegarek na swojej ręce, sprawdzając godzinę. – Właściwie nie zostało mi dużo czasu. Przyjechałem tu przywieść kogoś. I właśnie to jest Baekhyun, tato. A to, mój tata – przedstawił ich, tym razem zwracając się do Byuna, który nieśmiało uścisnął dłoń mężczyzny.
– Słyszałem o tobie wiele dobrego – przyznał, dokładnie lustrując wzrokiem Baekhyuna. – Ale to nie daje ci specjalnej taryfy ulgowej. Musisz się postarać.
– Wiem, dam z siebie wszystko – powiedział stanowczo Baekhyun, natomiast mężczyzna pokiwał głową z uznaniem, nie spuszczając z niego wzroku ani na moment. – Przyszedłem tutaj, bo wiem czego chcę i osiągnę to, choćby nie wiem co.
– I o to chodzi – odpowiedział z entuzjazmem, uśmiechając się szeroko. – Chanyeol, na pewno nie zostaniesz? Zawsze możesz zadzwonić do pracy, że jeden dzień cię nie będzie, a Baekhyun się ucieszy, kiedy będziesz go wspierał. Później gdzieś wyskoczylibyśmy, jak za dawnych czasów? – zaproponował, jednak w odpowiedzi zobaczył stanowcze pokręcenie głową.
– Chciałbym, ale muszę iść.
– Tak, a ja poradzę sobie sam – dodał Baekhyun, spoglądając na Parka.
– Skoro tak... Przygotuj się, Baekhyun. Za pół godziny kasting się zaczyna – uprzedził, po czym oddalił się, uprzednio pożegnawszy z synem.
– No idź. Nie chcę, żeby przeze mnie wylali cię z pracy. – Przybliżył się do niego po czym objął go dłońmi w pasie, mocno się w niego wtulając na pożegnanie. – Wszystko opowiem ci wieczorem w domu.
– Jasne – szepnął, oddając uścisk. Trzymając Baekhyuna w ramionach czuł się szczęśliwy, zupełnie inaczej niż na co dzień. Nie był przyzwyczajony, ale powoli przywykał do myśli, że być może ich relacja się zmienia. Że te uśmiechy, przytulanie i rozmowy coś znaczyły. – Poradzisz sobie, Baek. Jesteś najlepszy. Ludzie zakochają się w tobie, kiedy tylko zagrasz w tym filmie. 
– Ja to wiem – zaśmiał się, po czym oderwał od wielkoluda, cofając się kilka kroków w tył. – Masz mi coś jeszcze do powiedzenia? – zapytał, przechylając lekko głowę. Sierpniowe słońce idealnie oświetlało jego sylwetkę, sprawiając, że jasne, blond włosy wydawały się złote, a brązowe oczy bardziej ciepłe. Chanyeol nie mógł zapomnieć tego widoku, a przede wszystkim szerokiego uśmiechu, który był odzwierciedleniem duszy Byuna.
– Powodzenia.
Baekhyun nie odpowiedział, jedynie pomachał na koniec chłopakowi i odwrócił się przodem do budynku. Czuł na sobie wiele ciekawskich spojrzeń, które niemal sprawiały, że jego ręce nienaturalnie zaczęły drżeć, podobnie jak nogi. Przecież nigdy tak nie miał - nie znał terminu 'tremy', czy 'zdenerwowania', na scenie czuł się swobodnie, gdy setki par oczu skierowanych było na niego, jednak tym razem miał ochotę uciec, ewentualnie poprosić Chanyeola, żeby jednak z nim został, bo nie poradzi sobie sam. Wśród tych wszystkich ludzi czuł się taki mały, nic nieznaczący, niedoświadczony, ale obiecał sobie, że się nie podda i zatrzyma w sobie to zdeterminowanie do końca kastingu.
Spuścił wzrok na swoje buty, po czym ruszył w kierunku mniej zatłoczonego miejsca, którym okazała się przestrzeń obok budynku. Było tam jeszcze kilkoro ludzi, których najwidoczniej nie obchodziło to, czy dostaną się do środka jako pierwsi czy ostatni. Była tam ławka, prawie zupełnie pusta, ale nie usiadł na niej. Ominął ją i stanął koło ściany, o którą wreszcie się oparł, wyciągając z kieszeni drżącą ręką papierosy i zapalniczkę z wielkim napisem Hollywood na uchwycie. Nie zwracając uwagi na zupełnie nikogo, przyłożył szluga do ust, którego w końcu odpalił i zaciągnął się dymem, który przyjemnie zawirował w jego płucach. Czuł, jak kilka kropel potu spływa z jego czoła i skapuje na nagie ramiona i tors, na którym dumnie prezentowała się czarna, luźna koszulka a ramiączkach z logiem Jack'a Danielsa. Nie wiedział, czy to przez upał, czy może przez stres tak bardzo mu gorąco.
– Pierwszy raz na kastingu? – Usłyszał nad sobą. Podniósł nieco głowę do góry i spojrzał na wyższego chłopaka z kpiącym uśmiechem wymalowanym na przystojnej twarzy. – Trzęsiesz się jak bardzo, że przez chwilę miałem wrażenie, że tu zemdlejesz.
– Nie – odpowiedział po chwili, wypuszczając przez usta szarawy dym. – Brałem już w kilku udział, ale nie do filmów.
– To widać – stwierdził po momencie, dokładnie przyglądając się Byunowi. – Już przez takie coś, normalnie byś był skreślony. W show biznesie nie ma miejsca na stres – powiedział, oblizując wargi, które po chwili zacisnął w wąską linię. – Ale jeżeli prowadza się z synem producenta, nawet największy idiota jest w stanie wzbić się za szczyt.
– Nie rozumiem o co ci chodzi – odburknął, po raz kolejny przykładając papierosa do ust.
– O to, że niektórzy ciężko pracowali, by coś osiągnąć, inni to zwykli oszuści.
Baekhyun nie wytrzymał. Zamarł w bezruchu, czując, jak zupełnie cała energia z niego ucieka. Sam nie wiedział co ma robić, czy odszczekać się chłoptasiowi, który najwyraźniej już na samym początku chciał go zniszczyć, czy może lepiej uciekać i postarać się, by już nigdy więcej się na niego nie natknąć. Ale nie był tchórzem, dlatego nawet nie ruszył z miejsca i już otwierał usta, by coś powiedzieć, jednak przeszkodził mu w tym kobiecy, melodyjny głos.
– Jaydan, idziesz?
– Już, Blair – odkrzyknął, odwracając głowę w kierunku dziewczyny. Była dość wysoka, miała długie, proste włosy i okrągłe, przeciwsłoneczne okulary, które tylko dodawały jej uroku. Uśmiechała się szeroko, zapewne czekając na swojego towarzysza. – Połamania nóg – warknął do Baekhyuna, po czym odwrócił się i podbiegł do Willson, zarzucając jej rękę na ramiona.
I Byun znów został sam, próbując osłabić zdenerwowanie, kolejny raz tamtego dnia zaciągając się papierosem, który na chwilę pozwolił mu zapomnieć o całym źle tego świata. Odprężył myśli i obiecał sobie, że pokaże wszystkim, jak aktorstwo jest dla niego ważne i że tylko przez swój talent cokolwiek może osiągnąć, bo bez niego byłby nikim.









3.


2000.

– Wydawało się, że życie Baekhyuna zmierza ku tej lepszej stronie – stwierdził Kris, prychając cicho pod nosem. Zanotował kilka słów w swoim notatniku, po czym westchnął, przenosząc wzrok na zegar wiszący na przeciwległej ścianie. Jego wskazówki wskazywały godzinę dwudziestą pierwszą, jednak ona wcale nie skazywała na koniec współpracy. Wu miał zamiar wycisnąć wszystkie informacje z tego faceta, nie lubił zostawiać niedokończonych spraw, a wywiad z byłym chłopakiem ikony Hollywood pozwoliłby mu się w jakiś sposób wybić lub ewentualnie wziąć urlop na kilka tygodni, żeby odpocząć od tej popapranej pracy, przez którą często nie mógł spać, poprawiając do późnych godzin rannych tekst.
– Tak – odpowiedział zgodnie z prawdą Chanyeol, podążając za wzrokiem Krisa. – Wiele osób wróżyło mu wielką karierę, zwłaszcza wtedy, gdy Baekhyun dostał telefon od mojego ojca. Miał stawić się w jego biurze tylko po to, by podpisać umowę i odebrać pełny scenariusz. Prasa się dowiedziała, pokładali w nim wielkie nadzieje.
– Ty należałeś do tych osób?
Chanyeol kiwnął niespiesznie głową, spuszczając wzrok w dół.
– Ja wierzyłem w niego bardziej, niż ktokolwiek inny. Miałem wrażenie, że znam go już na tyle dobrze, bo myślałem, że sobie poradzi. Był zdolny, pełny nadziei i siły, która tylko w nim drzemała i gotowa była na obudzenie się. Ten chłopak miał zaskoczyć wszystkich, a wiesz co jest najzabawniejsze? Chyba właśnie to zrobił.
– Przecież mówiłeś, że świetnie grał, że robiąc to, wkładał całego siebie w swoją pasję. To się gryzie z twoimi teraźniejszymi słowami – odburknął, oczekując, aż jego rozmówca coś mu odpowie, jednak kiedy nie uzyskał słów, na które czekał, postanowił kontynuować. – Baekhyun nie mógł być przecież tak beznadziejny, skoro twój ojciec go przyjął. Chyba, że ty go przekonałeś – zarzucił, a Park otworzył szerzej oczy, później wybuchając cichym śmiechem.
– Nie, Baek sam sobie poradził, zdobywając tę rolę, a mój ojciec dokładnie wiedział kogo bierze do filmu. Gdyby Byun był zły, nie miałby szans nawet znalezienie pracy w teatrze. Chodziło mi o coś innego – wyjaśnił. – Baek wydawał się być silnym człowiekiem, którego nic nie może zranić ani złamać. Podziwiałem to w nim, początkowo. Później okazało się, że jednak jest słaby. Życie było dla niego zbyt trudne i nie potrafił sobie z nim poradzić. Z momentów, kiedy go podziwiałem, wreszcie przeszedłem na te, kiedy mu współczułem. Ale po dostaniu roli, wydawał się taki uradowany, spełniony. Nie zapomnę tego, jak się cieszył.
– I to był ostatni raz, kiedy takiego go widziałeś?
– Nie – odpowiedział szybko, wracając pamięcią trzydzieści lat wstecz. – Później jeszcze wiele razy się uśmiechał. Chociażby pierwszego dnia po powrocie z planu albo nocy, kiedy uczciliśmy jego mały-wielki sukces, który wprawdzie był wielką, życiową porażką.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Tamten moment mogłem uznać za początek mojego związku z Baekiem. Znaliśmy się już ponad dwa miesiące, a do tego nadarzyła się idealna okazja, by jakoś wreszcie to wszystko zacząć. Pusta plaża, Lucky Devils, trochę wina i noc, która była chyba najlepszą w moim życiu.
– Przespałeś się z nim?
– Tak. Jestem facetem, któremu podobał się wtedy Baek. Był przystojny, miał niezłe ciało, a pod względem swojej osobowości też mnie oczarował. W dodatku sam pchał mi się do łóżka, więc dlaczego miałem nie skorzystać? Poza tym on chyba traktował to za podziękowanie. Mnie pasowała taka forma zapłaty, choć nie oczekiwałem od niego zupełnie niczego.
– Czyli byłeś bezinteresowny? To dziwne, ludzie zazwyczaj chcą czegoś w zamian. Dlaczego inaczej miałoby być z tobą? – zapytał bez zrozumienia Kris, spoglądając z oczekiwaniem na bruneta, który wzruszył jedynie ramionami, nie wiedząc, co dokładnie ma odpowiedzieć.
– Po prostu wierzyłem, że mu pomogę i zależało mi na nim. Byłem młody i głupi, sam nie wiedziałem, w co się pakuję, zaczynając z nim znajomość. Zauroczenie nim zaślepiało mnie. Wtedy to on był dla mnie najważniejszy i chciałem zrobić wszystko, by go uszczęśliwić. Czułem się za niego odpowiedzialny...

*

1970.

Los Angeles budziło się późnym wieczorem, kiedy księżyc zawisał wysoko na granatowym niebie ozdobionym gwiazdami, które Baekhyun uwielbiał obserwować, zwłaszcza te spadające, ginące daleko, gdzie nie sięgał nawet jego wzrok. Pamiętał, jak poprosił jedną o to, by spełniła jego największe marzenie. I w końcu stało się, choć w niewielkim stopniu pomógł swojemu szczęściu. Uważał, że w życiu nic lepszego spotkać go nie mogło, bo wreszcie był tu, w Hollywood, czując gorące, kalifornijskie powietrze, które niemal otulało całe jego ciało i wypełniało płuca. Widział też liście palm falujących na lekkim, ale przyjemnym wietrze, które dumnie ciągnęły wzdłuż szerokiej drogi, wskazując kierunek do malującego się na wzgórzu napisu, będącego znakiem rozpoznawczym dla tego miasta, które naprawdę pokochał. Mimo odmiennej kultury czy klimatu, stało się jego prawdziwym domem i nie chciał go opuszczać. To miejsce okazało się być inne, niezaprzeczalnie wyjątkowe.
Otworzył szerzej oczy, spoglądając przez otwartą na oścież szybę samochodu Chanyeola. Siedział na siedzeniu pasażera, a jego rozprostowana dłoń łapała wiatr, który jednak przemykał przez rozchylone palce. Zgiął je jednak w pięść, odwracając wzrok od rozmazującego się obrazu nigdy nieśpiącego Hollywood. Wydawało mu się, że znajduje się w samym sercu świata, który wraz z otrzymaniem roli, nagle jakby zwolnił, a czas przestał tak szybko biec, bo teraz spełniały się jego marzenia i sny, które odwiedzały go każdej nocy, kiedy żył w Korei.
– Dlaczego się zatrzymałeś? – zapytał, gdy Chanyeol zgasił silnik samochodu. Zmrużył swoje oczy, spoglądając na mężczyznę bez zrozumienia. Obrócił głowę, mierząc wzrokiem neonowy napis całodobowego sklepu tuż przy stacji benzynowej, który niemal raził w oczy przejeżdżających.
– Chciałem coś kupić, zanim wrócimy do domu. Masz na coś ochotę?
Baekhyun pokręcił przecząco głową, uśmiechając się blado, po czym wzrokiem odprowadził Parka pod same drzwi sklepu. Gdy chłopak zniknął, Byun westchnął cicho, otwierając samochód, następie usiadł na masce, usadawiając swoje nogi ozdobione ledwo trzymającymi się, czarnymi trampkami na zderzaku. Zdecydowanie ten dzień, a właściwie cały wieczór mógł uznać za udany. Najpierw informacja, że dostał jedną z głównych ról, o której marzył, a później kilka godzin w Lucky Devils i na plaży, gdzie razem z Chanyeolem pozostali już dopóki słońce nie zaszło. Momentami nie mógł uwierzyć, że to, czego tak bardzo pragnął, właściwie się spełniało. Jego marzenia wreszcie stawały się rzeczywistością, czymś normalnym i całkowicie realnym, co na pozór wydawało się nie do osiągnięcia dla chłopaka z Korei Południowej, który zaczynał od zera. Jednak wystarczyło, że miał pasję, która tkwiła głęboko w duszy i sercu, to dzięki temu się udało, a nic nieznaczący aktor z niewielkiego teatru dostał wielką szansę na wybicie się. I skorzystał z niej.
Sięgnął prawą ręką do kieszeni spodni, skąd wyciągnął paczkę ze szlugami. Zabrał jednego z trzech pozostałych i włożył pomiędzy swoje wargi, po czym zacisnął je mocno, wygrzebując zapalniczkę, którą odpalił papierosa. Sam nie pamiętał, kiedy zaczął palić. Być może przed pierwszym seansem, gdy jego ręce tak bardzo się trzęsły, że z ledwością utrzymywał w nich scenariusz wystawianej sztuki. Ale lubił to swoje małe uzależnienie, czasami go rozluźniało. Gdy czuł ten charakterystyczny nikotynowy dym, który wypełniał płuca, jego serce powoli zwalniało swój szybki rytm i pozwalało mu na ogarnięcie swoich myśli, zupełnie tak jak teraz. Nadal był podekscytowany wiadomością od producenta filmu. Wcześniej liczył się z tym, że może się nie udać, że jego marzenia legną w gruzach wraz z ogłoszeniem wyników kastingu. Ale poszczęściło mu się, przez co choć przez chwilę był najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi, siedząc tu, na masce czerwonego Forda, paląc jednego z kilku ostatnich szlugów jakie mu zostały, którego szarawy dym przysłaniał legendarne wzgórze. Trwał w stanie, który okazywał się być dla niego rajem, który z zewnątrz wydawał się być piękny, natomiast w środku był piekłem, które umiejętnie kryło się przed każdym nieświadomym ryzyka wkraczania w tak okrutny, chciwy i mściwy świat show biznesu.
Odwrócił wzrok od widoku, który rozciągał się na całej szerokości pola jego widzenia i przeniósł go na drogę, przez którą co chwila przejeżdżały samochody i motocykle, wydające z siebie charakterystyczny warkot. Uśmiechnął się z zadowoleniem, wsłuchując się w muzykę dla uszu, po czym przymknął oczy, po raz kolejny pieszcząc swoje usta i płuca nikotyną. W tle przez włączone radio słyszał najnowszy utwór Johna Lennona, który okazał się wielkim hitem, królującym na najnowszych listach przebojów. Czuł tę magię, która niemal otaczała go z każdej strony, zwłaszcza, gdy drzwi sklepu otworzyły się i wyszedł z niego Chanyeol z siatką, którą zaciskał w ręce. Park podszedł bliżej samochodu, wrzucając do niego przez otwarte na oścież drzwi zakupione produkty, po czym wrócił się do chłopaka siedzącego na masce i oparł się obok niego, zakładające ręce na piersi.
– Wszystko w porządku? – zapytał, z uwagą obserwując Baekhyuna, który uchylił wcześniej zamknięte powieki, kiwnąwszy twierdząco głową. – Wyglądasz, jakbyś zaraz miał zamiar odlecieć – zaśmiał się, przez cały czas lustrując minę Baekhyuna, która nie zmieniała się ani na chwilę.
– Można powiedzieć, że dokładnie tak się teraz czuję – odparł całkowicie rozluźniony, po czym uśmiechnął się szeroko, spoglądając na papierosa, którego nadal trzymał pomiędzy palcami i uniósł rękę na wysokość ust Chanyeola. – Chcesz? – zaoferował i nie dostawszy odpowiedzi, dostrzegł jak młodszy chłopak pochylił się i zaciągnął szlugiem. Zwęglony koniuszek rozsypał się na wiele ciemnych drobinek, z czego kilka spadło na spodnie Byuna, natomiast resztę rozwiał wiatr. Chwilę później poczuł charakterystyczny zapach dymu, gdy Park dmuchnął mu nim w usta.
– Aż tak zależało ci na tej roli? – mruknął, uśmiechając się blado, po czym przejechał językiem po swoich zeschniętych wargach. Nie musiał czekać długo, aż Baek kiwnie głową, dając mu jasno do zrozumienia, że właśnie tak jest. – A chcesz poczuć się jeszcze lepiej?
Odpowiedź była oczywista.

*


Pomieszczenie było dosyć ciemne, a oświetlała je jedynie lampka, która co jakiś czas nieustannie mrugała. Ciepły wiatr wpadał przez uchylone okno i falował jasną firanką oraz zasłonami w kwiaty, których Baek nienawidził. Były brzydkie, ale jeśli Chanyeol je lubił, on się nie odzywał. Mogły wisieć przez cały czas, nawet jeśli odstraszały samym wyglądem. Nie pasowały do wystroju wnętrza. Niemniej jednak było idealnie i nic nie mogło zniszczyć tego wieczoru.
Baekhyun zacisnął mocno wargi, opierając swoją głowę o brzeg wysokiego łóżka w pokoju Chanyeola. Uśmiechnął się blado i przymknął oczy, czując, jak powoli traci kontakt z rzeczywistością, a świat dookoła niego wiruje. Mimo tego nie odstawił wina, które prawie sam wypił. Drugie opróżnił Chanyeol, a wciąż pustą, szklaną butelkę trzymał w prawej ręce, na której zaciskał palce. Spoglądał z zadowoleniem na Byuna, który przez moment wyglądał, jakby miał zasnąć.
– Myślisz, że mi się uda? – zapytał Baekhyun, obracając głowę w stronę swojego rozmówcy.
– Nagle wzięły cię wątpliwości? – zakpił, unosząc prawą brew ku górze, przez co Baek zaśmiał się wesoło, rozbawiony jego miną. – Myślałem, że jesteś zbyt pewny tego, że mimo wszystko ci się uda. Gdzie podział się ten chłopak, który tak zawzięcie opowiadał o swojej pasji? – prychnął, odkładając butelkę na ziemię, tuż obok siebie, ponieważ zaczęła mu zawadzać. – Nie poznaję cię.
– Zamknij się, Yeol – warknął, jednak nadal pozostawał w dobrym humorze. Uśmiechnął się szeroko, wsuwając palce jednej ręki pomiędzy jasne kosmyki włosów, których kilka pasm spadło na jego czoło i oczy. – Po prostu myślę, że miałem wielkie szczęście, bo udało mi się, ale nie ma takiej pewności, że będzie tak dalej i chyba właśnie to mnie przeraża. Jestem tylko człowiekiem – wyjaśnił. – Ale i tak dam z siebie wszystko i ludzie zobaczą, że swoje marzenia, nawet te najtrudniejsze da się spełnić. Bez względu na wszystko.
– I ty będziesz tego dowodem.
Byun pokiwał energicznie głową.
– Właśnie i to jest najlepsze. Wierzę w to, że ten film odmieni moje życie. Właśnie po to przyjechałem do Hollywood. To miasto było moją nadzieją i właściwie nadal nią jest, dopóki nie wzbiję się tak wysoko, by być ikoną tego miasta.
– Nie mierzysz zbyt wysoko?
– Nie, bo wierzę w to, co mówię. Ta droga, którą cały czas dążę, prowadzi mnie wprost do serca mojej kariery. Czekam tylko na moment, aż będę mógł bez obaw powiedzieć, że moja praca nie poszła na marne, że w życiu zrobiłem coś wartościowego, co pozwalało mi na odrobinę szczęścia. I myślę, że jestem blisko.
– Jesteś pierwszą osobą, która tak otwarcie rozmawia ze mną o swoich celach i marzeniach.
– Po prostu jestem wyjątkowy, Yeollie. Przyzwyczaj się do tego – zaśmiał się, zmieniając pozycję tak, by siedzieć naprzeciwko niego. Swoje ciemne tęczówki nakierował wprost na oczy towarzysza, które przez moment miał zmrużone. – A jeśli mowa o otwartości i szczerości względem siebie... mogę ci coś powiedzieć?
– Jasne.
– Przyjechałem do Hollywood wyłącznie w jednym celu – zdobyć to miasto. Ale myślę, że po jakimś czasie znalazłem kolejny.
– Jaki?
– Ty jesteś nim, Channie – wyjawił, spuszczając na moment wzrok. – I nie mówię tego tylko dlatego, że być może jestem pijany. Ja to czuję i mam dość trzymania tego w sobie – ciągnął dalej, rumieniąc się nieznacznie, jednak Park nie był w stanie tego dostrzec przez słabe oświetlenie. – I mam cholerną ochotę na to, żeby cię pocałować.
– Więc zrób to.
Byun otworzył szerzej oczy, przez chwilę zastanawiając się, czy się nie przesłyszał, jednak kiedy duże ręce Chanyeola owinęły się wokół jego pasa i przyciągnęły bliżej, wiedział, że wszystko, co wcześniej zanotował, jest niczym innym, jak prawdą. Chwilę później ciepłe, wilgotne, smakujące winem usta złączyły się z tymi jego, wprawiając pełne wargi w ruch. Długie palce wbiły się w jego biodra, zaraz po tym, jak niespodziewanie wsunęły się za koszulkę, która i tak po jakimś czasie zniknęła z ciała Baekhyuna.
– Nie wierzę, że to robimy – sapnął cicho blondyn pomiędzy kolejnymi pocałunkami, które wydawały się nie mieć końca. Mimo to łaknął ich coraz bardziej, chciał smakować Chanyeola jak tylko długo się da, póki tylko miał okazję.
– Mam przestać?
– Nie – zaprzeczył szybko, owijając ręce wokół jego szyi. – Pieprz mnie, Yeol. Niczego więcej nie chcę.

*
2000.

– To jedyny taki wieczór, jaki ze sobą spędziliście? – zapytał jakby bardziej zainteresowany tematem, po czym zmrużył lekko swoje oczy, zastanawiając się nad kolejnym pytaniem. – Właściwie skąd wiedziałeś, że Baekhyun był gejem?
– Kiedy z nim mieszkałem, to dało się zauważyć, zwłaszcza, że sam gustowałem w tej samej płci, jak i przeciwnej. On był w podobnej sytuacji, był biseksualny – wyjaśnił powoli, czekając aż Kris zanotuje. – I to nie był jedyny wieczór, ale jeden z niewielu. Baekhyun po otrzymaniu roli nie miał w ogóle czasu dla mnie. Okazało się, że skupiał się jedynie na scenariuszu, ja poszedłem w odstawkę i mimo że cholernie byłem przez to na niego zły, to go rozumiałem.
– Żałujesz?
– Czego?
– Tego, że tak cię zbywał. Jest wiele gwiazd, które z łatwością łączą życie zawodowe i prywatne, a on nie potrafił.
– Szczerze? – zapytał, a gdy w odpowiedzi dostał potaknięcie głową, zaśmiał się krótko, odwracając wzrok od rozmówcy. – Nie. Gdybym spędzał z nim wtedy więcej czasu, bardziej bym się do niego przywiązał i prawdopodobnie świadomość jego straty była by o wiele bardziej bolesna – stwierdził szybko, dla wzmocnienia swoich słów kilkukrotnie kiwnąwszy głową. – Wiesz, gdy zostałem wezwany na zidentyfikowanie jego zwłok, myślałem, że sobie nie poradzę. Widząc jego poturbowane, zniszczone ciało, uświadamiałem sobie, że to kiedyś był mój Baek, ten, który tak pięknie uśmiechał się, gdy tylko wspomniało się o jego pasji. Gdybym go naprawdę kochał, prawdopodobnie jeszcze tego dnia skończyłbym ze sobą.
– Z tego co mówisz, śmierć zbliżała się wielkimi krokami.
– Tak. Właściwie pierwszym był przyjazd do Hollywood, drugim wstąpienie w kadrę aktorów filmu mojego ojca – oznajmił, przymykając oczy. – Później było już z górki, ten chód zamienił się w bieg i nikt nie potrafił zatrzymać tego, co miało nastąpić. Można powiedzieć, że często spotykałem się z przyczyną jego śmierci, kiedy chodziłem na plan filmowy. Baekhyun często mnie na niego zapraszał, co było dla mnie średnio wygodne, ale jeździłem tylko po to, by dotrzymać mu towarzystwa. Nie chciałem, żeby był z tym wszystkim sam.
– Pamiętasz jakieś sceny z tego filmu?
– Jakby przez mgłę. Gdy już siedziałem na planie, obserwowałem tylko Byuna, a gdy oglądałem ten film, starałem się nie skupiać na tym, jak Baekhyun przez niego cierpi. I tak nigdy nie widziałem go do samego końca. Baek wyłączył nagranie w połowie i je zniszczył. Sam później nie chciałem wracać do tych wspomnień, bo jednak były trochę bolesne, ale niektóre sceny nadal przewijają mi się przez pamięć.
– Jakie?
– Przykładowo moment z czytaniem listu, czy zabójstwem innej postaci, w którą wcielał się Jaydan. Może nie były jakieś wyjątkowo ciekawe, ale zapadły mi w pamięć, podobnie jak scena z pocałunkiem Baekhyuna z Blair. Byłem na niego wściekły.

*
1970.
– Baekhyun, włóż w to trochę życia – zarządził reżyser, rzucając scenariuszem o niewielki stolik, przy którym siedział, po czym nabrał więcej powietrza do płuc, powstrzymując się przed kolejnym wybuchnięciem. – Do tej pory świetnie ci szło, co się do cholery z tobą stało?
Byun westchnął cicho, zaciskając usta w wąską linię, po czym przepraszającym wzrokiem spojrzał na wściekłego reżysera, który wyglądał, jakby zaraz chciał go udusić. – Przepraszam – powiedział zawstydzony, po chwili spoglądając na Chanyeola, który siedział na krześle kilka metrów dalej. Czuł na sobie jego intensywny wzrok, który tylko utrudniał.
– Powtórzymy to jeszcze raz, ale ostatni. Skup się i nie spieprz tego – warknął, obdarzając aktora ostrzegawczym spojrzeniem, po czym rozsiadł się wygodniej na krześle, które było przypisane wyłącznie dla niego. Podniósł wcześniej rzucony scenariusz, którego kilka kartek się pomięło przez zbyt mocne uderzenie. – Tylko pocałunek, resztę już mamy – dodał po chwili. - Balir, wytrzymaj jeszcze trochę.
– Tak to jest, jak do filmów zatrudnia się amatorów – stwierdził kpiąco Campbell, który nagle znikąd pojawił się tuż obok reżysera. Chanyeol zacisnął dłonie w pięści, starając się powstrzymać od jakiejkolwiek mniej miłej odpowiedzi. Nie chciał wszczynać awantur na planie, co prawdopodobnie jeszcze bardziej zestresowałoby Baekhyuna. – Wiedziałem, że tak będzie.
– Jaydan? Co ty tutaj robisz? – wrzasnął mężczyzna, obracając się przodem do chłopaka. – Powinieneś być w garderobie i przygotowywać się do kolejnej sceny.
– Znając Byuna, mam jeszcze dużo czasu.
Baekhyun spojrzał na niego, jednak nie odezwał się ani słowem. To oczywiste, że wszystko słyszał i raniły go negatywne uwagi od bardziej doświadczonych aktorów. Był zbyt wrażliwy na krytykę, zwłaszcza taką. Nie mógł słuchać, jak ktoś wprost oznajmiał mu, że jest beznadziejny, że nie nadaje się do tego, co kocha właściwie całym sobą. Wiedział, że do osiągnięcia tego szczytu, który już na samym początku sobie zarzucił jest jeszcze długa i kręta droga, ale i on musiał jakoś zacząć, poza tym już fakt, że był tu, w Hollywood, na planie filmu jednego z lepszych producentów filmowych, coś znaczył. I dlatego starał się ignorować te docinki, które jednak stawały się coraz bardziej uciążliwe.
– Campbell, czasami do ciebie i reszty siły nie mam – westchnął reżyser, marszcząc groźnie czoło. – Na chwilę was się spuści z oczu i już wszyscy łazicie po całym planie, jakbyście nie mogli zostać w jednym miejscu. Jak dzieci, głupie, denerwujące bachory, których nienawidzę – dodał z jadem w głosie, powracając do śledzenia dwójki aktorów stojących naprzeciwko i kilka stażystów przewijających się w tle. Każdy był wykończony, zwłaszcza przez upał, który tego dnia im towarzyszył. Wiatraki dużo nie dawały, zwłaszcza, gdy stoi się w samym słońcu, które z minuty na minutę świeciło coraz bardziej. – Ale nieważne. Gotowi? – zapytał. W odpowiedzi dostał dwa niepewne kiwnięcia głową. – Akcja.
Chanyeol starał się nie zaciskać tak mocno warg ze zdenerwowania, kiedy pełne usta Blair łączyły się z tymi Baekhyuna. Wmawiał sobie, że to tylko film, choć coraz bardziej żałował, że jakkolwiek pomógł Byunowi, a mógł siedzieć cicho i nie robić zupełnie nic.


*


2000.


– Czyli byłeś zazdrosny o głupie pocałunki na planie? – prychnął Kris z rozbawieniem. – Skoro Baekhyunowi nie wychodziły, to znaczyło, że nie był z nich zadowolony.
– Teraz to wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą Park, uśmiechając się lekko na samo wspomnienie. – Ale gdy we wszystkim sam bierzesz udział, nie jesteś w stanie dostrzec niektórych rzeczy czy sytuacji. Dopiero z perspektywy czasu jest to możliwe i przekonałem się o tym na własnej skórze. Byłem młody, trochę narwany i chyba za bardzo chciałem mieć Baekhyuna dla siebie, zupełnie na wyłączność. Myślę, że przez chwilę chciałem go całkowicie ograniczyć, sprawić, żeby widział tylko mnie, dlatego też byłem zazdrosny o każdą głupią, błahą rzecz. On to zauważył, dlatego w końcu przestał mnie zapraszać na plan.
– Sam sobie zaszkodziłeś.
– Tak – zaśmiał się smutno. – Przez to na chwilę się od siebie oddaliliśmy. Baekhyun niemal zamieszkał na planie, a ja całkowicie zająłem się pracowaniem. I w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że żyjemy za szybko, za szybko mówimy i za szybko jemy obiad w osobnych pokojach. Za szybko mijamy się w drzwiach rankiem. I wtedy chciałem się zatrzymać, ale nie wiedziałem jak... Przymusem wróciłem do trybu życia sprzed poznania Baekhyuna. Przez ten okres, kiedy kręcony był film, prawie cały czas się mijaliśmy, prawie w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy, ona miał swoje życie, a ja swoje. Nie było czasu na przyjemności.
– Czyli wtedy Baekhyun zaczął pokazywać swój prawdziwy charakterek? Bo jak dotąd niesamowicie pozytywny i wesoły.
– Można tak powiedzieć – stwierdził, złączając swoje dłonie, po czym splótł palce. – Nigdy wcześniej nie kłóciłem się z Baekhyunem. Nie było ku temu powodów, raczej pozostawaliśmy w dobrej relacji i całkowicie mi to odpowiadało. Baek wtedy mnie oczarował sobą, zacząłem go podziwiać i właściwie nie widziałem żadnej innej osoby poza nim. Bardzo go lubiłem i szanowałem. Zazdrościłem mu tego zapału i zamiłowania do swojej pasji. Ale wtedy znałem tę pozytywną stronę Baekhyuna. Ta negatywna chowała się w cieniu i czekała na dobry moment, by wyjść. Jego charakter był trudny, później, gdy już go znałem, Baek jednego dnia był wesoły i radosny, a drugiego nie odzywał się do mnie, bo najprawdopodobniej był na mnie obrażony. Nie wiem dlaczego tak się działo, być może przez stres związany z filmem? Zakończenie zdjęć zbliżało się wielkimi krokami, co wiązało się ze zdenerwowaniem. Mój ojciec też był wtedy trochę rozdrażniony, nie dało się z nim rozmawiać, dlatego całkowicie go unikałem. Wszyscy wyczekiwali na premierę filmu, ale też się jej bali. Choć pozostało jeszcze trochę czasu do końca.
– Aktorzy wyczekiwali tej premiery w przeciwieństwie do niektórych widzów.
– Tak, zainteresowanie filmem nie było aż tak duże jak przy innych produkcjach mojego ojca. Nie mówiono o nim zbyt wiele, dlatego trzeba było znaleźć środek, by to zainteresowanie gwałtownie wzrosło.
– Twój ojciec go znalazł.
– Tak. I to właściwie przez niego po praz pierwszy pokłóciłem się z Baekhyunem. Byłem na niego zły, bo przyjął ofertę, a raczej rozkaz.
– Co dokładnie nim było?
– Miał umawiać się z Blair, co nie pasowało całej trójce, czyli Byunowi, Willson i Jaydanowi, który był jej dobrym przyjacielem, czy może kimś więcej. Oczywiście ja tego nie mogłem wiedzieć, nikt nie wtajemniczył mnie w ten plan, a Baekhyun nie miał kiedy mi o tym powiedzieć. Wychodził do studia, kiedy ja jeszcze spałem, a ja wracałem z pracy, kiedy jeszcze go nie było. Ciągle był zajęty, a o tym, że się z nią spotyka, dowiedziałem się z gazety.
– Długo się umawiali?
– Niezbyt. To był chyba pierwszy artykuł o nich, więc dowiedziałem się na początku tej całej afery. Ale to właściwie było wygodne dla mojego ojca. Film miał się stać bardziej popularny, a i zniknęły pogłoski, że to ja załatwiłem Baekhyunowi rolę. – Chanyeol nawilżył językiem zeschnięte wargi i wbił wzrok w Krisa. – Szkoda tylko, że w paru kwestiach ten cały jego plan zawiódł.
Kris skinął głową, całkowicie się z nim zgadzając.
– I Baekyun nie tłumaczył się z tego?
– Tłumaczył, znałem mojego ojca, więc mu uwierzyłem, choć nie byłem zadowolony. Ale kłótnie nie ustały, często się o to sprzeczaliśmy.

*

1970.

Zacisnął mocno wargi, uderzając palcami o blat stołu w kuchni. Jego wzrok skierowany był na uchylone okno, przez które wpadały hałasy z ulicy, mieszające się z grającym radiem położonym wysoko na szafce. Jego powieki momentami opadały ze zmęczenia, jednak równie szybko je podnosił, nie pozwalając na zaśnięcie. Nie liczył godzin od powrotu. Minęło ich zbyt wiele, nie miał siły, by śledzić na zegarze każdy ruch wskazówek z tych wielu sekund i minut, które coraz bardziej się dłużyły. Kiedy wyszedł z pracy, miał nadzieję zastać Baekhyuna w domu. Mieli wyjść razem do Lucky Devils, ewentualnie posiedzieć trochę na plaży. Przecież to sobie obiecali, ale najwyraźniej jeden z nich o tym zapomniał.
Powoli przestawał się łudzić. I tak już się zawiódł, nie chciał jeszcze większego rozczarowania. Wystarczyło to, że już teraz siedział samotnie ze świadomością, że Baekhyun najwyraźniej w świecie go wystawił. Pierwszy raz zawsze bolał najbardziej, a Park nie był przyzwyczajony, choć można było rzec, że i tak był bardziej wytrzymały od Baekhyuna. Mniej odporny na cierpienie. Mimo to ten letni smutek dopadł i jego.
Otworzył szerzej oczy dopiero, gdy usłyszał trzask drzwi wejściowych. Tak jak myślał, chwilę później do kuchni wszedł Baekhyun z szerokim uśmiechem na twarzy. Od razu spojrzał bez zrozumienia na Chanyeola, który jedynie zacisnął wargi w wąską linię, nie ruszając się z miejsca ani na chwilę. Zastanawiał się, czy mówienie czegokolwiek miało sens. Przez to znów najprawdopodobniej nie będą się do siebie odzywać przez kilka kolejnych dni, staną się dla siebie zupełnie obcy.
– A tobie co się stało? - zapytał Baekhyun, opierając się o ścianę. Spoglądał niepewnie na Chanyeola, bojąc się, że zaraz ten zdenerwuje się jeszcze bardziej. Doskonale wiedział, że coś leży mu na sercu, dlatego też chciał się dowiedzieć co. – Myślałem, że ucieszysz się, jak wrócę.
Chanyeol prychnął, kręcąc z rozbawieniem głową.
– Ucieszyłbym się, gdybyś był wcześniej, tak jak obiecywałeś.
– Channie, ja... – zamilknął na chwilę, spuszczając wzrok. – Ja nie mogę pamiętać o wszystkim. Przepraszam – mruknął, podchodząc bliżej, po czym kucnął tuż przy nogach swojego chłopaka. Podniósł głowę do góry tak, by mieć doskonałą widoczność na jego twarz. – Bardzo się gniewasz? – zapytał, a w odpowiedzi dostał śmiałe kiwnięcie głową. - To nie było zamierzone. Następnym razem wywiążę się z obietnicy.
– Jeśli będzie ten kolejny raz.
– O czym ty mówisz?
– Nie widzisz, że oddalamy się od siebie przez ten pieprzony film?! – krzyknął, zrzucając ze swoich kolan ręce Baekhyuna, po czym wstał, oddalając się kilka metrów od niego. – Przez ten film całkowicie ci odbiło. Ten dom stał się dla ciebie hotelem i jestem zdziwiony, że znajdujesz jeszcze czas, by przychodzić tu spać. Kiedy ostatnio dłużej rozmawialiśmy? Miesiąc temu, gdy odwoziłem cię na plan? – warknął, przymykając oczy. – Głupia aktorka staje się ważniejsza ode mnie, bo dzięki niej film zdobędzie większy rozgłos... Wolisz chodzić z nią po mieście, niż wrócić wcześniej. Specjalnie dla ciebie zwolniłem się wcześniej z pracy i co? Ciebie nie było.
– Dobrze wiesz, że wybór nie należał do mnie – odburknął, wstając z podłogi.
– To nieprawda, Baek – zarzucił, wbijając chłodne spojrzenie w ciało blondyna. – Gdybyś był dobrym aktorem, poradziłbyś sobie bez tego. Tylko ci podrzędni potrzebują pomocy. – Dopiero z ostatnim wypowiedzianym słowem zdał sobie sprawę z tego, jak wielkie znaczenie miała ta wypowiedź, jak wiele mogła ona zmienić. Zbyt późno zacisnął usta. – Baekhyun...
Chłopak spojrzał na niego smutno, po czym pokiwał głową, starając się powstrzymać łzy. – Rozumiem – szepnął, wychodząc z pomieszczenia.


*

2000.

– Baek chyba za bardzo przyjął to sobie do serca.
– Przecież miałeś rację.
– Nie wiem, chyba nie – zaprzeczył. – Przecież Baekhyun był świetnym aktorem. Wiele razy to udowodnił, po prostu ja byłem za bardzo zdenerwowany. Powiedziałem to, nie kontrolując się i żałowałem tego. Może nie od razu, ale później. To przyniosło jakieś skutki.
– Po tym długo się do ciebie nie odzywał?
– Nie, co było dosyć dziwne, bo normalnie unikałby mnie jak ognia, albo byłby dla mnie nieznośny. Kilka razy wcześniej też się kłóciliśmy, więc znałem jego zachowanie. Wtedy mnie zaskoczył, kiedy na drugi dzień udało mi się go przeprosić. Przyjął przeprosiny niemal od razu i nawet poprosił reżysera o dzień wolny, tylko dlatego, bo chciałem wziąć go na randkę.
– I bez problemu się zgodził?
– Problemy były, ale udało się. A ja byłem zadowolony, bo wreszcie mogłem spędzić z nim choć trochę czasu, którego niewątpliwie mi brakowało. Zabrałem go wtedy do drive cinema. Grali wtedy Hello, Dolly. I szczerze powiedziawszy z tego filmu nie zapamiętałem zbyt wiele.



*


1970.

Gwiazdy wisiały wysoko na niebie, a ciepłe powietrze wpadało przez otwartą szybę. Wśród ciemności był widoczny duży ekran, w którego stronę skierowane były wszystkie zgromadzone auta na wielkim placu, w tym i ich. W tamtym momencie samochodowe fotele stawały się kinowymi siedzeniami, a otwarta przestrzeń salą. Nie brakowało niczego, nawet popcornu, który spoczywał dokładnie pośrodku, ułożony tak, by się nie rozsypał tuż obok dwóch splecionych ze sobą dłoni. Długie palce mocno zaciskały się na tych nieco mniejszych, smukłych i zadbanych. Zupełnie jakby Chanyeol trzymał dłoń dziewczyny tak delikatnej i subtelnej, ale on nie chciał nikogo na miejsce Baekhyuna. Wydawało mu się, że właśnie ten czas jest wyjątkowy, bo właśnie ten chłopak jest przy jego boku i nie ma zamiaru odchodzić, myślał, że tak pozostanie i faktycznie tak było, aż do czasu premiery filmu.
Obrócił głowę w stronę Baekhyuna, który z zaciekawieniem chłonął akcję filmu. Lubił ten widok, był tak bardzo codzienny, jednak nadal wyjątkowy i nigdy mu się nie nudził. Czuł się naprawdę dobrze, obserwując te duże, podkreślone oczy eyelinerem, które czasem zapominały nawet o mrugnięciu.
– Oddychaj – zaśmiał się, nie odrywając wzroku od Byuna. – Jak tak dalej pójdzie, będę musiał znaleźć inne miejsce na naszą kolejną randkę – stwierdził, z rozbawieniem przyglądając się, jak Baekhyun spogląda niepewnie w jego stronę z delikatnym uśmiechem.
– Przepraszam – powiedział nieco zawstydzony, po czym wzmocnił uścisk dłoni. – Po prostu już tak mam, więc chyba tak, zabieranie mnie na randkę do kina, nie jest najlepszym pomysłem – ciągnął dalej, uśmiechając się blado. Ten uśmiech tak bardzo do niego pasował. – Następnym razem po prostu pójdźmy do Lucky Devils. Albo na plażę.
– Bywasz tam codziennie.
– Wcale nie – oburzył się, wydymając lekko policzki, co wywołało salwę śmiechu u Chanyeola. – Kręcenie kilku scen na plaży się nie liczy, poza tym znów przenieśliśmy się do studia. Trwają ostatnie poprawki, więc już nie ma co liczyć na kolejne spędzanie czasu nad wodą. Choć łączenie pracy z przyjemnością było fajne – mruknął, po czym spojrzał na duży ekran ustawiony kilkanaście metrów dalej. – Choć na kolejną randkę też możesz mnie tu zabrać, tyle że film, który będziemy oglądali, będzie tym, w którym zagram.
– Myślę, że już większość scen znam na pamięć.
Baekhyun zachichotał, kiwając ze zrozumieniem głową.
– Przyzwyczajaj się.
– Czyli mam rozumieć, że już szykujesz się do kolejnej produkcji?
– Dokładnie tak. Dopiero się rozglądam, ale chciałbym w czymś jeszcze wystąpić. Nie chcę skończyć na jednym filmie, nie wystarczy mi te pięć minut. Chcę grać do samego końca mojego życia, chcę być dumny z tego, że jestem aktorem. Nie wiem, czy mnie zrozumiesz, ale to dla mnie naprawdę ważne – powiedział, po czym zerknął kątem oka w bok. – Być może cenię się zbyt wysoko, ale nikt nie zabroni mi marzyć, a te marzenia w mojej głowie są idealne i chcę, by stały się rzeczywistością.
– Nie, Baek – przerwał mu Chanyeol, przykładając tę wolną rękę do jego nieco zarumienionego policzka. – Mówisz prawdę, tylko może poczekaj z tym spełnianiem reszty marzeń, aż zakończy się premiera tego filmu? Choć przez chwilę odetchnij i odpocznij.
– Mówisz to tylko dlatego, bo chcesz spędzić więcej czasu ze mną, tak?
– Być może – odburknął, zbliżając się do twarzy blondyna. – Nie wiń mnie, po prostu tęsknie za tobą. Oddalamy się od siebie, a właśnie tego zawsze chciałem uniknąć. Zróbmy coś, żeby było lepiej, naprawmy tę relację, żebyśmy później niczego nie żałowali.
Bakehyun spuścił na chwilę głowę w dół, nadal czując stanowczy, acz delikatny dotyk młodszego chłopaka na swojej rozgrzanej skórze. Sam nie wiedział dlaczego tak bardzo mu gorąco, czy przez ciepłe powietrze, czy może przez bliskość Parka i sytuację, która stawała się coraz bardziej intymna, przynajmniej dla niego. Jego serce biło mocno, a ręce nieco drżały, ale nie dał tego po sobie poznać. Nadal nie był przyzwyczajony do takiej relacji, mimo że od ich pierwszego zbliżenia minęło już wiele czasu. Miał wrażenie, że każdy pocałunek z Chanyeolem jest tym pierwszym, który należy zapamiętać.
– Yeollie? - mruknął, unosząc głowę. – Kochasz mnie, prawda? – Chwilę później słyszał, jak chłopak potakuje. – I będziesz mnie kochał zawsze, tak? – I tym razem otrzymał pozytywną odpowiedź. – I wiesz, że ja nigdy nie dam ci ode mnie odejść?
– Tak, zdążyłem zauważyć – powiedział, powoli całując lekko rozchylone wargi Baekhyuna. – Ty ode mnie też nie odejdziesz, mam rację?
Nie usłyszał nic, bo usta Baekhyuna naparły na jego, niespiesznie je całując. Sam nie wiedział, czy może zaliczyć to jako odpowiedź, ale chciał wierzyć, że tak właśnie jest, bo przy nim czuł się wyjątkowo, nawet jeśli ta chwila miała trwać tylko przez moment. Ale pocałunki Byuna były wieczne, tak samo jak jego dotyk i ciche pomruki, które świetnie zastępowały słowa. Dopiero, gdy oderwali się od siebie, Park spojrzał w głębokie, ciemne oczy, które przypominały mu kolor czarnej kawy i uśmiechnął się zdyszany, ostatni raz przelotnie muskając tak bardzo bliskie mu wargi.
– Nigdzie nie mam zamiaru uciekać – odparł po chwili ciszy, po czym ponownie zatopił się w pocałunku.





4.


1970.

– Szukasz czegoś? – Usłyszał melodyjny głos tuż za sobą. Zacisnął mocno palce na materiale brązowego płaszcza, który musiał na siebie założyć mimo panującego gorąca. Sam nie wiedział, czy cokolwiek ma odpowiadać, czy może lepiej będzie, jak wyjdzie. Wiedział, że Blair jest na niego zła, a najprawdopodobniej ciągnięcie z nią rozmowy, będzie początkiem kłótni. A przecież obiecał sobie, że na planie odsunie od siebie wszystkie te negatywne myśli i pozostanie czysty, a towarzyszyć mu będzie jedynie pasja.
– Uhh, tak – mruknął po chwili zastanowienia, obracając się przodem do dziewczyny. Jak zwykle wyglądała ślicznie- ucharakteryzowana do kolejnej sceny, jednak nadal pozostawało w niej coś oryginalnego, naturalnego. – Mój scenariusz nagle zniknął, a nie pamiętam kilku linijek tekstu – jęknął niezadowolony, odkładając wierzchnie nakrycie na krzesło stojące tuż obok.
– Pożyczyć ci swój? – zapytała, natomiast Baekhyun kiwnął głową z ulgą. – W takim razie zaraz ci przyniosę. – Mimo swoich słów nie wyszła z garderoby, a weszła głębiej, siadając na wcześniej wspomnianym krześle, zerkając w stronę ustawionego naprzeciw lustra. – Czekałam wczoraj na ciebie – powiedziała z żalem, zaciskając w zdenerwowaniu usta w wąską linię. – Powiedziałeś, że przyjdziesz. Cztery, pieprzone godziny, Baekhyun – warknęła, posyłając mu pełne wściekłości spojrzenie. – Dobra, rozumiem, że masz swoje życie, że ja jestem w nim zbędna, bo naprawdę tak jest, ale mogłeś powiedzieć... Ten czas poświęciłabym czemuś innemu, nie siedzeniu na dworze z tą paskudną myślą, że mnie olałeś.
– Przepraszam, Blair – odrzekł od razu. – Nie zrobiłem tego celowo.
– Ach tak? – zakpiła. – Czyli teraz mi powiesz, że przypadkiem zapomniałeś?
– Nie wiem – powiedział, kładąc ręce na oparciu krzesła, na którym siedziała Willson. –  Nie miałem czasu na myślenie o całym tym planie producenta. Chyba zaczyna mnie męczyć. Nie zrozum mnie źle, lubię cię, ale wciskanie ludziom kłamstw nie jest tym, czego oczekiwałem.
– A co ty myślałeś, Baekyun? To show biznes, nie koncert życzeń. Najwyraźniej jeszcze tego nie zauważyłeś, ale tu nie ma miejsca na takie zachowanie. Jeśli chcesz być tym, którego będą kochać miliony, musisz się dostosować innym. I przede wszystkim spełniać ich polecenia. Nie wiem jak ty, ale ja to wszystko biorę na poważnie. Po tym filmie chcę mieć zagwarantowaną świetną przyszłość, ale ograniczasz mnie, olewając.
– Ostatnio zauważyłem, że często zawodzę ludzi.
– Postaraj się, żebyś nie zawiódł samego siebie – fuknęła, zeskakując z krzesła, po czym po raz ostatni obrzuciła chłodnym wzrokiem Byuna. – Wtedy konsekwencje mogą być nieodwracalne.  

*


2000.

–  Podczas trwania zdjęć, Baekhyun na coś narzekał?
– Z początku nie – odpowiedział całkowicie przygotowany na takowe pytanie. – Nie mówił mi często o swoich problemach. To znaczy... wiele razy wspominał, że się obawia końca kręcenia filmu czy jego późniejszej kariery, ale z innymi kryzysami, które pojawiały się w jego życiu, starał się jakoś sobie poradzić sam. Nie lubił zawracać mi głowy. Dopiero, gdy zauważyłem, że chodzi strasznie przewrażliwiony i niemal jest zdolny do tego, żeby zabić samym wzrokiem, siłą wymusiłem, o co chodzi. I powiedział mi, ale niechętnie.
– O co chodziło?
– O drobne wypadki na planie. Niby nic strasznego, bo zaginiony kostium czy scenariusz nie zwiastuje końca świata. – Zaśmiał się, spoglądając na dziennikarza, który mu zawtórował. – Ogólnie te wypadki wydawały mi się niesamowicie dziecinne i żałosne, dopóki nie przybrały na sile. Bo właściwie scenariusz Baek sam mógł zgubić, a kostium wziąć asystentki, by go przeprasować. Dlatego powiedziałem mu wtedy, żeby się nie przejmował i całkowicie skupił na tym, czego od niego oczekują. I myślę, że naprawdę chciał to zrobić, ale się nie udało.
– Dlaczego?
– Bo było coraz gorzej, ale nie na tyle źle, by się obawiać. Często byłem świadkiem tego, jak Baekhyun odbierał nieprzerwanie dzwoniący telefon, a w odpowiedzi dostawał jedynie ciszę. Wiele było takich głuchych telefonów, dlatego w końcu go odłączyliśmy. Włączyłem go ponownie na kilka dni przed śmiercią Baekhyuna.
– Dowiedzieliście się, kto go nękał?
– Nigdy nie byliśmy pewni stuprocentowo, ale podejrzewaliśmy Jaydana. On i tak zbyt wiele namieszał w życiu Byuna. Wiele razy zdarzyło mu się wszcząć z nim kłótnię o grę aktorską, sam kasting, a nawet Blair. To było widać, że był o nią zazdrosny. W końcu i tak się zeszli, ale i tak szybko się rozstali. Willson w przeciwieństwie do Campbella miała serce i potrafiła zrozumieć innych, choć sama do świętych nie należała. Różnili się od siebie. Poza tym, wszystko, co było związane z tym filmem, było nieźle popaprane.
Kris skinął głową, notując.
– Przejdźmy teraz do tej bardziej medialnej części życia – zasugerował Kris, po czym spojrzał z uwagą na kilka drobno już zapisanych kartek, które przed publikacją wymagały częściowej obróbki i lekkiej korekty, jak i zaakceptowania. – Po waszej randce w Drive Cinema zostało niewiele czasu do premiery wyczekiwanego filmu – stwierdził, natomiast Chanyeol pokiwał twierdząco głową. – Plan twojego ojca jakoś pomógł w rozreklamowaniu produkcji?
– Można powiedzieć, że tak – mruknął brunet, przypominając sobie artykuły wielu gazet, które informowały o romansie wschodzących gwiazdek. – Zainteresowanie filmem wzrosło, ale również i życiem aktorów, co już nie było tak korzystne, jak na początku zakładano. Być może inni na tym skorzystali, niestety nie Baekhyun. Na miesiąc przed premierą filmu było dobrze, Baek był pełny zapału i nadziei. Wiedziałem, że naprawdę był zadowolony ze swojej pracy i nie żałował tego czasu spędzonego na planie.
– Z tego co słyszałem, film dosyć szybko nakręcono.
– Tak, ale tylko dlatego, że reżyser bardzo się pospieszył i właściwie przetrzymywał aktorów w studiu przez długie godziny, więc całość była gotowa pod koniec 1970 roku. Myślałem, że zejdzie ich do połowy 1971, ale udało się wcześniej. Być może przez ten pośpiech nie wyszło.
Kris zanotował w umyśle wypowiedź Chanyeola, po czym kiwnął głową, gdy zapisał ostatnie zdanie. Po chwili rozprostował palce, czując jak zaczynają boleć od ściskania pióra. Był zmęczony, ale wiedział, że do końca wywiadu nie zostało wiele. Kończył się, tak samo jak życie Baekhyuna. Wu znał ogólną historię, wiele razy spotkał się z krótkimi opisami w starych gazetach, jednak wszędzie była tylko jego śmierć, natomiast o reszcie nie wiedział, dlatego nawet jeśli wcześniej był sceptycznie nastawiony do tego wywiadu, to teraz nie żałował, że podjął ten temat. Historia niespełnionej gwiazdy Hollywood zdała się być naprawdę ciekawa i wyjątkowa.
– Jak Baekhyun zachowywał się tuż przed premierą?
– Denerwował się, nawet bardzo. Gdy pytałem go o coś, odpowiadał krótkimi słówkami, a na dłuższą rozmowę nawet nie można było liczyć. Nie odzywał się prawie w ogóle, też raczej nigdzie nie wychodził. Siedział najczęściej w salonie i przeglądał scenariusze sztuk, w których grał. Był spokojny, może domyślał się swojej życiowej porażki? To było dziwne, bo byłem przekonany, że będzie podekscytowany, tak jak było podczas kręcenia scen.
– A jak było podczas samej premiery?
– Pamiętam, że strasznie się trząsł. Miał problemy z samym założeniem muszki, dlatego dużo mu wtedy pomogłem. Tego dnia miał zobaczyć siebie na wielkim ekranie. Dla każdego innego początkującego aktora to legendarna chwila. Dla Baekhyuna stała się najgorszym koszmarem.
– Tak, słyszałem o tym niejednokrotnie. Posypało się wiele negatywnych opinii. Nawet podczas seansu.
– Nikt nie mówił tego wprost i na tyle głośno, żeby Baekhyun usłyszał, ale sam wiedział, że ten film to porażka. Gdy oglądał go po raz pierwszy, wtedy w kinie, wyszedł z sali prawie na samym początku. Powiedział mi później, że podczas kręcenia filmu czy czytania scenariusza wszystko wydawało się lepsze. Dopiero po obejrzeniu paru scen, zrozumiał, że to był zły start, bo prawdopodobnie gdyby nadal grał tylko w teatrze, byłby szczęśliwy, przynajmniej tak bardzo by się nie zawiódł.
– Czyli tamten dzień był powodem podjęcia jego kolejnych decyzji?
– Być może, ale było jeszcze wiele innych czynników. Kiedy wszystkie tak nagle się skumulowały, Baek po prostu pękł, nie wytrzymał. Tak samo, jak dostał kopię filmu. Kasetę zniszczył, nigdy nawet nie obejrzał tej produkcji do końca, ja również nie miałem okazji. W jednym momencie wszystkie jego marzenia i nadzieje legły w gruzach, zniknęły... i myślę, że nie wróciły już nigdy więcej. Mimo to i tak zostały niezapomniane, nieświadomie dążył do tego, by je spełnić. Nie planował tego, wyszło niespodziewanie, ale on tego wiedzieć już nie mógł.
– Myślisz, że jakby jeszcze chwilę poczekał, cokolwiek by się zmieniło?
– Chyba tak, choć gdyby nadal żył, nie wiem, czy nadal ludzie interesowaliby się jego twórczością, tym, czym była dla niego pasja.
– Rozumiem – stwierdził po chwili milczenia, po czym wstał od stołu, odkładając długopis na biurku tuż obok notatnika, który w tamtym momencie był dla niego najcenniejszym przedmiotem. – Myślę, że przyda nam się chwila przerwy. Chyba, że nadal ciągnąć tę serię pytań i skończyć wywiad wcześniej?
– Nie, przerwa to dobry pomysł – przyznał, po czym odsunął się od mebla, przy którym siedział, rozprostowując kości. – Wrócę za dziesięć minut – poinformował po momencie, następnie pokierował się do drzwi prowadzących z kolei na długi spowity bielą i brązem, jasno oświetlony korytarz. Podszedł do windy znajdującej się naprzeciwko, po czym wszedł do środka. Był zmęczony, a świetny humor, który trzymał się od ranka, wraz z rozpoczęciem wywiadu nagle wyparował. Sam nie wiedział dlaczego się na to zgodził, przecież po śmierci Baekhyuna obiecał sobie, że zapomni o tych wszystkich wydarzeniach i nigdy już do nich nie wróci. Podjęta decyzja była spontaniczna, zdecydował się na nią na poczekaniu, gdy dostał telefon od Krisa. Poza tym sam do końca nie wiedział, na co się zgadza. Na początku żałował, ale później zdał sobie sprawę z tego, że jednak opowiadanie tego wszystkiego nie jest takie okropne, jak na początku myślał. Wyrzucenie z siebie tych wszystkich informacji było wygodne, bo tak nagle poczuł się lżejszy, bez tego brzmienia, które przez wiele lat mu towarzyszyło.
Gdy wyszedł z windy, od razu skierował się w stronę oszklonego wyjścia na zewnątrz, zza którego dostrzegalna była ulica. Mimo wieczornej pory widział wiele samochodów przez nią przejeżdżających podobnie jak przechodniów przechadzających się po chodnikach. Tęsknił za tym miastem, w końcu rozstał się z nim przeszło dwadzieścia pięć lat temu. Po śmierci ojca, gdy przejął cały majątek po nim pozostawiony, spakował walizki i kupił bilet do Nowego Jorku, gdzie osiedlił się na stałe. Tam rozpoczął nowe życie. Znalazł dobre mieszkanie właściwie w centrum i wraz z upływającymi latami otworzył własną działalność. Początkowo myślał, że własne wydawnictwo może nie wypalić, ale od zawsze był w jakiś sposób związany z książkami i gazetami, dlatego mimo wszystko nie poddał się i wreszcie, po paru wzlotach i upadkach wyszedł na prostą, a sama korporacja okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie żałował, że rozpoczął nowy etap w swoim życiu, że wreszcie odnalazł swoje szczęście, na które tak bardzo zasługiwał. W końcu udało się, ustatkował się, znalazł żonę, zerwał z przykrymi wydarzeniami, które w jakiś sposób dawały o sobie znać. Na początku myślał, że nigdy od nich nie ucieknie, ale i z biegiem lat zaczął zapominać. Okazało się, że czas potrafił uleczyć rany. A ten dzień był idealnym na całkowite zerwanie z tamtą historią.
Usiadł na ławce, która stała pusta przed dość nowocześnie wyglądającym budynkiem, po czym zamknął oczy, wsuwając dłonie do kieszeni spodni od garnituru. Uśmiechnął się, czując pod palcami powierzchnię zmiętej kartki oraz zaraz obok niej zapalniczki, którą zawsze przy sobie miał, podobnie jak paczkę fajek, z którymi chciał się wreszcie rozstać. To przez Baekhyuna zaczął palić i szczerze powiedziawszy nienawidził tego uzależnienia. Wiedział, że to go zabija, dlatego nie chciał więcej doprowadzać do przedwczesnej śmierci. Ale mimo to zapach papierosów kojarzył mu się z młodością, czasami, gdy miał dwadzieścia lat i mieszkał w Hollywood, kiedy myślał, że jest szczęśliwy, bo ma przy sobie Baekhyuna, który w końcu od niego odszedł. Czuł się po części winny, dlatego właśnie chciał zapomnieć. Starał się i był już temu bliski.
Kiedy swoje oczy miał mocno zamknięte, wydawało mu się, że czas wcale nie ruszył do przodu, że nadal jest lato 70 roku. To właśnie wtedy poznał Byuna. I sam tak do końca nie wiedział, czy to najgorsza rzecz, jaka mogła mu się przytrafić, czy wręcz przeciwnie. Gubił się, być może przez to, że Bakhyun potrafił go omotać wokół palca przez kilka miesięcy, jakie się znali...


*


1970.

– Jak się czujesz? – zapytał Chanyeol, starając się jakkolwiek wesprzeć na duchu swojego chłopaka, który niemal trząsł się ze strachu. Nie poznawał go, nawet przed występami w teatrze nie był tak speszony i wystraszony. To niebywałe, jak bardzo zmienił się przez zaledwie kilka dni. – Jesteś strasznie blady.
– Nie wiem, Yeol – przyznał po chwili, spoglądając na niego niepewnie. – Jednocześnie mam ochotę skakać z radości i zamknąć się gdzieś, żeby nie mieć dostępu do kina. Ten wieczór może odmienić wszystko. Na lepsze lub gorsze, tego nie jestem pewien i właśnie to mnie przeraża – westchnął, zaciskając usta w wąską linię. Uśmiechnął się słabo, wyglądając niesamowicie blado i krucho równocześnie. Denerwował się, widział tych wszystkich ludzi, którzy przyszli na premierę. Każda para oczu skierowana była w jego stronę. Czuł się skrępowany, trochę przestraszony, ale mimo to drzemało w nim małe ziarenko szczęścia. Nie mogło się jednak ujawnić przez złe przeczucie, które niemal go atakowało, nie dając o sobie zapomnieć ani na moment.
– Myślę, że zaraz się przekonasz.
– Nie wiem, czy chcę.
– I co, teraz, gdy spełniły się twoje marzenia, ty chcesz stchórzyć?
– Nie rozumiesz mnie, Chan – westchnął, zaciskając palce na podłokietnikach kinowego siedzenia, w którym siedział. – To, co teraz się dzieje, nie dotyczy ciebie, więc to proste, że te obawy czy dziwne przeczucia cię nie dopadają. Ale choć przez chwilę postaw się na moim miejscu i pomyśl, że za kilka chwil albo wygram życie, albo całkowicie je stracę.
– To tylko film, Baekkie. Mówisz o tym jakbyś zaraz miał umrzeć.
Byun otworzył na chwilę usta, by odpowiedzieć, jednak powstrzymał się, całkowicie milknąc. Swój wzrok przeniósł na Blair siedzącą po jego drugiej stronie, która również wyglądała na spiętą i być może po części przestraszoną. Mimo to próbowała to ukryć pod subtelnym, ale nieszczerym uśmiechem, który jednak pasował do niej. Niedługo później kątem oka zerknęła na swojego sąsiada, który nie oderwał od niej spojrzenia.
– Spokojnie – poprosiła, przechylając lekko głowę w bok. Jednak jej słowa nie dały zbyt wielki efekt. – Pomyśl, że za jakiś czas wyjdziesz stąd zadowolony. Niedługo później dostaniesz mnóstwo ofert do zagrania w wielu innych filmach. Bądź dobrej myśli.
– Chyba nie potrafię.
– Dlaczego?
– Przeczucie.
– Nie sugeruj się nim – poradziła, gniotąc w rękach czarną torebkę, którą dopasowała do sukienki przeznaczonej właśnie na ten wieczór. – Często jest mylne i właśnie tak może być i w tym przypadku, a ty niepotrzebnie się martwisz. Wcześniej przecież wyczekiwałeś tego dnia i nie mogłeś się go doczekać – zaśmiała się, wykrzywiając usta w pełnym uśmiechu.
– Ale ja mam podobne przeczucia – stwierdził Jaydan, nachylając się nad szatynką, która westchnęła jedynie, krzywiąc się. – Baekhyun ma prawo tak myśleć, bo prawdopodobnie to on wszystko spieprzył w tym filmie. Chyba teraz sam się boję go oglądać, a jeżeli już zacznę, będzie mi niedobrze przez cały czas. Tak to jest, jak margines społeczny bierze się za cokolwiek – dodał złośliwie, natomiast siedząca obok Blair odepchnęła go ręką tak, by usiadł prosto i nie zakłócał jej przestrzeni.
– Choć dzisiaj mógłbyś się przymknąć, Jay – powiedziała oburzona jego zachowaniem. – To ważny moment dla całej naszej trójki, nie tylko dla Baekhyuna, więc pomyśl dwa razy, zanim cokolwiek powiesz. Swoją drogą to kino, miejsce publiczne i będzie źle, jak ktokolwiek usłyszy twoje oskarżenia względem Baekhyuna. Chyba nie chcesz zniszczyć reputacji sobie i tej produkcji – dodała po chwili, po czym na nowo spojrzała na Baekhyuna, który w tamtej chwili siedział w bezruchu, momentami zerkając na Chanyeola. Uśmiechnęła się delikatnie, po czym zacisnęła mocno pomalowane na czerwono usta, gdy światło zgasło, przygotowując widzów do seansu.
Sala była pełna, jednak wraz z pojawieniem się ciemności, wszystkie rozmowy nagle ucichły. Baekhyun natomiast spiął się jeszcze bardziej. Miał ochotę zamknąć oczy, zatkać uszy i poczekać do końca seansu, aż ktoś podejdzie do niego i powie „Hej, stary. Postarałeś się, dobra robota”. Wtedy bez stresu mógłby wiele razy obejrzeć ten sam film i być naprawdę dumnym z tego, że w nim zagrał, szczerze cieszyć się ze swojej pracy i mieć to poczucie zadowolenia, którego ostatnio mu brakowało. Sam nie wiedział dokładnie, co się stało, że zmienił nastawienie do swojej pracy. Wcześniej przecież był przekonany, że podbije Hollywood, że ludzie go pokochają wraz z zobaczeniem go na wielkim ekranie. To były jego słowa sprzed kilku miesięcy. Teraz natomiast nie był pewny niczego. Stres wreszcie się ujawnił, a on zaczynał wariować, obawiać się coraz bardziej. I w końcu zrozumiał, że jego obawy były słuszne, każda jego wcześniejsza myśl się spełniała. Dlatego nie wytrzymał. Zaciskając mocno dłonie w pięści, wstał z fotela i nie zważając na zdziwione miny innych ludzi, wyszedł z sali. Wystarczyło kilka scen, by zrozumiał, że ta pasja tak naprawdę siedziała tylko w jego głowie, a nigdy nie była jego duszą.


*


Niebo jakby nagle stało się smutniejsze, gwiazdy przestały być widoczne, a wiatr wzmógł na sile, rozszarpując jasne włosy Baekhyuna. Siedział na niewielkim balkonie oparty o ścianę kamienicy, w której mieszkał, zupełnie ignorując wszystko, co go otaczało. Czuł się martwy, nawet jeżeli nadal żył. Potwornie pusty, bez żadnych ambicji na kolejne tygodnie. Zniknęły marzenia, nadzieje i sny, pozostawiając po sobie wielką pustkę, która z każdą minutą poszerzała się coraz bardziej, a najgorsze było to, że on nie potrafił tego zatrzymać, dlatego cierpiał coraz bardziej. Bał się kolejnych dni, tak samo jak ludzi, którzy nie zawahali się go zranić. Wiedział, że z każdym dniem będzie coraz gorzej i nie widział dla siebie żadnego ratunku. Zawiódł wszystkich, którzy na niego liczyli i przede wszystkim siebie. Przecież wyjechał z Korei z własnej woli i właśnie tu, w Hollywood widział dla siebie miejsce, ale przez ostatni czas zrozumiał, że i nawet tutaj nie pasował. Nie chciał wracać do Korei, za bardzo wstydził się spojrzeć w oczy rodzicom. Oni w niego nie wierzyli i najwyraźniej mieli rację. Po prostu to on mierzył zbyt wysoko, miał zbyt wielkie ambicje. Nie zaliczał się do grona szczęśliwców, którym się udało. On już przegrał, przynajmniej dokładnie tak się czuł. Zupełnie nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. W końcu został bez niczego, miał wrażenie, że nawet jego dusza zniknęła, pozostawiając jedynie cielesną powłokę, coś tak bardzo nietrwałego i bezwartościowego.
To zabawne. Z nadejściem jednego dnia, pożegnał się ze wszystkim, natomiast marzył przez całe życie. Okazało się, że zmarnował ten czas. Jeszcze kilka miesięcy temu, stojąc w tym samym miejscu, kiedy pił sok pomarańczowy razem z Chanyeolem, mówił mu, jak wielkie są jego nadzieje, jak dużo chce zrobić, by w końcu się wybić. I próbował, ale najwyraźniej sława nie była mu pisana, przynajmniej ta, która stawiałaby go w pozytywnym świetle. Przecież pragnął być kochanym i uwielbianym przez miliony, a w tym prawdziwym, okrutnym świecie spotkał się z całkowitym przeciwieństwem. Zaczynał żałować, że tak bardzo nastawił się na sukces, bo uświadomienie sobie, że przegrał, zdało się być jeszcze bardziej okrutne, niż ktokolwiek przypuszczał. Nie chciał cierpieć, miał wrażenie, że to dopiero początek jego męki i naprawdę się bał. Niepotrzebnie ryzykował, ponieważ musiał zapłacić za to najwyższą cenę.
– Baekhyun. – Usłyszał nad sobą. Momentalnie zacisnął palce na szklanej butelce do połowy wypełnioną whiskey, natomiast papierosa, którego trzymał w drugiej dłoni, przysunął do ust z zamiarem zaciągnięcia się nim. – Powinieneś wejść do środka, jest późno – zasugerował Chanyeol, spoglądając na niego ze smutkiem wymalowanym na twarzy.
– Zostanę – odburknął, przenosząc swój wzrok na szluga, z którego końca uciekał szarawy dym. – Tutaj lepiej mi się myśli – dodał po chwili, uśmiechając się lekko. Ten uśmiech był odpowiedzią na ten wielki żal, który nadal go zabijał. – Yeollie – mruknął, unosząc głowę do góry. Zaobserwował, jak chłopak siada obok niego, cały czas uważnie się mu przysłuchując. – Naprawdę jestem aż tak beznadziejny? – zapytał, tak naprawdę będąc przygotowanym na każdy rodzaj odpowiedzi, a nie chciał słuchać kłamstw, ponieważ one nie potrafiły mu pomóc.
– O czym ty mówisz? Jesteś najlepszy.
– Choć teraz mógłbyś być ze mną szczery.
– I taki jestem.
– Nie wydaje mi się – warknął, po raz ostatni zaciągając się fajką. Niedopaloną końcówkę przygniótł do podłoża, gasząc ją, po czym wyrzucił za barierkę. – Wiesz, przypomniała mi się jedna z naszych rozmów – przyznał, obracając głowę tak, by spojrzeć wprost na Parka. – Ta, podczas której powiedziałeś mi, że tylko podrzędni aktorzy potrzebują pomocy. I chyba miałeś rację. Ja myślałem, że wiem co robię, że granie jest tą rzeczą, która zapewni mi szczęście, z czym będę się wszystkim kojarzył, za co inni mnie pokochają. I nie wierzę, że potrzebowałem tak słabego filmu, żeby się o tym przekonać – prychnął. – Najgorsze było chyba to, że nie spodziewałem się tego. Podczas kręcenia uważałem, że ta produkcja będzie świetna, że ludziom się spodoba. Z tamtej perspektywy wszystko wyglądało lepiej... Przecież wszyscy się staraliśmy.
– To tylko film, Baekkie – odpowiedział mu Chanyeol, po czym spojrzał na butelkę whiskey, którą Byun przyłożył do swoich ust, by skosztować trochę trunku. – Zagrasz w jeszcze wielu, więc nie myśl o tym, jakby był ostatnim. To, że jeden nie wyszedł, nie znaczy, że z resztą będzie podobnie. Musisz tylko na nowo uwierzyć w siebie i być tym samym Baekhyunem sprzed kilku miesięcy, bo przez ostatni czas nie widzę tego optymizmu, który kiedyś cię rozpierał.
– Nie – zaprzeczył szybko, przymykając oczy. – Nie będzie innych produkcji, zrozum. Po tym chłamie nikt nie przyjmie mnie do swojego filmu. Spieprzyłem.
– Przesadzasz. Czasami mam ochotę cię za to udusić.
Baekhyun zaśmiał się, otwierając oczy. Oparł głowę o ścianę budynku przy którym siedział, po czym spojrzał na niebo całkowicie pozbawione blasku. – Dziękuję, że starasz się mnie pocieszyć, ale nie rób już tego więcej, to nie pomaga.
– Ale nie mogę patrzeć na ciebie tak smutnego – przyznał, po czym objął Byuna ramieniem, przytulając się do niego. – Pamiętam twoje pierwsze dni tutaj. Kalifornia wtedy była dla ciebie rajem, czymś niesamowitym, pamiętam też, jak uczyłeś się tutaj żyć, jak zabierałem cię do Lucky Devils, gdzie jedliśmy hamburgery. Pamiętam również nasze przejażdżki w upalne dni i pierwszy seans w teatrze, na który mnie zaprosiłeś. Wierzyłem wtedy, że osiągniesz w swoim życiu wiele, że spełnisz wszystko, co naznaczyłeś sobie jako cel. Twoja determinacja mnie zadziwiała. Byłeś inny, zaciekawiłeś mnie i właśnie to w tobie pokochałem. Ceniłem w tobie tę siłę, której ci zazdrościłem i teraz nie mogę uwierzyć, że poddajesz się po usłyszeniu kilku negatywnych opinii.
– To nie tak – powiedział Baekhyun, starając się powstrzymać łzy, które gromadziły się pod jego powiekami. – Może i dzisiaj było ich kilka, ale jutro... Boję się jutrzejszych gazet. Jaydan miał rację, kiedy mówił, że tylko zepsuję ten film. Krytycy będą mieli dużo zabawy, mieszając mnie z błotem.
– Za bardzo przejmujesz się opinią innych.
– Taki już jestem i nic na to nie poradzę – przyznał, kładąc głowę na ramieniu Chanyeola. – Jak czuje się twój ojciec? Rozmawiałeś z nim?
– Nie, ale domyślam się, że jest w podobnym stanie, co ty,
– To było do przewidzenia. – Poczuł, jak kilka łez spływa po jego policzkach. – Spieprzyłem życie nie tylko sobie, ale i innym. Jestem do dupy.
– I znów przesadzasz.
– Wcale nie – krzyknął, gwałtownie odkładając na bok butelkę z alkoholem. – Mam dość twojego pieprzenia, Chanyeol. Wiem, że kłamiesz, dlatego denerwujesz mnie jeszcze bardziej. Daj sobie spokój, bo już żadne słowa nie poprawią sytuacji, w której się znajduję. Potrzebuję czasu, albo cudu – dodał po chwili, po czym wstał. – Wątpię, żeby kiedykolwiek się poprawiło. Jestem skończony, czy ci się to podoba czy nie. – I wyszedł, zostawiając Parka samego.






5.

2000.

– Premiera filmu była początkiem problemów, tak? – zaczął Kris, gdy oboje zasiedli w swoich fotelach po krótkiej przerwie, która przydała się im obu. – W końcu ten jeden tydzień był bardziej burzliwy niż jego całe życie.
– Racja, gdyby były tego inne okoliczności, prawdopodobnie by się cieszył, ale ten rozgłos nie był dobry, zwłaszcza, że ciągnął go na samo dno – stwierdził po chwili, uśmiechając się smutno. – Widziałem, jak dzień po dniu umiera, a najgorsze było to, że nawet jeśli się starałem, nie potrafiłem mu pomóc. Okazywało się, że byłem zupełnie bezsilny, bo nie mogłem zabronić mu niczego. Mógł robić, co chciał – dodał podpierając się łokciami o boczne oparcia fotela. – Mimo wszystko był silny, nie sięgał po narkotyki, tylko dużo palił. Zdarzało się, że widziałem go z papierosem, a pięć minut później z kolejnym. Myślę, że próbował zapomnieć o problemach, jakoś je zatuszować, ale niespecjalnie mu to wychodziło.
– I po ujawnieniu waszego związku było jeszcze gorzej?
Chanyeol kiwnął głową.
– Tak. Nie planowaliśmy tego, właściwie i tak było dużo szumu z fatalnym filmem, a kolejne problemy były nam zbędne. To znaczy... mnie to było obojętne. Ja się tym tak bardzo nie przejmowałem i naprawdę miałem gdzieś to, co napiszą o mnie gazety. Mój ojciec wiedział o mojej orientacji, więc nie miałem się przed kim ukrywać. Poza tym niewiele osób mnie kojarzyło, nie byłem nikim sławnym – poinformował, spoglądając na gazetę, którą ze sobą przyniósł. Aktualnie leżała na biurku, pomiędzy nim a Krisem. – Ale inaczej było z Baekhyunem.
– Ponieważ źle znosił krytykę?
– Po części – zgodził się. – Mimo wszystko tych plotek, recenzji, oskarżeń i pogłosek namnożyło się zbyt wiele. Ludzie nie wiedzieli w co mają wierzyć. A Baekhyun cierpiał. Bał się każdego kolejnego dnia, a ja nie pomagałem, wręcz mu zaszkodziłem, ale nie chciałem tego – dodał od razu, broniąc się. Kris spojrzał na niego, uważnie analizując jego słowa. – Kiedy z Baekiem było coraz gorzej, postanowiłem zrobić cokolwiek, żeby się rozluźnił, nie myślał o przykrych sprawach. Siedział cały czas w domu i nie robił nic, zamykał się w pokoju i ukrywał się chyba przede mną. Przed resztą świata również – westchnął ze zmęczeniem, przymykając oczy. – Nie chciał się nikomu pokazywać, próbował uciec. Może nie dosłownie, ale w przenośni. Chciał oderwać się od tego realnego świata i zginąć pośród marzeń, które się nie spełniły.
– Jak mu zaszkodziłeś? – zapytał.
– Wziąłem go na głupi piknik – prychnął – który zmienił w jego życiu dwie rzeczy. O pierwszej miałem się przekonać dopiero za kilka dni, druga stała się dla mnie jasna dzień później – wyjaśnił, zaciskając swoje długie palce w pięści. – Niby ten dzień był przyjemny dla nas obu. Siedzieliśmy właściwie kilkaset metrów od jego ulubionego miejsca, którym był napis na wzgórzu, piliśmy wiśniową Coca Colę i jedliśmy hamburgery. Było świetnie, miałem wrażenie, że na chwilę Baek staje się szczęśliwy, że jest tak jak przed premierą filmu. Ale następnego dnia pojawiło się wiele nieprzyjemnych komentarzy względem Baekhyuna. Nie wątpię, że chcieli mu zaszkodzić, zarówno dziennikarze, jak i całkowicie przypadkowi ludzie, którym Byun nie przypadł do gustu. Bo w końcu to były lata 70, mało osób akceptowało związki homoseksualne, a jeżeli chodziło o jakąkolwiek znaną osobistość, to nie wchodziło w grę. A ja nawet nie myślałem, że następnego ranka jego życie zmieni się w jeszcze gorsze piekło.
– Nie widziałem tych artykułów, choć starałem się znaleźć jakikolwiek egzemplarz – przyznał mężczyzna z niezadowoleniem, ponieważ jego wszelkie podjęte starania poszły na marne. – Co w nich było napisane?
– Że Baekhyun jest beztalenciem, że zepsuł film, a pojawił się w nim tylko ze względu na wpływowego syna producenta – zakpił, przypominając sobie dosyć dotkliwe teksty, które nie chciały usunąć się z jego umysłu. – Albo, że jest pieprzonym pedałem i że nie ma prawa dalej funkcjonować tutaj, w Hollywood. To nie było napisane wprost, ale pomiędzy linijkami dało się to wyczytać. Pojawiło się też wtedy dużo nowych artykułów z opisami i recenzjami filmu, w którym grał. Żadna nie była pozytywna.
– Czyli nikt nie był w stanie dostrzec tego talentu Baekhyuna, o którym wspominałeś?
– Poza mną? – Zastanowił się przez moment. – Była jeszcze jedna osoba, ale Byun nie mógł o niej wiedzieć, ponieważ ujawniła się zbyt późno, zaraz po jego śmierci – wyjawił, obserwując Krisa, którego wzrok był wbity w notatnik. – I było mi naprawdę szkoda Baekhyuna. Tęskniłem za jego uśmiechem, za tymi wszystkimi słowami, którymi codziennie mnie obdarzał, jak powtarzał, że spełni te swoje marzenia za wszelką cenę. Jego życie kręciło się właśnie wokół nich. Bez nich traciło sens, to one je napędzały.
–  I więcej ich nie powtórzył?
–  Zrobił to raz. Wtedy miałem okazję po raz ostatni ich słuchać.


*

1970.

Trzymanie w swoich ramionach Baekhyuna, Chanyeol mógł uznać za coś niezaprzeczanie wyjątkowego. Gdy to drobne ciało wtulało się w niego, czuł się dobrze, przekonywał się, że ma wielkie szczęście, mając go przy sobie. Dlatego lubił, gdy Byun był tuż obok niego, a on sam mógł gładzić swoją dużą ręką jego jasne, gładkie włosy, które opadały na jego czoło. Takie niedzielne przedpołudnie byłoby idealne, gdyby nie to, że jeden z nich wcale nie chciał tam być. Pragnął zniknąć, tym razem zostać zapomnianym. Czuł się źle w blasku fleszy, gdy wszyscy mieli o nim jedno zdanie. Zastanawiał się tylko, co zrobił nie tak. Przecież starał się, robił wszystko, by ludzie go pokochali. Chciał pokazać im swoją pasję, ale nie udało się. Jego starania poszły na marne, a on sam się załamał. Depresja dopadła go tuż po zakończeniu premiery. Nie potrafił pogodzić się z porażką, która okazała się być jeszcze gorsza niż we wszystkich koszmarach. Dlatego nie cieszyło go nic, ani słońce, które wpadało przed duże okna w salonie, ani jego ulubiony film, który leciał we włączonym telewizorze już od kilkudziesięciu minut, ani Chanyeol leżący tuż obok niego. Każdy dzień był dla niego smutny, nawet ten najbardziej słoneczny i upalny.
Przestał liczyć dni, które minęły od momentu jego porażki. Uznał, że to i tak nic nie zmieni, a wszelkie próby jakiegokolwiek ponownego wzbicia się na szczyt ponownie zawiodą. Nie miał sił zupełnie na nic. Czuł się pusty, nikomu niepotrzebny. Zaczął nawet uważać, że przeszkadza Chanyeolowi. W końcu... on i tak nie nadawał się już do niczego.
– Baekhyun. – Usłszał tuż przy uchu, ale mimo wszystko się nie poruszył, nie oderwał wzroku od momentami siejącego telewizora. – Jak długo będziesz się jeszcze tak zamartwiał? – W odpowiedzi dostał jedynie nieśmiałe wzruszenie ramionami, przez co westchnął ciężko. – Mógłbym coś dla ciebie zrobić?
Cisza przerywana odgłosami filmu była nie do zniesienia dla Parka.
– Zapomnieć – odezwał się wreszcie po dłuższej chwili milczenia.
– O czym? – zapytał, zupełnie nie rozumiejąc.
– O moich problemach, Chan. Ty nie masz powodu się o mnie martwić, czy nimi przejmować. Nie chcę, żeby później to wszystko odbiło się na tobie. Wystarczy, że ja na tym wszystkim ucierpiałem – przyznał, po czym powoli wyplątał się z uścisku Chanyeola, niechętnie siadając zaraz obok. Swój wzrok nakierował na gazety leżące na półce stojącej przy kanapie, które wcześniej czytał. Miał ochotę je zniszczyć i udawać, że nigdy nie było tego tematu, że on nadal nie jest sławny i dąży do spełnienia swoich marzeń. Wtedy był naprawdę szczęśliwy, ponieważ miał nadzieję, teraz nie miał nic.  
Chanyeol również wstał.
– Czyli uważasz, że jesteś całkowicie skończony? – zapytał, natomiast Baekhyun kiwnął głową. – W takim razie musisz gdzieś ze mną pójść.
– Nie, Yeollie. Nigdzie się stąd nie ruszam.
– Ale nalegam – odparł stanowczo, chwytając obie dłonie Byuna w swoje. – Wrócimy do popołudnia. Po prostu chciałem ci coś pokazać. Nie będziesz żałował, obiecuję.
Baekhyun spojrzał na niego z wątpliwością, jednak zgodził się, choć w środku uważał, że i tak już nic go nie uratuje, ponieważ stracił swoją duszę.

*

Niedziele zawsze były przesiąknięte spokojem i ciepłem, które było normalne dla kalifornijskiego klimatu. Chanyeol lubił wychodzić popołudniami i szczerze powiedziawszy było mu obojętne gdzie. Ten nawyk zyskał dzięki ojcu, który zwykł go zabierać w ten wolny od jakiejkolwiek pracy czas w miejsce, jakie tylko Chan sobie zażyczył. Najczęściej była to plaża Malibu położona dosyć blisko ich rodzinnego domu, ewentualnie Lucky Devils, gdzie bywali częściej. Dlatego niedziele uważał za dzień wyjątkowy, który zawsze poświęcał mu jego ojciec. Nieraz wspominał ich wspólne wypady, które szczególnie utkwiły w jego pamięci. I wcale nie chciał przerywać tej tradycji, która kojarzyła się mu ze szczęściem, więc żałował, gdy to wszystko ustało, że dorósł. Czasami miał wrażenie, że nieodwracalnie oderwał się od czasów świetności, a naprawdę chciał do nich wrócić. I sam nie wiedział, czy wyciągnął Baekhyuna z domu dla własnej korzyści, czy dlatego, że naprawdę chciał mu pomóc. Być może połączył te dwie rzeczy.
Spojrzał na Baekhyuna siedzącego tuż przy nim. Był oparty o dość wysokie drzewo dające duży cień, który obejmował zarówno ich, jak i rozłożony koc. Obok niego stała otworzona puszka z wiśniową Coca Colą, jednak już tak ciepła, że nie miał ochoty jej pić. Jego wzrok był wbity w jedno miejsce, najwyraźniej dokładnie obserwował wysokie, malujące się na pobliskim wzgórzu litery. Z tej odległości i perspektywy pokazywały swój ogrom, to, jak potężne są dla zwykłego człowieka, który jedynie je obserwuje. I Baekhyun miał wrażenie, że przy nich się gubi, ale w gruncie rzeczy wcale mu to nie przeszkadzało.
– Co się tam dzieje? – zapytał, dostrzegając grupę ludzi pracujących przy znaku.
– Jakieś naprawy, słyszałem, że mają go odświeżyć – odparł Chanyeol, wzruszając ramionami, jakby cała sprawa całkowicie go nie obchodziła. I tak właściwie było. – Czujesz się choć trochę lepiej?
– Nie wiem – powiedział, spuszczając wzrok na swoje dłonie położone na udach. – To wyjście może i coś zadziałało, bo wreszcie przestałem się ukrywać w tym mieszkaniu, ale nadal czuję zawód do siebie, Chanyeol. Tego już chyba nigdy się nie pozbędę, zbyt duże to miało znaczenie w moim życiu. I z tego powodu nie da się mnie pocieszyć. Doceniam to, naprawdę, ale jest zbyt późno na jakąkolwiek pomoc.
– I co zamierzasz zrobić?
– Ze swoim życiem? - dopytał, a Chanyeol skinął głową. – Nie jestem pewien. Przyszłość pokaże, ale w swoim czasie – stwierdził, przyciągając nogi do siebie, po czym oplótł je ramionami. – Być może jeszcze kiedyś uda mi się wzbić na szczyt lub całkowicie polegnę i załamię się. Tego nikt nie wie. Tak samo było z premierą. Na początku myślałem, że się uda, byłem w sumie o tym przekonany, a wyszło zupełnie inaczej niż oczekiwałem ja i reszta świata. To trochę niesprawiedliwe, nie uważasz? – prychnął, z rozbawieniem kręcąc głową.
 – Tak, ale najgorsze już za tobą, Baek.
Chłopak spojrzał na niego spod przymrużonych powiek.
– Tak sądzisz?
– Jasne – zapewnił, po czym przysunął się bliżej Byuna, który odwrócił głowę w jego stronę. – Przez ostatnie dni byłeś naprawdę dzielny. Mimo tak okropnego zawodu, poradziłeś sobie i nie popadłeś w jeszcze gorszą depresję. Nie wiem, Baekhyun, ja nie znam się na pocieszani, ani na niczym, co znowu przywróciłoby ci to pełne szczęście, ale już sytuacja się nie powtórzy. Te pierwsze dni zawsze są najgorsze, wtedy serce pęka na wiele kawałków i myśli się, że nie można już nic odbudować. I widziałem, że w twoim przypadku tak naprawdę jest. Ale pomyśl, że całe życie przed tobą. Masz dwadzieścia dwa lata, zdążysz jeszcze wiele zrobić. Ostatnie miesiące, to był tylko start w Hollywood. I nie waż się myśleć inaczej.
 – Masz rację, Chan. Beznadziejnie pocieszasz. Właściwie swoim gadaniem jeszcze bardziej dołujesz – zaśmiał się, z rozbawieniem kręcąc głową. – Mówisz to, co ludzie chcą usłyszeć, a nie to, co jest prawdą. I gdy wierzy się w takie coś, zawód później jest jeszcze bardziej bolesny – mruknął chwilę później i spojrzał na puszkę Coca Coli, którą i tak wziął do ręki. – Ale powiedzmy, że ci wierzę, ten jeden raz. Możesz mówić dalej i nazmyślać trochę. Już chyba nic nie mi nie zaszkodzi.
– Uhh, więc wkrótce ktoś zaproponuje ci rolę, do filmu, który będzie zapowiadał się na wielki hit. Zagrasz w nim główną rolę i właśnie to będzie kluczem do twojej kariery, tej, której wszyscy będą ci zazdrościli. Niedługo potem zdobędziesz Oskara za najlepszego aktora roku. Postaramy się o dom nad samą plażą w Malibu, który będzie naszym rajskim kątem. I już nigdy się stamtąd nie ruszymy, nawet jak przeminie trzydzieści lat. Nadal będziemy razem. I wiesz co? Hollywood nadal będzie twoje. Będziesz dumą Kalifornii.
Baekhyun zaśmiał się melodyjnie, jednak w jego oczach nadal krył się smutek.
– Chciałbym, Yeoll. Szkoda, że to tak bardzo nierealne.
– A przypomnij mi, co powiedziałeś pierwszego dnia, kiedy się poznaliśmy.
– Hollywood jest piękne? – zapytał, a Park pokręcił głową. – Że chcę być aktorem? – tym razem jego towarzysz przytaknął. – Najlepszym. Zagram w wielu filmach i ludzie będą mnie kochać.
– Powiedziałeś wtedy coś jeszcze.
– Wiem, pamiętam – odpowiedział, smutniejąc. Uśmiechnął się blado, łapiąc dłoń Chanyeola w swoją, z którą splótł palce. Czuł ciepło bijące od niego. – Hollywood nigdy o mnie nie zapomni – obiecał, kierując wzrok na napis malujący się przed nimi.


*

2000.

– Tamtego dnia Baekhyun mówił cała prawdę, a ja ponownie uznałem to za nic innego, jak kłamstwa. To znaczy... to nie brzmiało zbyt groźnie, jak słowa zwiastujące jego śmierć – dodał po momencie. Sam się sobie dziwił, że pamięta tak wiele z okresu, gdy miał dwadzieścia lat i niewielkie ambicje na swoje dalsze życie, ponieważ żył tylko i wyłącznie chwilą. – Właściwie zawsze wcześniej powtarzał te słowa. Często mówił, że Hollywood będzie go pamiętać, dlatego puściłem tę uwagę mimo uszu.
– Tym razem nie żartował.
– Niestety.
– Swój plan dosyć szybko wcielił w życie? – zapytał, zdając sobie sprawę, że coraz szybciej docierają do nieuniknionego końca, który był tragiczny dla Baekhyuna. – Bo z tego, co wiem, kończyło się jego życie. Kilka dni później jakaś kobieta miała znaleźć jego ciało.
– Zrobił to jeszcze tego samego dnia, ale wieczorem. Był wtedy strasznie spokojny. Nawet weselszy, przynajmniej tak mi się wydawało. Nie mogłem dostrzec tego, że tak naprawdę cierpiał i maskował to pod uśmiechem, który dla mnie był prawdziwy. Myślałem, że poprawiłem mu samopoczucie, że przestanie się tak bardzo smucić... Nie sądziłem, że tym samym odprowadzę go pod sam grób – prychnął z żalem, który nadal odczuwał. Wiedział, że po części jest winny śmierci swojego chłopaka. Żałował, że już nie może tego naprawić, jakoś pomóc Baekhyunowi, który podczas tego jednego, niecałego tygodnia bezgłośnie, ale rozpaczliwie wołał o pomoc. Niestety nikt nie był w stanie go usłyszeć, nawet sam Chanyeol, który naprawdę się starał. Okazało się, że to niczego nie rozwiązało w pozytywny sposób, co więcej - pogorszyło sytuację.
– Konsekwencje dopiero poznamy, ale jaki miało to mniej więcej przebieg?
– Bardzo prosty – stwierdził szybko. – Pamiętam, że usiadł za biurkiem i nie odchodził od niego przez bardzo długi czas. Najpierw czytał gazety, które w efekcie i tak podarł i wyrzucił. Uważałem to za dobry początek ku nowemu życiu. – Kris kiwnął głową, notując. – Później, gdy zapytałem się, co robi, odparł, że pisze do rodziców. Chciał się wytłumaczyć z całej tej afery. Miał świadomość, że najprawdopodobniej ta informacja nie dotarła do Korei, ale mimo to chciał być czysty. Jego rodzice zasługiwali na tę wiadomość. W końcu nie odezwał się do nich w żaden sposób aż od samego początku jego pobytu w Los Angeles. Na pewno dużo o nim myśleli, martwili się o niego, dlatego dobrze, że jakoś zdołał się wytłumaczyć. W międzyczasie napisał jeszcze jeden list. Tym razem kierowany był do mnie i niewielki jego kawałek do wszystkich, przez których cierpiał.
– Masz ten list? – zapytał Kris z zaciekawieniem, odrywając wzrok od kartki. Nakierował go na Chanyeola, który pokręcił głową.
– Nie. W 1975 roku przeniosłem się do Nowego Jorku. Podczas pakowania i samego przenoszenia się, sporo rzeczy zginęło, ja też dużo wyrzuciłem. To, co wydawało mi się bezwartościowe, poszło na śmietnik. List Baekhyuna musiał być wśród tych wszystkich rzeczy, ale nie mam pojęcia, w której grupie. – Wzruszył beznamiętnie ramionami, ukazując swoją bezsilność. – W każdym  razie, nie umieścił tam nic ciekawego. Napisał tylko, że tej nocy umrze szczęśliwy. I że marzenia piękniejsze są niespełnione, gdy wciąż ma się je jedynie w swojej wyobraźni. Reszta była skierowana do mnie. Myślę, że nikogo innego nie powinno to interesować, zwłaszcza, że i tak wiele z tej jego ostatniej wypowiedzi nie pamiętam. Człowiek po trzydziestu latach po prostu zapomina.
– Dużo czasu poświęcił pisaniu tego listu?
– Chyba tak. Gdy zasypiałem, jeszcze nie było go w łóżku. Natomiast przedostatni raz widziałem go żywego rankiem następnego dnia, kiedy wychodziłem do pracy.
– Szesnasty grudnia – mruknął bardziej do siebie aniżeli do Chanyeola Kris, uśmiechnąwszy się ponuro. – Stało się wtedy coś szczególnego?
– Poprosił mnie o wysłanie jednego z listów, właśnie tego do rodziców. O drugim nadal nie miałem żadnego pojęcia.
– Wiesz o czym tam pisał?
– Na pewno nie o swoich zamiarach. Być może ich przepraszał. Musiał wyjaśnić kilka spraw przed śmiercią, żeby odejść z czystym sumieniem.
– Powoli się przygotowywał.
– Tak. I sądzę, że myślał o tym już od samego dnia premiery, nie od niedzielnego południa. To nie była decyzja nieprzemyślana czy spontaniczna. Dokładnie wiedział, co chce zrobić.


*


1970.

Zastanawiał się, co dokładnie odczuwał i na początku nie mógł dokładnie tego stwierdzić. Zaczynał gubić się we własnych myślach, ponownie popadał w smutek, który go zabijał, a mimo wszystko chciał żyć, ale nie tak... Pragnął zażyczyć sobie tego, by wszystko wróciło do normy, zostało takie, jakie było przed dostaniem roli w filmie, bo przecież najbardziej szczęśliwy był, gdy grał w teatrze. Żył swoją pasją, nie stresując się o to, co przyniesie jutro. Wtedy był pewny swojej najbliższej przyszłości, wiedział, że nie będzie ona okrutna. Był szczęśliwy. Klimat Los Angeles go w sobie rozkochał, tak samo, jak całe to miasto. Ludzie go lubili, nawet jeśli dokładnie nie wiedzieli kim jest. Był aktorem i spełniał się w tym zawodzie. Najwyraźniej nie było pisane mu pięcie się po poprzeczce coraz wyżej. Powinien zostać w miejscu i nigdy nawet nie myśleć o karierze na skalę światową, ponieważ ta była tylko dla tych odważnych, którzy nie boją się krytyki.
Sam Baekhyun nigdy nie powiedziałby, że właśnie na tym etapie to wszystko zamknie i to z własnej woli. Zawsze uważał, że będzie żył jak tylko długo może, może nawet dożyje setki, że będzie miał takie życie, jakie wywróżył mu Chanyeol. Na pierwszy rzut oka wydawało się doskonałe, takie o jakim właśnie marzył, ale siedząc za biurkiem, które było skierowane przodem do okna, zza którego rozciągała się Kalifornijska panorama, doszedł do wniosku, że nigdy nie powinien tych marzeń spełniać. One wydawały się dobre tylko w jego głowie i sercu, ale naprawdę były wielkim problemem, pułapką, z której nie szło się wydostać, choćby się starał. Wiedział, że ludzie po jakimś czasie zapomną, a gazety z tym feralnym filmem na okładkach wylądują w śmietniku, ale teraźniejszość nie dawała mu spokoju. Poza tym... on nie potrafił żyć bez pasji, a nie był pewien, czy kiedykolwiek jeszcze uda mu się w czymkolwiek zagrać. Nie chciał skończyć, siedząc na kanapie do samego końca swojego życia, czekając, aż Chanyeol wróci z pracy. Człowiek pozbawiony ambicji... To było jeszcze gorsze niż śmierć.
– Nie kładziesz się spać?
Baekhyun momentalnie zamarł. Podniósł niepewnie głowę, najpierw spoglądając na zegar wiszący na ścianie, który wskazywał godzinę dwudziestą trzecią piętnaście, po czym przeniósł wzrok na Chanyeola stojącego w przejściu pomiędzy korytarzem a salonem,
– Jeszcze nie – odpowiedział, uśmiechając się lekko. – Mam jeszcze coś do zrobienia. Poza tym jest jeszcze dość wcześnie. Jesteś zmęczony, że już szykujesz się do snu?
– Nie, ale jutro muszę wstać trochę wcześniej. Ja nadal pracuję, Baekhyun. Naprawdę chciałbym zostać z tobą cały dzień w domu, ale nie mogę – westchnął, po czym powolnym krokiem podszedł do Baekhyuna, następnie nachylił się nad nim i ucałował w czubek głowy. – A co takiego robisz? – zapytał, spoglądając przez ramię chłopaka, jednak ten zdążył zasłonić kartkę ręką.
– Piszę do rodziców.
– A nie może to poczekać do ranka?
– Nie – zaprzeczył szybko. – Myślę, że nie zasnę, dopóki nie wyrzucę tego wszystkiego z siebie. Potrzebuję tego – mruknął, przymykając nieco powieki. – Przyjdę do ciebie, jak tylko skończę. Nie zostało mi dużo, tak sądzę.
– Poczekam na ciebie w łóżku.
– Jasne.
Chanyeol uśmiechnął się do chłopaka, po czym zniknął za drzwiami, kierując się do ich sypialni. Baekhyun zabrał ręce z biurka i spojrzał na zapisaną kartkę papieru, która nie była skierowana do jego rodziców. Tę już napisał i zaadresował, zdając sobie sprawę z tego, że musi jakoś się im wytłumaczyć. Drugi list adresował do swojego ukochanego. Nie był pewien, czy naprawdę chcę go mu przekazać, zastanawiał się też, czy lepiej będzie, jeśli zostawi go w domu i wyjdzie, czy może spali i uda, że nigdy czegoś takiego nie pisał? Wszystkie myśli kłębiły się w jego głowie, nie pozwalając na spokój. Czuł się, jakby ktoś go uderzył i pozbawił jakichkolwiek pozytywnych odruchów, nadziei. Było mu przykro, bał się pożegnania z Chanyeolem, z tym miastem, które nazywał swoim domem.
Zacisnął mocno usta, czując, jak oczy zaczynają go piec. Przyłożył do nich dłonie, starając się nie uronić ani jednej łzy, ale nie potrafił. Zaczęło się od jednej, niewinnej, tej, która spadła pierwsza na rozłożony list, ale później wylał ich znacznie więcej. Nie kontrolował tego, ale skrywanie w sobie emocji było zbyt trudne. Wychodziło na to, że jest zwyczajnym tchórzem, ale mimo wszystko pogodził się z tą myślą. Dawny Baek odszedł, pojawił się nowy, ten, który robi wszystko, by uciec od cierpienia.
Z zamazanymi od łez oczami spojrzał na list, do którego przyłożył pióro. Nakreślił na kartce swoje inicjały, a następnie zgiął ją na pół i wsunął do białej koperty, którą z kolei schował do szuflady, w której trzymał kilka scenariuszy. Chanyeol raczej nigdy tam nie zaglądał, więc nie musiał się obawiać, że znajdzie go przed jutrem. Moment później wstał i wyłączył lampkę, która oświetlała cały pokój. Starał się nie myśleć o tym, że to prawdopodobnie ostatnia noc, jaką z nim spędza, dlatego nie chciał zasypiać. Usiadł na brzegu łóżka tuż obok spoczywającego ciała i uśmiechnął się, dotykając dłonią ciepłego policzka swojego ukochanego. Przez uchylone okno wpadało rześkie powietrze i długa księżycowa łuna, która oświetlała trwającą w błogim śnie twarz. Baekhyun miał wrażenie, że w całej tej wyprawie, najważniejszy był właśnie Chanyeol. To dzięki niemu nigdy wcześniej się nie poddał. Park okazał się skarbem, który powoli stawał się ważniejszy od pasji. To jednak nie wystarczyło, by uczynić Baekhyuna szczęśliwym.
W ostatnich chwilach życia czas zaczął płynąć szybciej, jakby na siłę chciał się go pozbyć. Dlatego nie zasypiał. Położył się obok Chanyeola i wtulił w niego, ale nie zamknął oczu ani przez pierwszą godzinę, ani drugą, ani przez całą noc. Trwał tak do rana, wsłuchując się w ciche tykanie zegara, które odliczało jego ostatnie minuty.





6.


2000.

– Ostatni raz Baekhyuna widziałem wieczorem szesnastego grudnia 1970 roku w naszym mieszkaniu. Rozmawialiśmy przez chwilę, wydawał się być szczęśliwy, jakby wszystko przeszło i wrócił ten stary Baekhyun. To znaczy przez moment, przed samym wyjściem znów zachowywał się dziwnie. Nie potrafiłem go rozgryźć, był dla mnie już całkowicie zamknięty, nieosiągalny.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Że chyba sam do końca nie wiedział, co robi – odparł, wzruszając beznamiętnie ramionami. – Baekhyun się gubił nawet w ostatnich chwilach swojego życia, a ja w sumie później żałowałem, że nie poświęciłem mu więcej czasu. Kilka dni po tragedii doszedłem do wniosku, że jeżeli zostałbym tego dnia w domu, zauważyłbym, że coś jest nie tak. Albo mógłbym po prostu z nim iść. Gdyby to się stało, Baekhyun nadal by żył, jestem tego przekonany.
– Skąd ta pewność?
– Bo wystarczyłoby, żeby poczekał do ranka. Wtedy większość jego problemów by zniknęła. Przynajmniej ta część o ambicjach aktorskich. Niestety artykuły o nim by pozostały, ale ludzie szybko by zapomnieli. Góra dwa tygodnie i Los Angeles żyłoby własnym życiem, nie tym Baekhyuna – wyjaśnił, uśmiechając się delikatnie. – Ale nie zapomnieli, pamiętają o nim do dziś. Właściwie to miał na celu i nie rozumiałem, kiedy powtórzył mi to po raz ostatni, dzień wcześniej. W tych słowach ukryte było przesłanie, być może prośba o pomoc. Jego marzenia zrobiły się niebezpieczne, a on sam szalony. To wszystko przez smutek i zawód, jaki do siebie czuł.
– Pamiętasz coś jeszcze z tego okresu?
– Tak. - Kiwnął głową. – Miałem wrażenie, że Baekhyun wręcz uwielbia czytać gazety, w których o nim pisano i dołować się przez to. Nie było tam żadnej pochlebnej opinii, wszystkie były ciosem prosto w jego serce. Jeszcze gorsze były te po naszym pikniku, jak już wspominałem. Szmatławce się dowiedziały, nawet zrobiono nam zdjęcia. Wtedy właśnie zupełnie wszystko wyszło na jaw, a Byun tego nie chciał, to pogarszało jego sytuację. Natomiast ja nadal pozostawałem nudnym edytorem, który mimo wszystko potrzebował wtedy Baekhyuna. Żywego. – W jego głosie zabrzmiało zmęczenie. – Ale wracając, ja nienawidziłem, gdy czytał te artykuły. Później był jeszcze bardziej smutny, dlatego zbieraliśmy wszystkie gazety i wspólnie niszczyliśmy. To był znak buntu, tego, że nie przejmujemy się tym, co o nas piszą. W moim przypadku było to prawdziwe, Baekhyuna nie. Dlatego doszło do tego, że w końcu sam je przed nim chowałem i nie miał do nich dostępu. Tak było wygodniej. W końcu ja sam o nich zapomniałem. Znalazłem je dopiero po latach, podczas przeprowadzki. Wtedy te wszystkie wspomnienia wróciły.
– To i tak wiele nie dało – zauważył Kris, a Chanyeol musiał się z nim zgodzić.
– Nie dało nic. Baekhyun i tak się zabił.
– Nim do tego doszło, zrobił jeszcze coś?
– Nic szczególnego – odparł po krótkiej chwili Park, wysuwając nieco podbródek do przodu. – Właściwie... nigdy nie pomyślałbym, że szykuje się na własną śmierć. Świadomie – powiedział, prychając cicho. – Tamtego dnia wróciłem z pracy dosyć późno. Musiałem zostać w swoim niewielkim biurze i ogarnąć przyszłe teksty, które byłem zmuszony następnego dnia edytować. Chciałem mieć spokój, dlatego zamiast wrócić o osiemnastej, przyszedłem do domu o dwudziestej. Znalazłem Baekhyuna w salonie. Leżał na kanapie i oglądał jakiś film. Wtedy nawet nie wróciłem uwagi, jaki – oznajmił niespiesznie, przenosząc swój wzrok na okno. – Ostatnie godziny spędziliśmy osobno. On po jakimś czasie wyszedł do sypialni, ja zostałem w salonie, odpoczywając. Następnego dnia chciałem zabrać znów gdzieś Baeka, dlatego potrzebowałem trochę energii – ciągnął dalej, powoli przypominając sobie każdy szczegół z tamtego okresu. Mimo że minęło trzydzieści lat, on nadal pamiętał Baekhyuna tak dokładnie i idealnie, jakby nadal miał z nim styczność. – Godzinę później oznajmił mi, że wychodzi.
– Powiedział gdzie?
– Twierdził, że chce się spotkać z Blair. Okazało się, że kłamał. To była tylko wymówka do tego, żebym nie wypytywał o więcej. Mimo wszystko nie wyszedł od razu. Długo się wahał.
– Jak to?
– Nie był do końca pewien, czy chce umrzeć. Powiedział, że być może wróci późno, żebym na niego nie czekał. Nie byłem w stanie zinterpretować tego inaczej. Dla mnie były to zwyczajne słowa, które wiele razy wcześniej mi mówił, kiedy było zupełnie inaczej. Wtedy, stojąc przed drzwiami wejściowymi, zastanawiał się, czy na pewno chce iść. Dopiero później zrozumiałem, że wraz z ich zamknięciem, zdecydował.
– Nie wrócił już nigdy więcej.
– Tak – zgodził się. – Jego historia dobiegła końca.


*


Duże lustro powieszone przy szafie ukazywało szczęśliwca, który wygrał życie. Widział tam człowieka spełnionego, który zdobył świat, który był wzorcem dla innych. Drogi garnitur był idealnie dopasowany, a jasne włosy nieco rozczochrane, zupełnie jak zawsze. Na ramionach zarzucony miał cienki płaszcz przez chłód panujący tamtej nocy na dworze, a w jednej z jego kieszeni wsunięta była biała, niezaadresowana koperta. Wiedział jednak, że ta wykreowana postać jest zmyślona, siedzi tylko w jego głowie, kiedy on tak naprawdę stoi w czarnych, miejscami ubrudzonych trampkach, ciemnych, schodzonych spodniach, szarej, śliskiej koszulce z logiem Queen i czarnej kurtce, której nawet nie zapiął. Nie był człowiekiem wygranym, a zniszczonym przez życie. Całkowicie pozbawionym jakichkolwiek nadziei. Jedyną rzeczą, jaka się zgadzała, był list, który pisał ubiegłej nocy. Postanowił zabrać go ze sobą. Nie dbał o to, kto go znajdzie.
Spojrzał na otwarte drzwi do pokoju, które prowadziły na długi, wąski korytarz, gdzie udał się po chwili. Wiedział, że Chanyeol jest w pokoju obok, że najtrudniejszym będzie przejście do drzwi frontowych i pożegnanie się z nim raz i na zawsze, ale musiał. Już nie mógł wytrzymać. Dusił się każdego dnia spowity w poczuciu winy i smutku. Wykańczał go każdy wschodzący dzień, nienawidził nowych poranków. Kochał tylko uśmiech Chanyeola, który im towarzyszył. Ale to nie wystarczyło, by został.
– Idziesz gdzieś? – Usłyszał znajomy głos, przez co przystanął.
– Tak – odpowiedział, kierując wzrok na drzwi. – Chciałem się spotkać z Blair. Z tego co wiem, po tym fatalnym filmie nie czuje się najlepiej. W dwójkę będzie nam raźniej – skłamał. Nie sądził, że pójdzie mu to tak łatwo. Bez zająknięcia. – Nie mogę teraz zostawić jej samej.
– Kiedy będziesz?
– Nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – Być może wrócę późno, więc nie czekaj na mnie – dodał, po czym podszedł do drzwi. Ułożył dłoń na klamce, następnie użył swojej siły, by na nią nacisnąć. Drewniane drzwi ustąpiły i otworzyły się na oścież, ukazując pogrążoną w mroku klatkę schodową. Wszyscy sąsiedzi pochowani byli w swoich mieszkaniach.
Nie miał siły, by zrobić krok naprzód, coś wewnętrznie go blokowało, sprawiało, że chciał zostać dłużej przy Chanyeolu, by móc nacieszyć się nim chociaż przez chwilę. Ale zdawał sobie sprawę z tego, że nie wytrzymałby ani jednego dnia dłużej. I tak wystarczająco dużo się nacierpiał, wewnętrznie już dawno umarł. Tylko jego ciało pozostawało póki co żywe. Jednak mimo wszystko nie wyszedł. Został przez chwilę, trwając pośród ciemności, w jakiej pogrążony był korytarz. Widział swoją niewyraźną sylwetkę odbijającą się w lustrze obok wieszaków z kurtkami i zastanawiał się, czy na pewno to zrobi. Wciąż się wahał i nie był pewien. Zbyt dużo poświęcał.
– Baekhyun? – Chanyeol mruknął, stając w drzwiach, po czym włączył światło. Zdziwił się, że jego chłopak nadal tam stoi. – Nie wychodzisz?
Byun spojrzał na niego uważnie, po czym uśmiechnął się smutno. Nie chciał odrywać od niego wzroku, w końcu widział go po raz ostatni.
– Już idę – mruknął cicho, po czym podszedł wolno do Chanyeola.
– Nie wolisz zostać ze mną?
– Tak. – Kiwnął powoli głową. – Ale muszę iść.
– To może przełóż to spotkanie – zaproponował, jednak Baekhyun nie mógł przystać na to. – Chciałbym spędzić z tobą dzisiejszy wieczór. Poza tym i tak na jakiekolwiek wyjścia jest już późno.
– Nie. Obiecałem, że przyjdę – powiedział, wczepiając się dłońmi w koszulkę wyższego chłopaka. Czuł pod opuszkami palców miękką tkaninę, przez którą przenikało ciepło ciała Parka.
– Wróć szybko – poprosił.
Pomiędzy nimi nastała chwila ciszy, przerywana jedynie cięższymi oddechami Baekhyuna i odgłosami z ulicy. Szum wiatru mieszał się z tym wydawanym przez silniki samochodów i głosami młodzieży, która nadal szwendała się pomiędzy budynkami, a Chanyeol zapomniał zamknąć okna. Mimo wszystko nikomu to nie przeszkadzało, a dzień wydawał się być zwyczajnym. Wszystko było normalne, nic nie wskazywało na to, że zakończenie będzie tragiczne.
– Chanyeol? – powiedział cicho, przenosząc wzrok na jego twarz, po czym uśmiechnął się lekko, zaciskając mocniej palce, które powoli zaczynały mu się pocić. – Kocham cię, wiesz?
– Wiem to, Baek. Ja ciebie też – odpowiedział, po czym schylił się z zamiarem ucałowania lekko rozchylonych ust. Ich smak zawsze był wyjątkowy, zupełnie niezapomniany i inny, specyficzny, lepszy od tych, które miał szczęście próbować. Nie miał jednak pojęcia, że po raz ostatni ma okazję trzymać w swoich ramionach wątłe i kruche ciało Baekhyuna, że ten pocałunek jest ostatnim, uśmiech, za którym tak bardzo tęsknił już nigdy nie powróci, a niegdyś wesołe oczy staną się martwe. Park już na nic nie miał wpływu.
– Powinienem już iść – powiedział, po czym obdarzył Chanyeola ostatnim spojrzeniem, wychodząc z domu. Wraz z zamknięciem drzwi, podjął ostateczną decyzję. Następnego dnia gazety będą miały nowy powód, by nazwać go najgorszym i najsłabszym aktorem dekady.


*


Zawsze powtarzał, że Hollywood nocą jest niesamowite, że właśnie w późnych wieczornych godzinach dopiero się budzi. Umierać na tle oświetlonego miasta - coś niezwykłego, a zarazem tragicznego. Nie myślał, że właśnie tym czynem zrani wiele osób, które jeszcze na niego liczyły i nie traciły wiary, że kiedyś się wzbije. Już dawno o nich zapomniał. W jego umyśle pozostawali jedynie ci, którzy nim gardzili, którzy uważali, że przegrał w życiu, że już do niczego się nie nadaje. Zapomniał, jak to jest być kochanym, szanowanym i uwielbianym. Teraz słyszał jedynie słowa kpiny i pogardy, dlatego nie potrafił się z tym pogodzić. Był zbyt słaby, by żyć dalej, aby nadal cieszyć się każdym wschodzącym dniem. Gdyby był człowiekiem silnym, nigdy by się nie poddał, a jedną porażkę uznałby za niewielką przeszkodę w drodze na sam szczyt.
Spojrzał na drabinę, która stała podparta o wysoki na dziewięć metrów znak. To właśnie z nim kojarzył swoje marzenia i wszelkie nadzieje, z którymi przyjechał do Hollywood. Dziewięć liter, które zmieniały życie w raj lub piekło. To zależało od nastawienia, pracy i ilości talentu oraz głosu obserwujących, który liczył się najbardziej, bo przecież zwykły chłopak z wielkimi marzeniami bez jakiegokolwiek poparcia nie mógł stać się gwiazdą. Musiał mieć jeszcze na siebie pomysł i masę zaparcia, które gdzieś po drodze zgubił. Poza tym sam w którymś momencie zabłądził, bo gdyby było inaczej, nie stałby teraz na wzgórzu, gotowy do skoku. Ale życie go zniszczyło, sprawiło, że nie mógł się odnaleźć, a on sam nadal obwiniał samego siebie.
W głębi ducha nie wiedział, czy jest wdzięczny robotnikom za zostawienie drabiny, czy wręcz przeciwnie. Właściwie postawili mu przed samym nosem schody do śmierci, z czego w końcu musiał skorzystać. Powierzchnia drabiny była zimna i śliska od deszczu, który padał wcześniej. Musiał mocno zaciskać palce, by nie spaść, zanim wdrapie się na sam szczyt, który był jego celem. Nawet nie zwracał uwagi na to, że z każdym mocniejszym podmuchem wiatru razem z przedmiotem chybocze na wszystkie strony. W tamtej chwili wszystko było mu obojętne. Chciał umrzeć, nie ważne jak, ważne, by szybko. Miał nadzieję, że wraz z kontaktem z ziemią poczuje ból, który minie w kilka sekund, a on sam odejdzie w spokoju. Nie zakładał innych rozwiązań, one go nie obchodziły. Miał jeden plan i chciał go zrealizować. A gdy stanął na szczycie, zrozumiał, że Hollywood z lotu ptaka jest niesamowite, jednak dopadł go smutek wraz z myślą, że Chanyeol w którymś z domów czeka na niego, nie znając prawdy. Czuł się źle, bo okłamał go, opuszczał na zawsze, kiedy wcześniej obiecał, że nie odejdzie. Zaczynał powoli twierdzić, ze całe jego życie okazywało się kłamstwem, a on już nie potrafił niczego odwrócić. Kiedyś uważał siebie za człowieka sukcesu, który potrafi zrobić wiele, później uznał, że w sobie nie ma niczego wyjątkowego, że tak naprawdę jest zwykły, równy z każdym innym człowiekiem. Nosił w sobie zbyt wiele dumy, miał za wielkie ambicje, dlatego porażka okazała się ciosem prosto w serce. Ostatecznym, bo nie potrafił się po niej pozbierać.
Uśmiechnął się smutno, ściągając z siebie kurtkę, którą odwiesił na czubku drabiny, po czym wyprostował się, stając na pierwszej literze słynnego znaku. Czubki jego poniszczonych butów wystawały nieco za stabilną konstrukcję, a on sam miał wrażenie, że jeden krok dzieli go od całkowitej błogości, której nigdy wcześniej nie doświadczył. Baekhyun nie bał się śmierci, po prostu wcześniej nie wiedział, czy tak szybko chce się z nią przywitać. Jednak w chwili, gdy spoglądał na oświetlone miasto, które tamtej nocy wyglądało niesamowicie pięknie, zrozumiał, że nie chce zawracać, ponieważ miał wypełnić swoje przeznaczenie, nawet jeżeli tym miałby zranić wiele osób. Jego rodzice na pewno będą cierpieć, w końcu był ich jedynym synem. Do tego Chanyeol, kochali się... a on tak szybko postanowił go opuścić.
Czując wiatr, który targał jego włosami, dochodził do wniosku, że wreszcie jest wolny, że w końcu może rozłożyć ręce niczym skrzydła i jak ptak polecieć. Jednak wraz ze skokiem nie wzbił się do góry, a opadł w dół. Tak samo było z jego karierą. Wraz z nią spadł na dno. I gdy zderzył się z ziemią, nie poczuł ulgi i błogiego spokoju, a strach, ból rozrywający całe ciało i zawód do samego siebie, który towarzyszył mu długo, aż do ostatniego tchnienia.


*


– Nie zatrzymałem go wtedy. Wyszedł, zabierając ze sobą jedynie kurtkę i list, którego wtedy jeszcze nie widziałem – powiedział cicho. Nie chciał wychodzić na słabego, ale mimo wszystko, gdy przypomniał sobie ich całą historię, zrozumiał, że jego uczucia względem Baekhyuna nadal w nim drzemią, nie wygasły całkowicie. – Czekałem na niego do późna – przyznał, prychając cicho. – Wiesz co jest zabawne? Można powiedzieć, że patrzyłem na jego śmierć.
– Jak to?
– Gdy wyszedł, ja udałem się na balkon. Z zapalonym papierosem stałem przy barierce i obserwowałem napis Hollywood. Ginął na moich oczach, choć tak naprawdę go nie widziałem – wyjaśnił, po czym westchnął ciężko, krzywiąc się nieznacznie. – Następnego dnia zdziwiłem się, gdy dostrzegłem, że nie ma go w domu, więc zgłosiłem jego zaginięcie. Dopiero kolejnego znalazła go pewna kobieta, która spacerowała w tamtych okolicach. Mimo to telefon od władz dostałem popołudniem. Prosili, bym przyszedł zidentyfikować zwłoki, bo być może to zaginiony Baekhyun. Przy sobie nie miał dokumentów, jedynie list podpisany swoimi inicjałami.
– Gdy już tam byłeś, dowiedziałeś się czegoś jeszcze?
– Tak – odparł – że umierał w potwornych męczarniach przez kilka godzin. Sam upadek nie spowodował śmierci, choć wyrządził urazy do niej prowadzące. Wybrał okropnie bolesną śmierć, ale spektakularną, dlatego ludzie mówią o niej po dzień dzisiejszy. Właśnie przez skok z litery H, zaczął być kojarzony w Hollywood – wyjaśnił, spoglądając na gazetę, która już od początku wywiadu leżała na blacie pomiędzy nim a Krisem. – Historia Baekhyuna jest tragiczna, ale myślę, że daje wiele do myślenia. Udowodnił mi, że nie można rezygnować z marzeń, choć sam to zrobił. Gdyby poczekał, wszystko o czym wcześniej śnił, spełniłoby się. To czas był tu przeszkodą, nie ludzie.
– I to koniec? Takie właśnie jest zakończenie tej historii?
Chanyeol skinął głową.
– Tak – powiedział prosto, automatycznie. – Dopełnieniem może być właśnie ten list, o którym niejednokrotnie wspominałem. Został wysłany w sobotę, przyszedł we wtorek, o kilka godzin za późno. Była tam propozycja idealnej roli dla Baekhyuna. Wcześniej słyszał o tym filmie i naprawdę chciał w nim wystąpić, chociażby w pobocznej roli. Producent jednak miał ambicje obsadzić go w tej głównej. A Byun by się nadał, był stworzony do tej produkcji. W każdym razie, w filmie zagrał ktoś inny, też jakaś wschodząca gwiazdka i udało się. Zdobył sukces. I gdyby Baekhyun przyjął rolę, był jej w ogóle świadomy, udowodniłby innym, że potrafi grać, że ta pasja cały czas w nim drzemie, dałby powody innym, by o nim mówiono. Choć i tak to zrobił, nieco innym sposobem. Bardziej tragicznym, ale skutecznym.
– Hollywood bezlitośnie zabawił się Baekhyunem, którego blask zgasł, nim na dobre się rozjaśnił – podsumował Kris, z zadowoleniem odkładając notes na bok. – Myślę, że to już wszystko – oznajmił, następnie wstał, Chanyeol również. – Dziękuję, że poświęciłeś trochę czasu na ten wywiad. W ciągu kilku dni powinien pojawić się na pierwszych stronach naszej gazety – poinformował, po czym uścisnął rękę Parka w ramach podziękowania za współpracę. – Przed publikacją, może chciałbyś przeczytać i coś poprawić?
– Nie. Dobrze wiem, co powiedziałem, także zostawcie to, jak jest – odparł, po czym uśmiechnął się smętnie. – Nie wysyłajcie też mi kopii wywiadu. Nie mam ochoty tego czytać. Na więcej pytań również nie odpowiem. To ostateczna wersja życia Baekhyuna. Taki był, trochę zakręcony, humorzasty, z wielkimi ambicjami, czasami aż za bardzo wesoły albo smutny. Był moim Baekhyunem, ale od trzydziestu lat nie żyje i myślę, że mimo wszystko dobrze, że tak się stało. W każdym razie... Cieszę się, że mogłem przybliżyć komukolwiek jego prawdziwe życie, nie to od strony kamer, a zacisza domowego, kiedy był szczęśliwy – mruknął i spojrzał na drzwi. – To chyba na tyle. Do widzenia i powodzenia w dalszej pracy.


*


Dzisiejszy wieczór symbolizował zerwanie z przeszłością, która czasami przynosiła zbyt wiele przykrych wspomnień, był nadzieją dla Chanyeola. Podczas wywiadu kłamał. Mówił to, co chciał, by było prawdą. Nadal kochał Baekhyuna i mimo upływu lat to uczucie nie zniknęło. Wraz z zniknięciem Byuna, jego serce pękło. Chciał go z powrotem, by znów móc go tulić wieczorami, chadzać z nim popołudniami do Lucky Devils, by zjeść hamburgery i pograć w gry na automatach. Nigdy nie przywykł do samotności, mimo że w Nowym Jorku rozpoczął nowe życie, z nową osobą u boku. Ona jednak nigdy nie potrafiła zapełnić tej pustki, jaką pozostawił po sobie Baekhyun, a teraz... Chanyeol miał okazję zapomnieć, uwolnić się od zmarłego chłopaka, który nadal był przy nim. To w Hollywood wszystko się zaczęło i właśnie tu miało się zakończyć.
Stanął przy drewnianej barierce, która oddzielała od przepaści. Nad nią wznosiło się wzgórze wraz z legendarnym napisem, które za cel wybrał sobie właśnie Baekhyun. Przed trzydziestoma laty było równie wielkie i niesamowite, ale nie miało żadnej skazy. Teraz nosiło brzmienie śmierci niewinnej osoby.
– Byłeś głupi, Byun Baek – warknął Chanyeol, sięgając do kieszeni garnituru, po czym wyciągnął z niego starą, miejscami podziurawioną i pożółkłą kartkę, która nie pozwalała mu się przegnać z Baekhyunem. Sprawiała, że nadal cierpiał. Otworzył ją powoli i od razu rozpoznał koślawe pismo swojego chłopaka. Spieszył się, pisząc każde słowo.

Chanyeol.
Cholera, sam nie wiem, jak powinienem się z Tobą pożegnać. Myślę, że zwykłe słowa nie wystarczą, to zbyt mało, w porównaniu do tego, co chcę zrobić, ale nie mam wyjścia. Ta decyzja nie była spontaniczna i nie zrodziła się w mojej głowie nagle. Już przed premierą filmu czułem, że coś jest nie tak, jak zakładałem. Okazuje się, że czasami przeczucia wcale nie są mylne, to ludzie wmawiają sobie, że one ich oszukują. Ja postanowiłem ich posłuchać... Mimo to rozczarowanie było równie bolesne, nadal odczuwam jego skutki i chcę, żeby zniknęły, choć wiem, że to się nie stanie, jeśli nie zrobię czegoś. Dlatego myślę, że śmierć to dobre rozwiązanie. Przynajmniej będę szczęśliwy. I hej, to wcale nie znaczy, że przy Tobie taki nie byłem. W każdym razie... chyba powinienem Ci podziękować. Za wszystko, Chan. Za to, że gdy się spotkaliśmy po raz pierwszy, zaproponowałeś mi mieszkanie w swoim domu, za to, że zabierałeś mnie do Lucky Devils, za to, że spędzałeś ze mną czas, byłeś na moich występach i mnie wspierałeś i przede wszystkim za to, że mnie kochałeś. To najlepsze, co mogłeś mi dać. Ja też Cię kochałem. Dlatego to rozstanie jest bolesne i nie wiem, jak się za nie zabrać, zwłaszcza, że jestem świadomy tego wszystkiego, że następnego wieczoru już mnie nie będzie, bo w końcu ja kieruję własnym życiem i już nie da się mnie powstrzymać.
Kiedyś miałem wielkie ambicje, chciałem zdobyć Hollywood i myślałem, że mi się uda. I wiesz, miałem zaledwie dwadzieścia parę lat, kiedy najlepsza część mojego życia się skończyła. Nie uważasz, że to straszne? Miałem w zasięgu ręki tyle możliwości, a kiedy się ocknąłem, nagle nie było niczego. Zostałem z niczym, co pozwoliłoby mi na dalsze życie. Miłość, którą mnie darzyłeś nie wystarczała, przykro mi. Ona nie potrafiła do końca sprawić, bym był szczęśliwy. Potrzebowałem jeszcze jednej motywacji, ale równie szybko ją straciłem. Nie chciałem, tak jak Ty, popijać kawę, wsłuchując się w piosenki The Beatles i spokojnie dzień po dniu umierać. Ja chciałem naprawdę żyć. Ale już nie potrafiłem. Samobójstwo okazało się luksusem i chciałem tego skosztować.
Okazało się, że jestem strasznym tchórzem lub być może ludzie są zbyt podli. Potrafią tylko oczernić i zniszczyć człowieka, pomóc mu umrzeć. Choć nie powinienem ich obarczać tym, to nadal moja wina, nie postarałem się lub faktycznie moja pasja była urojeniem. Wmawiałem sobie, że mam talent. To trochę bolało. Boli nadal, dlatego nie chcę żyć. Spieszę się, by wreszcie umrzeć, doznać tego ciemnego raju, który czeka na mnie po drugiej stronie.
Następny dzień jest tym wybranym. Umrę szczęśliwy tej nocy...
I wiesz, będę tęsknił za Tobą jak gwiazdy tęsknią za słońcem na porannym niebie. Tak myślę.

B.B.

Chwilę później podarte kawałki listu pofrunęły wraz z wiatrem w stronę wzgórza. To był koniec, Chanyeol oficjalnie pożegnał się z kimś, kto kiedyś w jego życiu był najważniejszy. Był jego gwiazdą, która w końcu zgasła na zawsze.


5 komentarzy:

  1. Ok, nie wiem co powiedzieć. Może zacznę od tego, że czytałam trochę Twoich opowiadań i na prawdę je lubię. Podoba mi się Twój styl pisania, choć czasem ich długość przeraża (co nie jest znowu takim wielkim minusem). Wsiąkłam te 51 stron w niecałe półtorej godziny. Oh, żeby inne rzeczy się tak czytało!
    Nie będę się rozpisywać za dużo. Na prawdę nie wiem co powiedzieć. Bardzo szybko się czytało. Bardzo spodobała mi się ta forma. Skojarzyło mi się z Titaniciem.
    Smutne. To było smutne. Nie takie, że na bezdechu wylewam potoki łez, ale tak inaczej, bardziej wewnętrznie (brzmię jak szalona?). Strasznie jest mi żal, ale z drugiej strony...to przeszłość.
    Komentarz może wydawać się chaotyczny. I pewnie taki jest. Ciężko mi sklecić coś porządnego. Zagiełaś mnie. Dobra robota.
    M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jedyne co przychodzi mi do głowy po przeczytaniu tego shota to - to było piękne! Nie wiem co innego mogę Ci powiedzieć... Brak mi słów. Wybacz, że ten komentarz będzie taki krótki, ale no nie umiem nic innego z siebie wycisnąć!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten one shot.... wow. Nie mam słów jak bardzo mi się podobał. Z każdym słowem tekst wciągał mnie coraz bardziej i bardziej. Był naprawdę piękny. Większość przeczytałam twardo trzymając się na ziemi, ale pod koniec.... płakałam. Na prawdę. Tak strasznie się popłakałam, że gdy się obudziłam moja poduszka nadal była wilgotna od łez. Jeden z piękniejszych ff jakie czytałam. Aż jestem w szoku, że tak mało komentarzy pod nim dostałaś.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zasmuca mnie fakt, że jest tak mało komentarzy pod tym ff... Przecież to opowiadanie jest piękne. Mam nadzieję, że inni po prostu nie napisalic. Ja uznałam, że chociaż sporo czasu minęło od dodania go to warto zaznaczyć jaką cudowną rzecz stworzyłaś.
    Pierwszy raz czytałam takie opowiadanie napisane w takim stylu. Stwierdzam, że to nie dla mnie, bo za dużo łez wylałam.
    Pozdrawiam i weny oraz czasu życzę na kontynuowanie opowiadań ^^

    OdpowiedzUsuń

Followers